sobota, 18 lipca 2020

Klub Opiekunek (The Baby-Sitters Club)


Gdyby seria The Baby-Sitters Club ukazywała się w Polsce na przełomie lat 80. i 90., bez wątpienia byłabym jej wierną czytelniczką. Uwielbiałam wszelkie kluby, stowarzyszenia i zgrupowania, i przez ładnych kilka lat dorabiałam sobie do kieszonkowego, opiekując się dziećmi. No i kusiło mnie życie nastolatek z Zachodu J



W Stanach Zjednoczonych słynna seria autorstwa Ann M. Martin zaczęła wychodzić w roku 1986. Wydawnictwo Scholastic uznało, że jest zapotrzebowanie na książki, których bohaterkami byłyby młodsze nastolatki dorabiające sobie po szkole jako babysitterki. Początkowo umowa z Martin stanowiła o czterech tomach, ale szybko okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę i czytelniczki domagają się kolejnych książek. W efekcie do roku 2000, kiedy to serię oficjalnie zakończono, powstało ich… 213. Z tego Ann M. Martin napisała 36 tomików, pozostałe części stworzyli ghostwriterzy, po jej konsultacji i redakcji. 

W roku 1990 na podstawie książek powstał serial telewizyjny, w roku 1995 film pełnometrażowy, a w tym roku Netflix, na fali nostalgii za latami 80. i 90. wypuścił własną, uwspółcześnioną produkcję kultowej serii. W latach dwutysięcznych zaczęły się także ukazywać przyzwoite komiksowe adaptacje książkowej serii – wciąż powstają kolejne tomy.



W Polsce możemy poznać klasyczną serię BSC dzięki wydawnictwu Mamania – do tej pory ukazały się trzy tomy, na sierpień planowany jest kolejny.

Dla osoby dorosłej „Klub opiekunek” to swoisty flashback, powrót do świata zabaw na podwórku, sygnałów puszczanych w okna latarkami, wielogodzinnego okupowania stacjonarnego telefonu i długich wspólnych z rówieśnikami powrotów ze szkoły. Czasów, w których dzieci miały więcej domowych, a nie tylko szkolnych obowiązków, ale też więcej wolności.

Dla współczesnych dzieci to po prostu lekko napisana, zabawna,  dobrze czytająca się książka – poruszająca wciąż aktualne problemy, takie jak rozwód rodziców, kłótnie między przyjaciółkami, pierwsze uczucie, relacje z rodzicami itp.


W pierwszej części serii – „Świetny pomysł Kristy” – poznajemy cztery założycielki Klubu Opiekunek. To Kristy, Claudia, Mary Anne i Stacey. Wszystkie mają po 12 lat i chodzą do tej samej szkoły. Każda też w czasie wolnym opiekuje się dziećmi w okolicy, zarabiając w ten sposób własne drobne pieniądze. Pewnego dnia Kristy słyszy, jak jej matka wykonuje zdesperowana kolejne telefony w poszukiwaniu opiekunki dla młodszego brata Kristy. To sprawia, że dziewczynka wpada na pomysł zebrania kilku babysitterek w jeden klub, co wszystkim ułatwi życie.

Jak można było przypuszczać, prowadzenie klubu wiąże się z masą zabawnych sytuacji, nieporozumień i wpadek. Już tylko w pierwszym tomie młode opiekunki muszą dać sobie radę ze zgłoszeniem, w którym zamiast nad dziećmi przyjdzie im opiekować się… psami, z nagłą koniecznością zatroszczenia się nie o jedno, lecz o czworo dzieci, a także uporania się z  agresywnym kotem i wiedźmowatą sąsiadką.


Oprócz tego jednak dziewczyny po prostu spotykają się ze sobą, przeżywają radości, smutki, mają tajemnice, kłócą się i godzą. Mama Kristy planuje ponowne małżeństwo, Mary Anne jest wychowywana przez surowego, nadopiekuńczego ojca, Stacey ma cukrzycę, a Claudia siostrę-geniuszkę, z którą wszyscy ją porównują… Życie domowe, szkolne i rówieśnicze dziewczyn toczy się wartko i obfituje w ciekawe zdarzenia, co bez wątpienia stanowi o sukcesie serii. Podobnie jak przesłanie, że w pędzącym naprzód świecie i chaosie codzienności dobrze mieć grupkę sprawdzonych przyjaciół i wspólnie robić różne rzeczy.

P.S.
Ciekawostka: Na zdjęciach autorka BSC i ja. Zaskakujące podobieństwo, czyż nie? Hihi

Ann M. Martin, Klub Opiekunek (The Baby Sitters Club, BSC). Świetny pomysł Kristy, tłum. Małgorzata Masełko-Swędrak, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 9+

środa, 15 lipca 2020

Dwie Księżniczki z Bamarry


W tym tekście głos oddaję córce:
Ostatnio w moje ręce wpadła książka o tytule Dwie Księżniczki z Bamarry. Zaciekawiła mnie okładka i blurb, które mówiły, że głównymi bohaterkami są dwie siostry, księżniczki, żyjące w magicznej krainie. Rzadko się spotyka powieści dla młodzieży o takiej tematyce, bo zazwyczaj jest ona przeznaczona dla młodszych czytelników. Niesłusznie!


Książkę bardzo mnie wciągnęła i przeczytałam ją w trzy dni (co jest dla mnie niezwykle szybkim tempem). Pewnie dlatego, że jest też lekko napisana i ma niezwykły klimat.

Głównymi bohaterkami są dwie siostry, Addie i Meryl, księżniczki Bamarry. Pierwsza spokojna, nieśmiała i bojaźliwa. Druga – odważna, przebojowa, gotowa w każdej chwili pomóc siostrze. Jednak, kiedy to Meryl zachoruje na najstraszniejszą chorobę w królestwie – Szarą Śmierć – siostry będą musiały zamienić się rolami i to Addie wyruszy na wyprawę w poszukiwaniu leku. Stawi czoła wielu przeszkodom i stoczy bitwy z potworami.

Źródło: https://twoprincessesofbamarre.tumblr.com/

Opisane w książce przygody kojarzą mi się z Hobbitem z powodu umieszczenia akcji w obcym nam świecie, występowania smoków, elfów i krasnoludów, jednak ta książka zawiera zdecydowanie mniej opisów i szczegółów, przez co ma formę podobną do baśni. Łatwo mi było ją sobie wyobrazić jako taką właśnie opowieść, pewnie przez jednowątkowość fabuły.

Ważnym aspektem jest ukazanie księżniczki jako bohaterki pokonującej smoki, gryfy i ogry. Nie jest to wymuszone zbyt widocznym mottem „patrzcie, dziewczyny TEŻ potrafią”. Nie, postawa Addie została opisana jako bohaterska, jednak nikt nie kładł nacisku na fakt, że to księżniczka (a nie rycerz czy książę) pokonała smoka. Po prostu uznany został jej akt odwagi, miłości do siostry i przełamanie własnych lęków. Jak powinien zostać uznany każdemu, niezależnie od płci.

Zuza Zaborek

Cytat z książki

Gail Carson Levine, "Dwie Księżniczki z Bamarry", wyd. Poradnia K, Warszawa 2020.
Wiek: 10+

środa, 17 czerwca 2020

Trzy życzenia


Baśń O rybaku i złotej rybce zawsze mnie przygnębiała – rybka się napracowała, a wszystkie jej dary zostały zmarnowane przez ludzkie chciejstwo. Lekko więc zrobiło mi się na duszy, gdy wzięłam do rąk „Trzy życzenia”, bo w tej opowieści role zostały odwrócone. To już nie ludzie sobie czegoś życzą – o swoich pragnieniach opowiada rybka, a człowiek próbuje jej pomóc.



Książka Anny Paszkiewicz i Joanny Bartosik jest nie tyle retellingiem znanej baśni, co wykorzystaniem głównego jej motywu – z zamysłem proekologicznym. „Trzy życzenia” pokazują młodym czytelnikom, że teraz przyszła kolej na ich działanie i odwdzięczenie się naturze.

Historia jest prosta: Pola i jej tata łapią w jeziorze złotą rybkę. Ze zdziwieniem patrzą, jak pływa w wiaderku, a ich zdumienie staje się jeszcze większe, gdy rybka odzywa się do nich i stwierdza, że owszem, ma trzy życzenia, ale to oni powinni je spełnić.


W ten sposób rybka komunikuje, że przyroda nie da rady dłużej sama się bronić przed zniszczeniami, za które odpowiada człowiek. Zwierzęta nie są w stanie walczyć z zaśmiecaniem i zatruwaniem jezior, rzek, lasów. To ludzie muszą zmienić swoje nawyki i zadziałać na rzecz wspólnego dobra.

Co to oznacza w praktyce? W rozmowie z rybką Pola wpada na wiele dobrych pomysłów: używanie toreb materiałowych zamiast plastikowych, częstsze korzystanie z rowerów czy komunikacji miejskiej, pisanie po obu stronach kartek, zakręcanie wody podczas mycia zębów… dziewczynka postanawia też, że razem z klasą zorganizuje akcję sprzątania jeziora.


To całkiem konkretne przykłady, które prowadzą do wyrażonej w końcówce książki optymistycznej konkluzji: „Jest sporo rzeczy, które można zrobić, by zmienić świat na lepsze. Większość z nich nie wymaga wiele zachodu”.
Jest to krzepiący i motywujący przekaz, choć w warstwie tekstowej nie rozbrzmiewa tak mocno, jak w ilustracyjnej. Nie da się przejść obojętnie obok obrazu ryby, której głowa utknęła w dziurce od klucza albo żaby rozpaczliwie wyciągającej łapy, by wyrwać się ze spowijającej ją reklamówki, posępny jest pełen czarnego humoru obraz węgorza sklejonego z gumową uszczelką, w której ten nieszczęśliwie się zakochał, biorąc ją za żywe stworzenie…


Zielenie i brązy, naturalne, ciepłe plamy barw na ilustracjach Joanny Bartosik przenoszą czytelnika na łono przyrody i wzbudzają pragnienie bycia jej częścią. Dzieciom z pewnością spodoba się też pełna ekspresji rozkładówka ukazująca przebieg akcji sprzątania zainicjowanej przez Polę.


„Trzy życzenia” to udane połączenie fiction i non-fiction. Książka oferuje zarówno baśniowość, jak i fakty. Nie rezygnując z literackości i artystycznego przekazu, może być jednocześnie pierwszym ekoporadnikiem dla młodego  miłośnika przyrody.

Anna Paszkiewicz, Joanna Bartosik, „Trzy życzenia”, wyd. Widnokrąg, Piaseczno 2020.
Wiek: 5+


poniedziałek, 1 czerwca 2020

Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności


Opublikowana po raz pierwszy siedem lat temu książka Marcina Wichy „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” doczekała się kolejnego wydania. W edycji wydawnictwa Mamania w tytule graficznie wyeksponowano „Lekcje niegrzeczności”, bo też właśnie ta niegrzeczność jest tematem wokół którego koncentrują się opisane w książce zdarzenia.


Wszystko zaczyna się od przedmiotu o złowróżbnej nazwie „grzecznościomierz”. To element programu promocji grzeczności, a jego działanie polega na naliczaniu punktów za grzeczne zachowanie. W tym celu dziecko musi przez cały czas nosić grzecznościomierz zawieszony na szyi. Zielone światełko informuje, że dane zachowanie jest poprawne, czerwony sygnał – że wręcz przeciwnie.

Dyrektor Dora Dyra (przypominająca nieco panią Pałkę z „Matyldy” Roalda Dahla) zgłasza do programu promocji grzeczności siedmioletnią Strusię – dziewczynkę zawsze tak grzeczną, że już w przedszkolu wychowawczyni nie mogła się nadziwić: „to dziecko jest ciche jak trusia” – stwierdziła kiedyś, a dzieci przekręciły to po swojemu i tak się narodziła Strusia.


Strusia jest posłuszna, miła i spokojna, zupełnie jak bohaterka książki „Grzeczna” Gro Dahle i Svena Nyhusa. Jest równie niewidzialna, a także niezbyt lubiana. Nikt się nie liczy z jej zdaniem.

Na szczęście pojawia się Łysol – wielki kudłaty pies, który też kiedyś chodził do szkoły, ale go z niej wyrzucono za obsikanie pokoju nauczycielskiego. Został więc trenerem niegrzeczności – psem ratunkowym, który pojawia się tam, gdzie grzeczność bynajmniej nie wychodzi dzieciom na dobre.

Strusia jest zdziwiona tym, że niegrzeczności w ogóle trzeba uczyć. Ale szybko okazuje się, że grzeczność w swej definicji jest dla niej czymś zupełnie innym niż dla Łysola:
- Grzeczność to jest, kiedy robisz coś, co inni by chcieli, żebyś zrobiła, a oni mówią „O, jaka grzeczna dziewczynka”
- Zawsze tak robisz?
- Zazwyczaj. Na przykład w zeszłym roku chciałam się przebrać za wielbłąda na Jasełkach, ale pani od religii powiedziała, że wielbłąd jest zbyt humorystyczny, więc zostałam wołem.

Łysol unaocznia Strusi, wciągając ją w coraz to dziwniejsze i bardziej karkołomne przygody, że bycie grzecznym nie oznacza ślepego posłuszeństwa, braku własnego zdania, odzywania się tylko wtedy, gdy ktoś zapyta i nieustannych prób zadowolenia innych. Niegrzeczność w wydaniu Łysola, pokazywana Strusi na licznych przykładach własnych i w działaniu, to posiadanie własnej, również odmiennej opinii, odwaga bycia sobą, otwartość, działanie zamiast biernego trwania oraz dystans do siebie samego i podchodzenie do wielu spraw z humorem.


Jak można się domyślić, program promocji grzeczności kończy się zdecydowanie nie tak, jak życzyłaby sobie Dora Dyra. Ale dla Strusi (i wielu innych jej podobnych dzieci) jest to prawdziwie wyzwalające doświadczenie.

Już sama fabuła wystarczyłby, by uznać książkę Marcina Wichy za wartą lektury, ale to, co mnie w niej porwało, to metatekstualność. „Kiepski ze mnie narrator” – marudzi narrator między jednym a drugim rozdziałem, bo przypomina mu się, że zapomniał o czymś poinformować czytelnika. W połowie opowieści macha do niego spomiędzy kartek: „Halo, tu narrator. Staram się mówić jak najmniej, ale czasem muszę się odezwać. Na przykład teraz”. A czasem zagaduje pozornie bez związku: „Pamiętacie takie momenty, kiedy pod koniec filmu leci smutna piosenka, bohaterka snuje się po ekranie, a kamera pokazuje kalendarz albo listki na drzewach (dla pokazania upływu czasu)?”. To podgadywanie i komentowanie narratora ponad głównym tekstem tworzy bliską więź z czytelnikiem i sprawia, że czuje się on nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem całego spisku przeciwko byciu przesadnie grzecznym dzieckiem.

Dodatkową atrakcją książki są rysunki Wichy-grafika, i to nie tylko te ilustrujące konkretną scenkę, podpisane fragmentem tekstu, lecz także, może nawet bardziej, humorystyczne wstawki komiksowe umieszczone pomiędzy rozdziałami – pozornie bez związku, w istocie wiele mówiące o osobowości bohaterów.


I jeszcze humor, humor, dużo humoru – wspaniale absurdalnego, purnonsensowego. Jest obecny niemal na każdej stronie tej książki i daje mnóstwo frajdy czytelnikom. Satyra na szkołę, na domorosłe biznesy, internetowe mody, rozdmuchane medialne afery, celebrytów – zdecydowanie nie tylko dzieci będą tu miały okazję do głośnych chichotów.

Marcin Wicha, „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności”, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 6+



sobota, 23 maja 2020

„Książkowy Ulf to ja”


Wielu dorosłych, czytających trylogię opartą na wspomnieniach Ulfa Starka, poczuje się tak, jakby wskazówki zegara zaczęły się cofać, coraz szybciej i szybciej, aż do dzieciństwa.Brązowe strupy znowu będą znaczyć kolana, a bąble po pokrzywach jeszcze raz zapieką. Skóra zyska ten słodko-słony zapach letniego wieczornego powietrza. Gdzieś z oddali dobiegną nawoływania dzieciaków z podwórka.



Ulf Stark urodził się w 1944 roku, jego wspomnienia dotyczą więc Szwecji z lat 50. XX wieku, a mimo to wiele momentów trylogii o Stureby brzmi znajomo dla mojego pokolenia, którego dzieciństwo przypadło na lata 80. Popołudnia spędzane na włóczeniu się z rówieśnikami po okolicy, brawurowe zakłady, durne wygłupy, wojny podwórkowych gangów, pierwsze wakacyjne miłości, dyskoteki pod gołym niebem, przyjaźnie pieczętowane braterstwem krwi…
Dla współczesnego dziecka to może być świat już nieco egzotyczny, ale bez wątpienia arcyciekawy. Ulf Stark potrafi bowiem uczynić go uniwersalnym, koncentrując się na przeżyciach, emocjach, uczuciach swoich bohaterów, które są bardzo ludzkie i przez to niezmienne.

Część pierwsza trylogii to opowieść o codzienności dzieciństwa spędzonego w dzielnicy Stureby na przedmieściach Sztokholmu. Rzecz o szkole, rywalizacji w grupie rówieśniczej, relacjach z rodzicami i rodzeństwem, a przede wszystkim o przyjaźni. Przyjaźni Ulfa z Percym, nowym uczniem w klasie. Dziwny to chłopak. Niesamowicie wysportowany, mocny w gębie, rwie się nawet do bicia, jeśli z nim kto zadrze, ale uwielbia też robótki ręczne i sam piecze ciasta. Stark w fascynujący sposób opisuje powolne rodzenie się prawdziwej, trwałej chłopięcej (męskiej!) przyjaźni. Postać Percy’ego mocno ewoluuje w kolejnych tomach, a obserwacja tych zmian dostarcza czytelnikowi licznych zaskoczeń.


W części drugiej przyglądamy się najbliższej rodzinie Ulfa – zwłaszcza ojcu, jego zamiłowaniu do języka francuskiego i pasji zapalonego radioamatora, która doprowadza do niezwykłego wydarzenia: oto do Stureby na zaproszenie ojca przybywa książę Talal z Arabii Saudyskiej. To spotkanie okaże się ważne nie tylko dla rodziny Ulfa, lecz także Percy’ego i zaważy na dalszych losach przyjaźni chłopców.

W trzeciej części Ulf spędza lato na wyspie, a czytelnik poznaje kolejnych członków jego rodziny oraz wakacyjnych przyjaciół. Dojrzewanie właśnie puka do drzwi i Ulf doświadcza cierpień nieodwzajemnionego uczucia oraz ukłuć zazdrości. Dostrzega też coraz wyraźniej złożoność relacji międzyludzkich – tego lata inaczej spojrzy na swego wiecznie złoszczącego się dziadka i dostrzeże drzemiące w nim pokłady czułości, troski i żalu. A Percy znowu będzie tym, który pomoże mu osiągnąć poznanie.


Stark, zapytany w jednym z wywiadów o to, ile jest w książkowym Ulfie prawdziwego Ulfa, odpowiedział: „Ulf w książkach to zdecydowanie ja. Dzieli wiele moich uczuć i wczesnych doświadczeń, mamy tego samego brata i wychowaliśmy się w tym samym domu z piekarnią i domem starców po sąsiedzku. Ale oczywiście szczegóły autobiograficzne są interesujące dla czytelników nie dlatego że są prawdziwe, tylko dlatego, że są interesujące”.

Trylogię o Stureby czyta się wspaniale, lekko, z zaangażowaniem. Stark zadbał zarówno o wartką akcję, żywe dialogi, jak i o emocje czytelnika. Pojawiają się śmiech, wzruszenie, złość, oburzenie, współczucie, tęsknota, melancholia… Wielbiciele twórczości szwedzkiego autora wiedzą, że nie unikał trudnych kwestii i uważał, że w literaturze dziecięcej jest jak najbardziej miejsce na tematy takie jak śmierć czy seksualność. Mawiał, że woli pisać o nich w książkach kierowanych do dzieci, bo wtedy może to zrobić, nie ocierając się o patos. W trylogii o Stureby życie jest więc po prostu życiem, z całym bagażem nieuniknionych problemów i smutków, ale też zadziwień i radości, z których wiele jest nam tak dobrze znanych. I kiedy zamykamy ostatni tom, ten odległy i nieistniejący już przecież świat jest nam tak bliski, że mamy ochotę sięgnąć po pierwszą książkę i zacząć czytać od nowa.
Co też zresztą zrobiliśmy.

Ulf Stark, „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby”, „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”, tłum. Katarzyna Skalska, il. Magdalena Kucharska, wyd. Zakamarki, Poznań 2011–2020.
Wiek: 9+

wtorek, 12 maja 2020

Leśna Gazeta i inne historie o Lisku i Prosiaczku


Jest gdzieś las pełen dziwnych mieszkańców. Zwierząt o tajemniczych nazwach – pudłońców mieszkających w pudłach, myszotyłków chodzących tyłem, guzdrających się guzdrawców; zwierząt niby powszechnie znanych, ale funkcjonujących nietypowo, jak krowa namiętnie czytująca gazety na poduszkowych drzewach. Przylatują też do lasu ptaki wędrowne, takie jak brodacze rosyjskie o czerwonych piórach w ogonach, i niezwykle piękne, ale bardzo żarłoczne głodomory.



W tym lesie mieszkają też Lis i Prosiaczek – bohaterowie serii stworzonej przez dwóch Norwegów – Bjørna F. Rørvika i Pera Dybviga, składającej się w tym momencie z trzynastu tomików przygód. Lis jest przemądrzały i wygadany, lubi grać pierwsze skrzypce. Prosiaczek jest nieco mniej pewny siebie, ale zdarza mu się czynić trafne obserwacje. Obaj są łatwowierni i naiwni w swych osądach, ale nie można odmówić im chęci do działania. W tym bywają wręcz nadgorliwi. Co sprawia, rzecz jasna!, że nie brakuje im także zaskakujących przygód i tarapatów, w które co i rusz wpadają.


W Polsce wydawnictwo Druganoga opublikowało jak dotąd trzy części przygód Liska i Prosiaczka, a są to: „Leśna Gazeta”, „Kawiarenka Pod Ptasim Ogonem” i „Bieg z zagadkami”.
W pierwszej z nich dwaj przyjaciele postanawiają stworzyć własny tytuł prasowy – co okazuje się niełatwe już na etapie wymyślania tytułu. W końcu w wyniku kompromisu powstaje „Lisi Hejnał – Kurier Prosiaczka”. Lisek jest jego Rudaktorem, a Prosiaczek – dziennikarzem. Ale… o ciekawy temat wcale nie jest łatwo, a dobry reportaż wymaga poświęceń.
W „Kawiarence Pod Ptasim Ogonem” przyjaciele otwierają z kolei w lesie kawiarnię. Inspiracją projektu nie jest bynajmniej kulinarna pasja, lecz chęć zbierania piór z ptasich ogonów… Lisek wykoncypował, że łatwo je zdobędzie, jeśli otworzy kawiarnię dla ptasiej klienteli.
W „Biegu z zagadkami” przyjaciele biorą udział w biegu organizowanym przez Pudłońce. Przyjaciół kusi zdobycie głównej nagrody, a przynajmniej wydaje im się, że właśnie o tym marzą.


Na czytelnika na każdym kroku czekają tutaj zabawne zwroty akcji, purnonsens, humor skatologiczny, komizm sytuacyjny i słowny oraz zabawy słowotwórcze, za które wypada pochwalić także tłumaczkę Iwonę Zimnicką.

„- Dzisiaj odbywa się Pudłońcowy Bieg z Zagadkami.
- Z zagadkami? – Prosiaczek się roześmiał. - To znaczy, że trzeba do kogoś zagadać?”

„Prosiaczek wziął do łapki malutkie stworzonko.
- Co to może być? – spytał.
- Na pewno zwykły żuk szyszkowy – stwierdził Lisek.  – Albo burczymucha. Czy ten robaczek burczy, kiedy położysz go na grzbiecie?
Prosiaczek odwrócił żyjątko do góry nogami. Zaburczało. Czyli była to burczymucha”.


Przyjemnie jest się zanurzyć razem z dzieckiem w absurdy rzeczywistości mieszkańców lasu: razem z krową poczytać gazetę na poduszkowym drzewie i kibicować zatrudnionemu przez Centralny Rejestr Igieł ptaszkowi, który próbuje policzyć igły na wszystkich sosnach i świerkach. Słowa takie jak „ugibujski spuk”, „myszotyłki” czy „guzdrawce” na długo zapadną w pamięci czytelnika. Tym bardziej, że towarzyszą im przykuwające wzrok ilustracje, z rozmachem kreślone szaloną, dynamiczną, rozbazgraną kreską.

Bjørn F. Rørvik, Per Dybvig, „Leśna Gazeta”, „Kawiarenka Pod Ptasim Ogonem”, „Bieg z zagadkami”, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Druganoga 2019, 2020.
Wiek: 5+