piątek, 15 grudnia 2017

Przygoda Marlenki

Kilkuletnia Marlenka, znudzona samotnym przesiadywaniem w oknie, wybiega z domu w zimowy dzień, aby pobawić się na śniegu. Jego płatki zdają się wołać do niej zupełnie jak dzieci i zachęcać do wspólnej zabawy. Dziewczynka wpada radośnie w wirującą na wietrze białość. Jest trochę jak Kaj Andersena, gdy wsiada na srebrne sanki i pozwala zabrać się  do śnieżnego ogrodu Królowej Zimy.



Władczyni tej krainy, podobnie jak Królowa Śniegu, mieszka we wspaniałym lodowym zamku, który oszałamia swą majestatycznością. Marlenka „z zachwytem spogląda na błyszczące mury, / na sklepienia wież krągłe jakby cukru głowy, / i na ściany wyniosłe jakby szklane góry”.
Sprowadzenie Marlenki to prezent urodzinowy dla córki Królowej Zimy. Maleńka księżniczka chce zawłaszczyć sobie dziewczynkę jak Mała rozbójniczka Gerdę, ale na szczęście nad wszystkim czuwa miłościwa królowa.


To dobra monarchini, serdeczna i czuła. Cieszy się radością swojej córki, ale dba także o Marlenkę. Obserwuje zabawy dziewczynek ze śnieżynkami, wspólnie z nimi rusza w tanecznym korowodzie, kiedy jednak widzi zmęczenie małego gościa, każe natychmiast przygotować  sanie zaprzężone  w cztery polarne niedźwiedzie. Marlenka wraca do domu, prosto w ramiona wyczekującej jej matki.


Matki, która, nie bacząc na zimno, w samej tylko sukni wybiega ku dziewczynce, uśmiecha się i  jest taka szczęśliwa! Jak bardzo musiała się martwić, gdy po powrocie z miasta nie zastała w domu swojej córeczki! Teraz „Wyciąga ręce, tuli Marlenkę w ramionach. / - Wróciłaś wreszcie do mnie, córeczko kochana!”. Dziewczynka opowiada coś o „płatkach – jak żywych, / o Królowej Zimy i małej królewnie…”, fantazja miesza się z rzeczywistością, może mała błąkała się gdzieś po polach, może przysnęła w śniegu i przywołuje teraz senne obrazy…


Marlenka przeżyła czarodziejską przygodę, podążywszy za roztańczonymi śnieżynkami jak Alicja za pędzącym Białym Królikiem. Z perspektywy dziecka słuchającego tej baśniowej opowieści bohaterka książki wspaniale się bawiła, poznała niezwykłe postaci, zobaczyła wyjątkową, niedostępną innym krainę. Dorosły może jednak interpretować  tę przygodę całkiem inaczej. W zastygłym niebiesko-białym ogrodzie i zimnych komnatach zamku dziewczynka mogła równie dobrze błąkać się w zdumieniu, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, jak daleko zawędrowała i co właściwie ją spotkało.


Ilustracje  Sibylle von Olfers, która właśnie „Przygodą Marlenki” debiutowała w 1905 roku, są typowo dla niej pogodne i delikatne, a mieszkańcy zimowej krainy to istoty o krągłych dziecięcych kształtach i pyzatych zaróżowionych policzkach. A jednak wysmukłe milczące stalaktyty ozdabiające stropy lodowych komnat i gładkie lustrzane posadzki zasiewają w dorosłym czytelniku ziarenko niepokoju.


Mnie obrazy  von Olfers przyniosły wspomnienie „Pałacu lodowego” Tarjei Vesaasa – norweskiej baśniowej opowieści, którą przeczytałam kiedyś jako nastolatka i która głęboko mnie poruszyła. Do dziś pamiętam opisy lodowych, koronkowych białości, sennych cichych przestrzeni pałacu, pustki, który przyciąga i pochłania. W krainie rządzonej przez Królową Zimy dostrzegłam je na nowo.



I nawet jeśli założymy, że takie postrzeganie bardzo prostej w gruncie rzeczy fabuły jest pewną nadinterpretacją, tym bardziej warto docenić wielowymiarowość tej opowieści i jej kunsztowną prostotę, która otwiera przed czytelnikami ich własne, osobiste  światy wyobraźni.

Sibylle von Olfers, Przygoda Marlenki, tłum. Eliza i Andrzej Karmińscy, wyd. Przygotowalnia, Kraków 2017.
Wiek: 3+


O innej, najsłynniejszej książce von Olfers – „Dzieci korzeni” przeczytacie w mojej recenzji dla tygodnika „Kultura Liberalna”. 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Nakręceni (Cogheart)

„Gdyby nie było wszystkich tych złych ludzi, nie mielibyśmy szans na czynienie dobra” – w taki sposób Lily próbuje spojrzeć na swoje życie. W którym aż roi się od złych ludzi i ich jeszcze gorszych uczynków. Dziewczyna ma dopiero 13 lat, a już zdążyła otrzeć się o śmierć i poznać,  czym jest ludzka zawiść, chciwość, nienawiść. Jej ojciec jest niezwykle uzdolnionym wynalazcą. Jedno z jego urządzeń okazało się mieć niezwykłą moc, i właśnie ten wynalazek sprowadził nieszczęście na rodzinę Hartmanów. Niektórzy ludzie nie cofną się bowiem przed niczym, by dostać to, czego nie ma nikt inny.




Lily Grantham  (właść. Hartman) – główną bohaterkę książki – poznajemy w chwili, gdy sztywno kroczy z książkami na głowie długim korytarzem Akademii dla Młodych Dam Panny Octavii Scrimshaw. A w zasadzie próbuje to robić, bo nie jest łatwo iść wyprostowanym jak struna, jednocześnie po kryjomu kartkując  powieść sensacyjną w odcinkach, które Lily czytuje pasjami.  Takie powieści były bardzo popularne w dziewiętnastowiecznej Anglii i nosiły nazwę Penny Dreadful. Kosztowały dokładnie pensa i nie miały dobrej reputacji, za to co tydzień każdy kolejny odcinek przykuwał uwagę wiernych czytelników. Szkoda, że nie ma o tym słowa w polskiej wersji książki (ba, zniknęło nawet samo określenie Penny Dreadful), tym bardziej, że na swojej stronie internetowej autor udostępnia czytelnikom gotowy schemat do stworzenia własnej sensacyjnej historyjki. Możecie pobrać go tutaj).


Jak się pewnie domyślacie po dobrze lektury, w naturze Lily nie leży bycie cichą i posłuszną, w najmniejszym stopniu nie jest też zainteresowana nabyciem praktycznych umiejętności niezbędnych wiktoriańskim damom. Oczekuje od niej tego właścicielka akademii, a także opiekunka Madame Verdigris, która po śmierci matki Lily zajmuje się domem. Ukochany ojciec oczekuje tego natomiast w znacznie mniejszym stopniu – on kocha Lily dokładnie taką, jaka jest: odważną, wojowniczą, pomysłową, logicznie myślącą, otwarcie wyrażającą swoje zdanie, marzącą o byciu podniebną piratką. Ale John Hartman jest trochę jak kapitan Crewe z „Małej księżniczki” Burnett – uwielbia swoją córeczkę i chce dla niej jak najlepiej, tyle że nie za bardzo wie, jak to osiągnąć.


Kiedy zdarzenia kolejny raz w rodzinie Hartmanów przybierają fatalny obrót, to Lily będzie tą osobą, która zachowa trzeźwość umysłu i podejmie zdecydowane działania, nie wahając się stawić czoła zagrożeniu. Wieść o tajemniczym zaginięciu ojca pchnie ją nie tylko do wszczęcia iście detektywistycznej akcji poszukiwawczej, lecz także do odkrycia mrocznej tajemnicy urządzenia skonstruowanego kiedyś przez Hartmana, a będącego obiektem tak obsesyjnego pożądania, że ludzie są skłonni dopuszczać się najokrutniejszych czynów, by go zdobyć.


U boku Lily staje rząd oryginalnych, by nie powiedzieć osobliwych postaci: Malkin, inteligentny mechaniczny lis, stworzony specjalnie dla Lily przez jej ojca; Robert, trzynastoletni syn wybitnego zegarmistrza oraz Anna, aeronautka, dziennikarka i powieściopisarka, od lat śledząca sprawę rodziny Hartmanów.
Tłem dla dramatycznych perypetii czworga bohaterów jest dziewiętnastowieczny Londyn, ale nie taki, jaki znamy z lekcji historii.  To jest Londyn z wyobraźni Petera Bunzla, jego ”Victorian alternative universe” pełen dziwacznych urządzeń i konstrukcji mechanicznych, będących niewątpliwie owocem rewolucji naukowo-technicznej, ale nie tej, o której czytamy w podręcznikach. 


Pokryte sadzą niebo nad Londynem wypełniają kolejki statków powietrznych, a po ulicach przemieszczają się szybko i niestrudzenie służące ludziom mechanikony i mechanimale. Są one urządzeniami mechanicznymi o naciągu manualnym, co oznacza, że trzeba je regularnie nakręcać. I stąd właśnie polski tytuł książki – „nakręceni” w sensie dosłownym, nie w potocznym znaczeniu „bycia nakręconym”, czyli podekscytowanym.  Tytuł oryginału brzmi „Cogheart”, co można przetłumaczyć jako „mechaniczne serce” – w książce „mechaserce”. To tytuł zdecydowanie bardziej dosłowny, w przeciwieństwie do polskiego, który wprowadza dwuznaczność znaczeniową. Możliwe, że był to zabieg celowy, mający przyciągnąć młodego czytelnika luźnym pozytywnym skojarzeniem.

Ale wracając do fantastycznego świata stworzonego przez autora – jest w tej kreacji Bunzla pociągający urok minionych ludzkich wyobrażeń o tym, jak może wyglądać „świat za 100 lat” i w jakim kierunku będzie podążać cywilizacja. Dawno temu, gdy byłam w pierwszej klasie, mieliśmy na plastyce przedstawić „Świat w roku 2000”, i pamiętam, że narysowałam dzieci latające do szkoły dzięki tornistrom z silniczkiem na plecach, a w domu – pomagające w codziennych pracach roboty. Wizja Bunzla jest mi więc sentymentalnie bliska.

Książka brytyjskiego autora udanie łączy wątki detektywistyczne, sensacyjne, fantastyczne, przygodowe, nie zapominając o wiarygodnej psychologicznie kreacji bohaterów.  W Lily Hartman, fajterce, która mimo przeciwności losu ciągle wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę,  niejeden młody człowiek znajdzie bratnią duszę, podobnie jak w nieco niepewnym siebie, ale uparcie walczącym z własnymi słabościami Robercie.



Powieść jest dobrze skonstruowana, zgrabnie napisana, dialogi brzmią żywo i realistycznie. Na ostatnich stronach znajduje się  „Słowniczek dziwnych słów”, czyli terminów takich jak perpetum mobile, zeppelin, hybryda, Kraken itp. na uwage zasługują ilustracje Bekki Stadtlander, jednej z moich ulubionych artystek – czarno-białe w bloku książki i fantastyczna kolorowa okładka.
Pod koniec książki wartka akcja nabiera takiego tempa, że czytelnik ani się obejrzy, a już jest na ostatniej stronie. I okazuje się, że to jeszcze nie koniec! Przygoda będzie trwać, a lubiani bohaterowie powrócą niebawem w drugiej części pt. „Księżycowy medalion”.

Peter Bunzl, Nakręceni, il. Becca Stadtlander, tłum. Tomasz Illg, wyd. Akapit Press, Wrocław 2017.

Wiek: 11+

czwartek, 7 grudnia 2017

Co robi język za zębami?

Chcielibyśmy wierzyć, że dbałości w posługiwaniu się językiem polskim nasze dzieci nauczą się w szkole. Jeśli trafią na dobrych nauczycieli – zapewne w znacznym stopniu to się uda. Ale nasze działanie, dające codzienny przykład, jest ważniejsze. 



Dziecko poznaje język i reguły nim rządzące poprzez rozmowę, aktywność, uczestnictwo w sytuacjach społecznych. Obserwuje, naśladuje, trenuje, testuje. Ta nauka może, a na wczesnym etapie rozwoju nawet powinna, mieć formę zabawy i rozmowy. Z poznawania ludzkiej mowy i zasad nią rządzących naprawdę można czerpać wielką przyjemność. Jak to zrobić? Na przykład sięgając po książkę Agaty Hąci „Co robi język za zębami?”!


To wyjątkowa publikacja na naszym rynku, która podejmuje zagadnienia z różnych obszarów: gramatyki, słowotwórstwa, frazeologii, artykulacji, komunikacji językowej i innych, a wszystko to w formie niezwykle przystępnej, specjalnie pomyślanej pod kątem młodego czytelnika, również tego zaledwie kilkuletniego.

niedziela, 3 grudnia 2017

"Świerszczyk" pod choinkę

Już zaraz święta, poszukiwanie prezentów więc trwa! To dobry moment, aby przypomnieć, że wspaniałym upominkiem dla dziecka, oprócz książek, jest także prenumerata ulubionego czasopisma.





Na przykład „Świerszczyka”, który moim zdaniem wciąż pozostaje bezkonkurencyjnym pismem w swojej kategorii wiekowej (4 – 9 lat) To naprawdę wielka frajda dla dziecka co dwa tygodnie wyjąć ze skrzynki zaadresowaną do siebie dużą kopertę, a z niej – własny kolorowy magazyn.

Zagraniczne pisma dla dzieci oferują specjalne karty do wydruku, oznajmiające młodemu czytelnikowi, że już za chwileczkę, już za momencik wpadnie w jego ręce pierwszy numer nowo zaprenumerowanego pisma. U nas chyba takiej praktyki nie ma, ale możemy przecież zadbać o to sami. Przygotujmy własnoręcznie taką kolorową spersonalizowaną kartkę, włóżmy ją do egzemplarza „Świerszczyka”, zapakujmy w świąteczny papier i zostawmy pod choinką. To miły i oryginalny prezent, który w dodatku będzie przynosił radość przez cały rok!




czwartek, 23 listopada 2017

Na krawędzi wszystkiego

Okryty śniegiem las na okładce tchnie bardziej ciszą niż grozą, a ostrożnie stąpające w śniegu sylwetki ludzkie przywodzą na myśl długi spacer w późne zimowe popołudnie. Blask rozświetlający czubki drzew też nie zapowiada niczego niepokojącego i otwierając książkę, czytelnik wcale nie jest przygotowany na to, co spotka w środku. Prześlizgnięcie się po tekście blurba bynajmniej nie rozstrzyga sprawy.


Mnie to cieszy. Lubię, jak książka zaskakuje, szczególnie gdy jest to powieść. Z przyjemnością daję się porwać zdarzeniom, wciągnąć w grę. Doceniam, gdy do ostatniej strony opowieść trzyma w napięciu i każe co i rusz snuć spekulacje. Do chwili, gdy nie skończę całej książki, nie czytam żadnych recenzji, nie zagłębiam się w cudze opinie, żeby nie natknąć się na żaden spoiler i nie popsuć sobie zabawy.

piątek, 17 listopada 2017

Subiektywny przegląd książkowych nowości /listopad 2017/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.


Nie jestem znawczynią grzybów ani nawet ich smakoszką, ale ta książka może sprawić, że zmienię zdanie! Wielkoformatowa, z wielką starannością wydana publikacja zawiera ogrom informacji wszelakich o grzybach. Czytelnik znajdzie tu kwestie podstawowe, czyli opis gatunków, podział na grzyby jadalne i trujące, i te będące pod ścisłą ochroną. Dowie się, gdzie, kiedy i z czym wybrać się na grzyby i jak nie popełnić zabójczej pomyłki podczas grzybobrania. Znajdzie też ulubione przepisy z grzybami: zupę grzybową, faszerowane pieczarki czy schabowe z boczniaków, a także okołogrzybowe dania egzotyczne, jak np. kombucha, oraz te wcale niezawierające grzybów, ale mające grzyb w nazwie, jak ciasto „Pleśniak” czy omlet „Grzybek”. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Opisano tu grzyby, o których słyszymy rzadko – grzyby drapieżne, grzyby-robaki i te święcące dziwnym bajkowym blaskiem. Zaprezentowano także grzyb burzowy, atomowy, a nawet grzybek do cerowania (!). Książka aż kipi od faktów, które mogą zaskoczyć największego grzybowego entuzjastę. Porusza przy tym zagadnienia językowe (skąd wzięło się powiedzenie „wyrósł jak na drożdżach”?), społeczno-geograficzne (czy mieszkańcy innych krajów też zbierają grzyby?) i medyczne (które grzyby atakują organizm i jak z nimi walczyć?). Całość jest przepiękna graficznie – ilustracje Asi Gwis to prace najwyższej próby. Wspaniały prezent dla każdego od lat 6 do 106!

Liliana Fabisińska, Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia, il. Asia Gwis, wyd. Nasza Księgarnia, listopad 2017.
Wiek: 6+

Coraz więcej na polskim rynku książek o kobietach i dziewczynach. Niesiony niedawną falą hasztagu Me Too temat seksizmu i męskiej dominacji odbija się szerokim echem w mediach społecznościowych, w prasie i w książkach. Wydana właśnie przez Polarnego Lisa „Kruszynka” ukazała się we Francji co prawda kilka lat temu, ale jej tematyka adekwatnie wpisuje się w aktualny światowy dyskurs o byciu dziewczyną i kobietą.
Tytułowa Kruszynka rzeczywiście jest kruchutka – drobna i delikatna, zdominowana przez trzech starszych braci. Męczy ją sytuacja, w której jej aktywność ogranicza się wyłącznie do domowych zajęć i obowiązków, które zawsze na nią spadają. Zamiast skarżyć się i marudzić, postanawia pewnego dnia wziąć sprawy w swoje ręce i… zapisuje się na boks. Ta książka to opowieść o emancypacji, poszukiwaniu swojego wewnętrznego „ja” – nie o ślepym buncie, lecz o odwadze mówienia własnym głosem, o walce z seksizmem i o paradoksalnym odkrywaniu bliskości w niezależności. Absolutnie fantastyczne ilustracje francuskiego artysty Remiego Courgeona dodają mocy i rozmachu słowom.   

Rémi Courgeon, Kruszynka, wyd. Polarny Lis, październik 2017.
Wiek: 6+

Znacie Aksamitnego Królika? To absolutna klasyka anglojęzycznej literatury dziecięcej, jak Kubuś Puchatek czy Mały Książę. Książka powstała w roku 1922 i stała się ukochaną lekturą wielu pokoleń dzieci, a także dorosłych. Jest to bowiem opowieść tak uniwersalna i ponadczasowa, że poznana w dowolnym wieku – zapada w pamięć na zawsze. Ja przeczytałam „Aksamitnego Królika” osiem lat temu, gdy po raz pierwszy ukazał się w Polsce (wyd. Auditus). Bardzo dużo łez było podczas tej lektury – i płakała bynajmniej nie tylko moja niespełna czteroletnia wówczas córka. Puchaty królik-przytulanka, o futerku w brązowe i białe łatki, z prawdziwymi wąsikami i uszami wyłożonymi różową satyną jest świątecznym prezentem dla Chłopca. Wśród zarozumiałych zabawek przez długi czas czuje się nieważny i pospolity. Marzy o tym, by stać się Prawdziwym – usłyszał, że to może się zdarzyć, gdy „dziecko pokocha cię tak bardzo, że nie tylko będzie się tobą bawić, ale też NAPRAWDĘ cię kochać”. Przemianie nieodłącznie towarzyszy cierpienie, bo oddaje się komuś całego siebie, pozwalając „wykochać” się do cna, aż „wypadają i puszczają szwy, kiedy wyglądasz zupełnie żałośnie”. Ale to nie ma znaczenia, bo przecież „w oczach tego, kto cię kocha, nie możesz być brzydki”.
Poprzednie polskie wydanie „Aksamitnego Królika” (przepiękne edytorsko i znakomicie przetłumaczone) podzieliło niestety los kanonicznej książki Maurice’a Sendaka „Tam, gdzie żyją dzikie stwory”, czyli przeszło bez większego echa. Teraz Królik stoi przed kolejną szansą!

Margery Williams, Aksamitny Królik, tłum. Barbara Grabowska, il. William Nicholson, wyd. Prószyński i S-ka
Wiek: 4+


Książek o kolorach jest wiele, bo też nieustannie istnieje na nie zapotrzebowanie! Małe dzieci uwielbiają rozpoznawać i nazywać kolory, wskazywać przedmioty w danych kolorach, otaczać się ulubionymi barwami. Zazwyczaj lubią też malować i rysować, bawić się kolorami i testować je w działaniu. Tak jak bohaterka książki Monika – zwana przez wszystkich Minimoni – która stwierdza, że „Swoimi farbkami maluj[e] milion różnych rzeczy”. I całkiem sprawnie jej to wychodzi, ale któregoś dnia bystra obserwatorka rzeczywistości natrafia na zagwozdkę: Jakiego koloru są buziaki? W tym miejscu zaczyna się zabawa: wędrujemy razem z Moniką przez kolejne rozkładówki poświęcone konkretnym kolorom. Najbardziej oczywisty wydaje się czerwony, ale przecież czerwień to także kolor gniewu, a kiedy człowiek się złości, to się nie całuje! Buziaki mogłyby być też jasne i świetliste jak gwiazdy, ale ich piękno jest zimne, a przecież pocałunki są gorące. Mogłyby być także słodko czekoladowe, ale ten brązowy ocień ma też psia kupa!
Lektura tej przyjemnie narysowanej książeczki to okazja do śmiechu i spojrzenia na codzienność przez kolorowe szkiełko. A buziaki? Oczywiście mają w sobie wszystkie kolory tęczy. Jak miłość.

Rocio Bonilla, Jakiego koloru są buziaki?, tłum. Przemysław Szczur, wyd. Tadam, listopad 2017.
Wiek: 2+


Wznowienie książki Ewy Karwan-Jastrzębskiej (wydanej po raz pierwszy w 2008 r.) ma szansę dotrzeć do kolejnych młodych czytelników uwielbiających niezwykłe przygody i wyprawy do baśniowych światów. Bohaterem opowieści jest dziesięcioletni Feliks, który raz w roku, w swoje urodziny, pokonuje zwyczajowe granice w czasie i przestrzeni i wyrusza w podróż niezwykłym pociągiem. „Hermes” błyskawicznie przemieszcza się między światami i zatrzymuje na stacjach o dziwnych nazwach, jak „Stacja Gadających Papug” czy „Stacja bez Powrotu”. Ale Feliks nie podróżuje dla przyjemności. Ma przed sobą misję poszukiwawczą. Musi uwolnić Matyldę, dziewczynkę równie niezwykłą jak on sam, która najprawdopodobniej została porwana ze względu na posiadany Dar. Feliks zanurza się więc w świat istniejący jakby na granicy jawy i snu, a w podróży wiernie towarzyszy mu gadający rudy kot Ferdynand.
Książka bardzo przyjemnie wydana – kremowy papier, przyjazny dla oczu font, zintegrowana okładka. Tekst malarskimi ilustracjami opatrzyła Dorota Kobiela, twórczyni filmu o van Goghu „Twój Vincent”.

Ewa Karwan-Jastrzębska, Hermes 9:10, il. Dorota Kobiela, wyd. Akapit Press, listopad 2017.
Wiek: 9+


środa, 15 listopada 2017

Lot Osvalda

Lubicie zmiany? Czekacie na to, że pewnego dnia wydarzy się coś, co zmieni ustalony dotychczas życiowy kurs? A może należycie do osób, które aż kipią od energii i planują, działają, w zasadzie żyją w ciągłej zmianie? Osvaldo zdecydowanie należał do pierwszej kategorii. Żył sobie niemal anonimowo na poddaszu eleganckiej kamienicy, wychodził do pracy, wracał do domu, a jedyną żywą istotą, z którą utrzymywał bliższą relację był ptaszek o imieniu Fiu-Fiu. „Prowadzili spokojne życie, bez żadnych niespodzianek”. Do czasu. 
 

Jak to bywa w opowieściach o takiej konstrukcji, musiało zdarzyć się coś, co wywróciło do góry nogami status quo. Fiu-Fiu przestał śpiewać. A ponieważ był jedynym przyjacielem Osvalda, mężczyzna postanowił zrobić wszystko, by przywrócić ptaszkowi głos. W którymś momencie, zdesperowany, kupił roślinkę, która rzekomo miała uszczęśliwiać każdego, komu zostanie ofiarowana. W tym miejscu do książki wkrada się magia…




Gdy Osvaldo budzi się rankiem, nic już nie jest takie jak było. Całe mieszkanie porasta las, zupełnie jak w pokoju Maxa u Maurice’a Sendaka. I tak jak Max, również Osvaldo powędruje w bezkresny świat, z dala od bezpiecznego ciepłego łóżka i znanych sobie rzeczy.

Czy odnajdzie Fiu-Fiu? W zasadzie nie to jest w tej historii najważniejsze, lecz sam proces przemiany bohatera, który odważył się dla kochanego przyjaciela zrobić coś, przed czym całe życie się wzbraniał.



Książka Thomasa Baasa przypomniała mi „Spotkanie” – krótkometrażowy film Iny Hrabarenki. Dwunastominutowy obraz pokazuje wyjątkową bliskość tworzącą się między samotnym, wyalienowanym człowiekiem, a zwierzęciem, które wnosi radość w jego szare życie. I tutaj też, tak jak w książce Baasa, jest utrata i wielki żal, oraz wyciągnięta dłoń trzeciej osoby dramatu.


Najważniejszy jest jednak tytułowy lot – ku innym rewirom życia, które wzbudzały dotąd paniczny lęk, ku innemu sobie, ku innym ludziom. Bo w słodko-gorzkim finale książki znowu najważniejsza jest relacja bliskości, ale niekoniecznie ta eksponowana na początku. Tym razem to głębsza, silniejsza więź, której moc bierze się nie tylko z brania, lecz także z dawania.

Na uwagę zasługuje imponująca wizualna strona publikacji. Książka ma duży format (355 x 273 mm), zastosowane w ilustracjach zielone i czerwone kolory z palety Pantone nadają obrazom głębi i znakomicie odzwierciedlają napastliwą intensywność splątanego, zielonego gąszczu. Czytelnik wpada w niego wraz z Osvaldem wprost z obrzeży miasteczka, gdy nagle otwierają się przed nim dwie potężne rozkładane strony, wciągając go w mroczną zieloność, tajemnicze odgłosy dżungli i nieznaną przygodę.




Thomas Baas, Lot Osvalda, wyd. Tadam, Warszawa 2017
Wiek: 3+

piątek, 10 listopada 2017

UBONGO (gra)

Jesień i zima sprzyjają grom planszowym, które spędziły ciepłe miesiące, drzemiąc na najwyższych półkach pod sufitem. To także dobra pora na nowe odkrycia w grach, bo tuż za rogiem czeka Mikołaj i zaraz nadejdą święta, a z nimi prezenty.
Nie byliśmy nigdy maniakami gier, no może poza Dixit, ale syn powoli acz wytrwale zmienia ten stan rzeczy. Bo on zdecydowanie gier się domaga i jest naprawdę dobry w te klocki. Skoro więc taki czas, i takie okoliczności, to pokażę Wam tu w listopadzie i grudniu kilka ciekawych gier, przy których wszyscy dobrze się bawimy. Recenzje znajdziecie w dziale „Poza książką”.


Ubongo czyli mózg w języku suahili. A czemu tak? Bo podczas gry trzeba „wysilić mózgownicę”! W Ubongo wygrana zależy od tego, jak szybko pracują Wasze szare komórki, czy jesteście spostrzegawczy i bystrzy, czy potraficie działać pod presją czasu.

Na początku trochę mnie to przeraziło. Popatrzyłam na zawartość pudełka, a tam jakieś geometryczne puzzle, takie małe kafelki o różnych kształtach, które trzeba dopasować do siebie w określony sposób na zaznaczonym polu, jak figury w testach na inteligencję. Ta ich część zawsze szła mi najgorzej. Myślenie przestrzenne, obracanie figur w przestrzeni… aaaaa!



Dlatego pierwszą serię dziewięciu rund sobie odpuściłam. Ale fajnie to wyglądało z punktu widzenia obserwatora,  poza tym zobaczyłam, że mój pięcioipółletni syn całkiem niezgorzej sobie radzi (choć gra jest rekomendowana 8+), stwierdziłam więc, że może, jakoś…
No i zaskoczyłam. Błogosławiony fakt, że gra ma dwie wersje: łatwiejszą i trudniejszą, co pozwala każdemu ładnie się w niej odnaleźć, stosownie do umiejętności lub wieku.

To teraz zasady, czyli jak grać:
Wyjmujemy na stół plansze zadań. Jest ich 36. Maksymalnie mogą grać cztery osoby.


Z jednej strony planszy znajduje się łatwiejsza wersja (3 kafelki do ułożenia), z drugiej trudniejsza (4 kafelki). Dorośli mogą wybrać trudniejszą wersję, dzieci łatwiejszą i wtedy szanse są bardziej wyrównane.

Z woreczków wysypujemy kafelki. Każdy dostaje zestaw 12 różnych kafelków.



Na widoku kładziemy tor rund, który w ogólnym emocjonalnym zamieszaniu będzie nam przypominał, która akurat trwa runda. Poza tym na torze rund umieszczone są także klejnoty – 9 bursztynów i 9 szafirów. To nagrody dla dwóch pierwszych osób za najszybsze wykonanie zadania.



Każdy gracz losuje po jednej planszy. Rzucamy kostką. Nastawiamy klepsydrę. Start! 


Na kostce zamiast oczek są symbole. Wylosowany symbol informuje, jakie trzy (lub cztery) kafelki musimy wybrać, by wypełnić nimi figurę widoczną na planszy. Aby to zrobić, trzeba kafelki obracać, przesuwać, dopasowywać. Szybko, bo klepsydra nieubłaganie odlicza czas…

Kto ułożył, ten woła: „Ubongo!”. Gdy piasek się przesypie pada komenda: „STOP!”.



Każdy, kto ułożył swoją figurę, dostaje nagrodę w postaci klejnotu wylosowanego z woreczka. Dodatkowo dwie pierwsze osoby otrzymują klejnoty z toru rund.
Osoby, którym nie udało się wykonać zadania, nie otrzymują żadnych klejnotów, a zatem żadnych punktów.
Oddajemy wykorzystane plansze i każdy losuje kolejną. Zaczyna się druga runda.



Wszystkich rund jest 9. Grę wygrywa osoba, która zdobyła najwięcej punktów. Jeśli się zdarzy, że dwóch graczy ma tyle samo punktów – robimy dogrywkę! Kto pierwszy wykona zadanie, wygrywa.

Aby urozmaicić sobie rozgrywki, można zdecydować się na zrezygnowanie z czynnika losowego, wprowadzając inną zasadę punktacji. Można też grać w Ubongo samemu – na czas.

Wszystkie zasady, elementy gry oraz jej warianty i przebieg są bardzo przejrzyście i zrozumiale opisane w dołączonej karcie instrukcji. Na obrazkach pokazano, co zawiera pudełko, czym są poszczególne elementy, rozrysowano też przykładową rozgrywkę z układem czterech kart i możliwymi działaniami.

I tak oto ja, która nienawidzę czytać wszelkich instrukcji, bo wyłączam się po trzecim zdaniu i nie rozumiem, co czytam, tutaj wszystko przyswoiłam, pojęłam, usiadłam i zagrałam. Cóż, ponoć Ubongo zasłynęło z tego, że każdy pojmie jej zasady w mniej niż trzy minuty. No więc tak właśnie jest, potwierdzam.



Jeśli więc wy sami lub wasze dzieci jesteście na bakier z myśleniem przestrzennym, logicznym i wszystkim co ociera się o geometrię i unikaliście takich zabaw jak ognia… oto  wspaniała, zabawowa, przyjemna okazja do tego, by oswoić się z działaniem, w którym nigdy nie czuliście się pewnie.


Ubongo sprawi też frajdę tym, którzy lubią układanki i kombinowanie, ale tradycyjne puzzle i wielogodzinne dopasowywanie elementów zdecydowanie ich nuży. Tutaj wszystko toczy się szybko, są emocje, motywacja do działania. Jest też rywalizacja, ale nie ta zacięta, oszałamiająca, która może prowadzić do kłótni i łez. W Ubongo rund jest wiele, a każda z nich to szansa na wygraną. Nie ma czasu na knowania i niesportowe emocje.

A teraz jeszcze rys historyczny. Tak, tak, Ubongo już ma takowy, bo gra została wymyślona w roku 2003 i od tego czasu zdążyła zdobyć liczne grono wielbicieli, a także wiele nagród w kategoriach najlepsze gry roku i najlepsze gry rodzinne w Szwecji, Hiszpani, Niemczech, Austrii… Ubongo wymyślił Polak z pochodzenia, informatyk i ekonomista Grzegorz Rejchtman.



Pomysł przyszedł mu do głowy po wizycie u cioci, która układała puzzle, co wydało się autorowi zajęciem niezwykle nudnym i męczącym. Postanowił więc wymyślić grę o podobnej do puzzli mechanice, ale znacznie bardziej dynamiczną i emocjonującą.
I chyba udało mu się wstrzelić w ludzkie gusta, bo do dziś Ubongo sprzedano już 2,5 miliona egzemplarzy gry

Jest też aplikacja na telefon. To tak na wypadek, gdybyście chcieli zawsze i wszędzie móc strzelić sobie partyjkę „Ubonczka”, jak pieszczotliwie mawia mój syn.


Tytuł: Ubongo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Liczba graczy: 1–4 osób
Wiek graczy: 8+ według wydawcy, według mnie 6+
Sugerowana cena: 110 zł
Format: 30 x 30 x 7 cm
Wydawca: Egmont Polska
www.KrainaPlanszowek.pl


wtorek, 7 listopada 2017

Co na blogach piszą /październik 2017/

Pięć najciekawszych według mnie wpisów minionego miesiąca opublikowanych przez blogerów książkowych. Cykl, którego celem jest polecenie Wam wartościowych książek, o których dobrze wypowiedzieli się inni, a także – czy może przede wszystkim – okazja do dzielenia się książkowymi miejscówkami w sieci, które lubię, cenię i stale odkrywam.


W zasadzie śmiało mogę powiedzieć, że październik poświęciłam na poszukiwanie ciekawych podcastów. Jakoś tak mnie wzięło, bo stwierdziłam, że podczas moich częstych ale dość krótkich w sensie odcinka czasowego wypraw samochodowych podcasty sprawdzają się idelanie. Trwają zwykle od 3 do 40 minut i są zamkniętą jednostką tematyczną. Szukałam głównie podcastów o książkach dla dzieci. W języku polskim znalazłam niestety tylko jeden, za to prężnie działający: „Co się czyta?” To jego właśnie chcę dzisiaj Wam polecić: Joanna Furdal i Krystian Zych rozmawiają o książkach kierowanych do różnych grup wiekowych, o nowościach i wydanych niegdyś perełkach, grupują tytuły wokół tematów np. najciekawsze wydania klasycznych wierszy, książki autorów, którzy do niedawna pisali tylko dla dorosłych, książki z wyraźnie nakreśloną misją terapeutyczną itd. Prezentują także ciekawe miejsca i akcje proczytelnicze, rozmawiają z ludźmi kultury i sztuki. A wszystko to w sympatycznej, luźnej atmosferze z humorem i pozytywnymi fluidami. Posłuchajcie koniecznie i powiedzcie innym. Trzymam mocno kciuki za wytrwałość i niewyczerpane źródło pomysłów na nowe podcasty!



niedziela, 5 listopada 2017

Targi Książki w Krakowie - fotorelacja

Listopadowe targi książki mają to do siebie, że człowiekowi trochę nie chce się na nie jechać do innego miasta, gdy za oknem ziąb, deszcz i ciemność. Tym bardziej, gdy transport odbywa się pociągami, tramwajami i pieszo, a w powrotnej drodze ciągnie się ze sobą walizę peeeełną książek! Ale w tym roku na targi do Krakowa postanowiłam jechać sama z córką. Miał to być nasz babski wypad i po prostu nie mógł być nieudany, choćby wiało i grzmiało!



Wszystkim, którzy mogą sobie pozwolić na dzień wolny od pracy, polecam odwiedzenie targów w piątek. Szczególnie błogim czasem są godziny po 14.00, kiedy halę opuszczają już szkolne wycieczki. Wówczas bez rozpychania się rękami i nogami można dotrzeć na wszystkie upatrzone stoiska, spotkać się z autorami, wypić kawę, przeglądając nowe książkowe nabytki, obejrzeć wystawy towarzyszące, a przede wszystkim porozmawiać spokojnie z wydawcami, bez napierającej ściany ludzi za plecami.
Poniżej małe porównanie: zdjęcie przedstawiające hol przy wejściu w piątek i sobotę.



czwartek, 2 listopada 2017

Dom babci

Non omnis moriar – nie wszystek umrę – mówi poeta. Zostaną po nas marzenia i projekty – te spełnione i ukończone, oraz te, które ledwie zaczęliśmy, a może tylko komuś o nich opowiedzieliśmy. Ale ziarenko zostało zasiane i idea będzie trwać długo po tym, gdy nas już nie będzie.



To piękne i dodające otuchy przesłanie wobec nieuchronności śmierci znajdujemy również w opowieści „Dom babci” Ross Montgomery, wspaniale zilustrowanej przez Davida Litchfielda.  Tytułowy dom jest właśnie ową ideą, którą babcia zaszczepia we wnuczku każdego wieczoru, gdy sadowią się w wielkim fotelu przy kominku i wspólnie oglądają stare fotografie.