środa, 22 marca 2017

Nowe Basie

Czy jest tu ktoś, kto nie zna jeszcze Basi? W przyszłym roku minie 10 lat od chwili ukazania się pierwszej książeczki z jej przygodami – „Basia i przedszkole”. Dobrze pamiętam ten moment, bo moja córka też rozpoczynała wówczas swoją przedszkolną przygodę, i Basia bardzo nam pomogła zbudować pozytywne nastawienie do tego wydarzenia. Dziś cykl Basinych historii liczy już 28 tomów. Najnowszy to „Basia i biblioteka”.



Spoglądam na pierwszą rozkładówkę. Przedszkolaki siedzą w kręgu na dywanie, a pani Marta opowiada, czym jest biblioteka. Tłumaczy, że książki można wziąć z niej za darmo. Ale potem trzeba oddać. I że dzięki temu jedną książkę może przeczytać wiele osób. A jeśli się książkę zgubi, to trzeba ją odkupić. Mówi też o zasadach panujących w bibliotece – że nie wolno w niej krzyczeć, za to jak najbardziej można rozmawiać. Na przykład podczas warsztatów artystycznych.


Na taki właśnie warsztat, prowadzony przez pisarkę i ilustratorkę Różę Marcinek, wybiera się grupa Basi. Podekscytowane dzieciaki z zafascynowaniem przyglądają się regałom wypełnionym książkami aż po sufit. Potem pojawia się autorka i okazuje się, że dzieci mają do niej mnóstwo pytań. Gdzie pracuje pisarz? Do czego potrzebna mu wyobraźnia? Jak się wymyśla książkowych bohaterów? Dlaczego dobry twórca musi nie tylko umieć opowiadać, lecz także słuchać?


Myślę, że wszyscy, którym sprawy czytelnictwa leżą na sercu, bardzo czekali na tę część cyklu. Część, w której wprost mówi się o tym, że obecność książki w życiu dziecka jest bardzo ważna i pokazuje, jak znaczący jest jej wpływ na rozwój wyobraźni, twórczego myślenia i potrzebę wyrażania się w sztuce.

To także należny hymn pochwalny na cześć bibliotek. One wciąż się dla nas zmieniają, unowocześniają, stają się coraz bardziej przyjazne dzieciom, zarówno pod względem oferty, jak i dostosowania przestrzeni oraz oferowanych atrakcji. W bibliotece można dziś nie tylko pożyczyć książkę, lecz także wziąć udział w spotkaniu autorskim, w warsztatach, konkursach, zobaczyć ciekawe wystawy albo rozegrać turniej gier planszowych. Jednak aby się o tym dowiedzieć, trzeba do biblioteki przyjść.


Tymczasem wielu osobom, nawet tym świadomym czytelniczo, z biblioteką często nie po drodze, a co za tym idzie, ich dzieci trafiają tam często dopiero w wieku szkolnym, w poszukiwaniu lektury. A to nie zawsze najlepszy biblioteczny start ;-) Czas to zmienić i wierzę, że książki takie jak „Basia i biblioteka” mogą tu wiele dobrego zdziałać.


Basia nadal chodzi do przedszkola, ale część jej wiernych czytelników powędrowała już w szkolne mury, gdzie zetknęła się z poważniejszymi tematami, które jednak wciąż tak samo dręczą i domagają się wytłumaczenia. Dla tych nieco starszych wielbicieli Basi powstała seria  „Basia i przyjaciele”. Właśnie ukazała się w niej trzecia książka, skupiająca się na osobie Titiego i bardzo istotnej kwestii społecznej – tolerancji dla innego.


Hasło „tolerancja” jest już tak ograne, że samo w sobie być może nie kojarzy się dziecku z niczym. Tu trzeba opowieści, która przyniesie ze sobą emocje i pozwoli uzmysłowić sobie, co to znaczy być tolerancyjnym i co się dzieje, jeśli tolerancji zabraknie. Taką opowieścią jest właśnie historia Titiego, czarnoskórego kolegi z grupy przedszkolnej Basi. Naprawdę nazywa się Emilie Onoe i kiedyś mieszkał na Haiti. Niestety w trzęsieniu ziemi zginęła cała jego rodzina. Chłopiec został zaadoptowany przez polską rodzinę. Ma kochających rodziców, oddanych przyjaciół, uczy się polskiego i powoli, powolutku dostraja do nowej, odmiennej kultury. Niestety nie zawsze spotyka się z akceptacją otoczenia.


Jest w książce taka przejmująca scena, gdy jakiś człowiek wrzeszczy na ulicy na Titiego: „Gdzie leziesz, czarnuchu!”, a chwilę potem odzywa się agresywnie także do Julii, mamy Titiego: „O, kolejny czarnuch. Pałęta się toto teraz wszędzie. Zabierają nam pracę, nieroby”. Gdy zaś w obronie żony i syna staje tata Titiego, jemu też się dostaje: „Jasne, broń ich pan. Brudasów jednych. Uchodźców. Muslimów. Tylko patrzeć, jak przylezie tu tego cała masa. Wracajcie do domu, czarnuchy!”

Ta pełna negatywnych emocji scena jest niestety bardzo autentyczna. W naszym monolitycznym kulturowo kraju dość łatwo spotkać osoby, które boją się inności w postaci odmiennego koloru skóry czy  wyznania i reagują na nie agresją. Mowa była o tym już w „Basi i koledze z Haiti” – Titi pojawiał się tam po raz pierwszy jako nowy w przedszkolu, wśród niektórych dzieci budząc ciekawość, wśród innych zaś niechęć. To były jednak dzieci – tutaj natomiast mamy do czynienia z osobą dorosłą, świadomą swoich poglądów, nieobawiającą się wykrzyczeć publicznie „szarych, ciężkich słów” pod adresem Titiego i jego mamy wobec ulicy pełnej ludzi.


Jak ma sobie poradzić z takimi atakami mały chłopiec, który stracił wszystko co miał najcenniejszego i wciąż jest emocjonalnie poraniony? Czy może liczyć na zrozumienie, pomoc? Na szczęście na świecie „istnieją też  inne słowa: ciepłe i kolorowe”. które przeciwstawią się tym mrocznym i złym. I Basia je zna! Basia, która poruszona obelgami, które spadły na Titiego, wysmarowuje sobie całą twarz błotem, by oświadczyć: „Jestem czarnuchem”.

Ta część serii to mocne, emocjonalne spotkanie z innością, która nieoswojona, wzbudza lęk i agresję i popycha ludzi do podłych czynów.  To książka o uprzedzeniach, odrzuceniu i o znęcaniu się nad słabszym, wcale nie tylko tym ciemnoskórym.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i biblioteka, Basia i przyjaciele. Titi, wyd. Egmont 2017
Wiek: 3+; 5+












poniedziałek, 20 marca 2017

Tyczka w Krainie Szczęścia

Kiedy rodzice Daniela pracują do późna, pani Julia opowiada chłopcu historie na dobranoc. Robi to jak nikt inny. Tego wieczoru spogląda na swój pierścionek z dużą perłą… i już po chwili „w świat fantazji zanurzą się cudowny,/ dziecko ze snu je poprowadzi/ przez dziwów świat czarowny”*. Julia opowiada Danielowi bajkę-niebajkę, o sobie samej jako małej dziewczynce, która trafiła niegdyś do tajemniczej Krainy Szczęścia.



Ta dziewczynka, zupełnie jak Alicja Lewisa Carrolla, pewnego dnia wpada przypadkiem w głęboki tunel i trafia do zaczarowanego świata. Nie jest to jednak efekt znużenia upałem, bo wokół panuje zima, a Julka bynajmniej nie jest senna. Przeciwnie – jest smutna i trochę zła, i ma ku temu istotne powody. Zaginął jej ukochany starszy brat. Pewnego dnia po prostu przepadł i mimo miesięcy poszukiwań, nie udało się go odnaleźć. Dlatego Julka siedzi teraz zrezygnowana i zła na swoich nowych czerwonych sankach i wcale się z nich nie cieszy. Rusza w dół zbocza, tylko od niechcenia odpychając się nogami, lecz sanki nagle nabierają rozpędu i niosą ją prosto w lodowy korytarz.

Ilustracje pochodzą z blogu Emilii Dziubak: https://emiliaszewczyk.blogspot.com

W rozmowie z Dorotą Karaś dla dwutygodnik.com Martin Widmark, szwedzki pisarz, niegdyś nauczyciel, popularny także w Polsce za sprawą serii detektywistycznych przygód Lassego i Mai, powiedział: „Świat, o którym piszę, jest szczęśliwy, pogodny, bo bardzo chcę, żeby właśnie w takim otoczeniu żyły [dzieci]. Cała reszta to pomyłki dorosłego świata”. 


A jednak w „Tyczce” autor częściowo odsłania kurtynę odgradzającą szczęśliwe dzieciństwo od mrocznego świata dorosłych i pozwala, by trudne emocje, skrywane obawy, a w końcu otwarte oburzenie stały się udziałem bohaterów oraz czytelników. Także tych dorosłych, których obecność przy boku dziecka podczas tej lektury uważam za bardzo pożądaną. Kraina Szczęścia, do której trafia Julia, ma w sobie bowiem coś niepokojącego, choćby dlatego, że szczęście jest tam obligatoryjne. Nie ma miejsca na smutek i żal, na złość i niepokój. „Nikomu nie jest smutno w Krainie Szczęścia” – zapewnia dziewczynkę pan Jacobi, starając się, by zabrzmiało to szczerze, choć z jego głosu przebija smutek.


Ów pan Jacobi – potężny chrząszcz we fraku i muszce – jest postacią tragikomiczną. Z jednej strony jowialny i dobrotliwy, troszczy się o Julkę, którą nazywa Tyczką, dba, by nie była głodna i funduje jej niezapomnianą wodną przejażdżkę na liściu nenufaru ciągniętego przez dwa pstrągi. Ale jednocześnie przywodzi na myśl polną mysz z „Calineczki” Andersena, która choć troskliwa i dobra, popychała swą podopieczną wprost w nieszczęście. Pan Jacobi nie ma nawet tyle odwagi, by wytłumaczyć się z własnej fałszywej postawy wobec Tyczki. Ucieka jak niepyszny, chroniąc własną skórę.


Atmosferę niepokoju i dwuznaczności buduje także sama warstwa tekstu, a konkretnie wypowiedzi pana Jacobiego – chrząszcz co i rusz przekręca słowa i miesza się w swych stwierdzeniach, myląc mrówki i krówki, serwując sok z „pruskawek i bijgód”, a nawet, gdy podając Julce miskę z zupą, zachęca: „Jedz trupa, Tyczko” (!). W efekcie rozmowa z nim przypomina dyskusję z Marcowym Zającem podczas szalonego podwieczorku.

Na szczęście Julia, podobnie jak Alicja, jest osobą inteligentną i zaradną. Niestraszne jej najdziwniejsze zwroty akcji i najbardziej nawet pokraczne postaci spotkane na drodze. A gdy na jaw wychodzi, że w Krainie Szczęścia uwięziony został także Tomek – zaginiony brat Julii – dziewczynka nie potrzebuje już żadnej dodatkowej motywacji, by odważnie przeciwstawić się złu.



Baśniowość opowieści znajduje dodatkowy wymiar w cudownych ilustracjach Emilii Dziubak – naszej rodzimej mistrzyni światłocienia, której chyba nikomu nie trzeba szerzej przedstawiać. Kraina Szczęścia widziana jej oczami zachwyca, zdumiewa, intryguje. Nie dziwi, że Martin Widmark niezwykle chwali sobie współpracę z ilustratorką (duet popełnił już drugą wspólną książkę, o roboczym tytule „Dom, który się przebudził” – wkrótce w wydawnictwie Mamania).  W cytowanym wyżej wywiadzie pisarz powiedział, że „w książce dla dzieci całą masę rzeczy można opowiedzieć dzięki obrazowi”, stąd on sam jest oszczędny w słowach, zostawiając szerokie pole do popisu ilustratorowi. Emilia Dziubak w pełni skorzystała z tego zaproszenia, snując historię Tyczki wspaniałymi obrazami – od pięknej złociście połyskującej okładki, przez pełne światła i kolorów rozkładówki, po kontrastową, kwietno-motylą wyklejkę.

Tyczka w Krainie Szczęścia, Martin Widmark, il. Emilia Dziubak, wyd. Mamania 2017
Wiek: 4+

 *Fragment z "Alicji w Krainie Czarów" w przekładzie Bogumiły Kaniewskiej


czwartek, 16 marca 2017

Subiektywny przegląd książkowych nowości /marzec 2017/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.


Aby móc porządnie  napisać Wam o tej książce, musiałam ją przeczytać w całości. Nie wystarczyły mi zdania w materiałach prasowych ani krótki blurb. Ale nawet teraz, po zakończonej lekturze, trudno mi dobrać słowa. Może więc tak: jest sobie dziewczynka, Marysia. Właśnie przeniosła się do nowej szkoły. Nie ma żadnych koleżanek, ale nie szuka towarzystwa. Całe dnie upływają jej na czujnej obserwacji domu. Wie, że dzieje się w nim coś strasznego, coś, co jest zagrożeniem dla zamieszkującej go rodziny. Niestety nikt inny tego nie dostrzega. Na szczęście Marysia poznaje Daniela, który też jest na osiedlu nowy. Nić przyjaźni, która zaczyna ich łączyć, sprawia, że dziewczynka  postanawia uchylić rąbka tajemnicy i podzielić  się z chłopakiem straszną wiedzą o domu nie z tej ziemi. Nie będzie to jednak łatwe, bo dom pilnie strzeże swych sekretów.
Bardzo poruszająca książka o przemocy w rodzinie, o traumie przez jaką przechodzi dziecko tej przemocy doświadczające, próbujące ocalić rodzinę i siebie. A także rzecz o sile przyjaźni, bliskości, o wierze w człowieka. Autorka, umiejętnie posługując się metaforą, nie od razu nazywa rzeczy po imieniu, pozwalając bohaterom (i czytelnikowi) coraz głębiej i głębiej wkraczać w tajemnicę, aż dramatycznej finalnej rozgrywki dobra ze złem.
I jeszcze ilustracje Daniela de Latoura – z pozoru oszczędne, sięgają do najgłębszych pokładów emocji.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel De Latour, wyd. Nasza Księgarnia, marzec  2017
Wiek: 10+

Dzieci mają swoje upodobania żywieniowe i czasem potrafią stroić fochy przy stole. Czasami często. Tak jak króliczek Serduszko, którego mama dwoi się i troi, żeby podsuwać mu smaczne kąski. Nic z tego – wszystko jest nie takie: sałata zbyt zielona, zupa zbyt wodnista, a Króliczek ma coraz to nowe kaprysy. Kiedy jednak mówi mamie, by ta ugotowała mu bajkę, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót…
Energetyczne ilustracje Agaty Dudek, wielokrotnie nagradzanej ilustratorki książkowej i prasowej, przykuwają wzrok i dodają smaku tej kulinarnej opowieści o emocjach relacji rodzic – dziecko. Książka ukazuje się w tym samym czasie w dwóch wersjach: polskiej i słoweńskiej.

Majda Koren, Ugotuj mi bajkę, il. Agata Dudek, tłum. Mariusz Biedrzycki, wyd. Ezop, marzec 2017
Wiek: 3+

Po tym jak mama Albiego umiera na raka, ojciec rzuca się w wir pracy naukowej. Zawsze był „Człowiekiem, Który Potrafi Wyjaśnić Wszystko”, a nie miał czasu, by rozmawiać z własnym synem. Często nieobecny, podróżujący po świecie i nagrywający telewizyjne programy naukowe, teraz jeszcze bardziej wycofuje się z rodzinnego życia.  Chcąc dodać otuchy Albiemu, ojciec odwołuje się do zasad fizyki kwantowej i koncepcji światów równoległych, przekonując, że choć w tym świecie mama odeszła, bardzo możliwe, że nadal żyje w innym, równoległym, cała i zdrowa. Chłopiec chwyta się tej myśli i decyduje, że jako dziecko naukowców, musi podjąć się eksperymentu i wysłać samego sienie w podróż przez czasoprzestrzeń w poszukiwaniu mamy.
Książka przedstawia zagadnienia naukowe w niezwykle przystępny sposób, skupia się także na ważnych dla nastolatka relacjach rówieśniczych, przede wszystkim zaś wzruszająco porusza temat przepracowywania żałoby po stracie najbliższych.

Christopher Edge, Wiele światów Albiego Brighta, tłum. Karol Sijka, wyd. Zielona Sowa, marzec  2017
Wiek: 9+

Ptaki wędrowne zakładają gniazda wiosną, latem śpiewają wśród traw i przekomarzają się na ulicach. Gdy jednak nadchodzi jesień, muszą zebrać się do odlotu. Co by się stało, gdyby postanowiły zostać?  Ludzie, tak jak wędrowne ptaki, żegnają się z jednym miejscem, by podążyć do innego, walczą ze smutkiem rozstania, z obcością i brakiem dopasowania do danej społeczności. Czasem muszą tkwić w jednym miejscu, chociaż czują, że nie są w nim mile widziani i najchętniej odesłano by ich tam, skąd przybyli… Jest to szczególnie trudne dla dzieci, które chcą wieść zwykłe życie – chodzić do szkoły, bawić się, mieć przyjaciół. Na szczęście trafiają się tacy, którzy nie boją się innego, a los wędrowców, którzy nie wiedzą dokąd pójść, nie jest im obojętny. Przepięknie zilustrowana, w spokojnych, ciepłych barwach książka o szukaniu porozumienia i szacunku wobec odmienności.

Michael Roher, Wędrowne ptaki, tłum. Krystyna Bratkowska, wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2017
Wiek: 5+


Mam słabość do książek traktujących o rytmie życia, że się tak wyrażę. Czyli takich, które pokazują mijający dzień, następujące po sobie pory roku, które przyglądają się jakiemuś wycinkowi rzeczywistości dziecka (np. porannym rytuałom albo zasypianiu). Jest całkiem sporo takich pozycji na rynku, ale wciąż powstają nowe, i bardzo dobrze! Trzy kartonówki „Kiedy słońce wstaje”, „Gdy nadchodzi wieczór”, „Na nocnym niebie” wchodzące w skład serii „Przesuń paluszkiem” zaliczają się właśnie do wspomnianej przeze mnie kategorii. Książeczki te, kierowane do najmłodszych czytelników, nie są jednak zwykłymi kartonikami. Zachęcają bowiem dziecko do działania i współtworzenia opowieści. Każda ilustracja kryje w sobie przesuwaną kartę, dzięki której zmienia się charakter przedstawionej sytuacji (nad domem rozbłyskują błyskawice, ze sny budzą się nocne zwierzęta, gasną świeczki na torcie…). Dziecko dokonuje tych zmian paluszkiem właśnie. Niewielki prosty ruch, a jaka frajda! Praktyczna alternatywa dla książeczek z okienkami, w których małe rączki czasem zbyt szybko rozprawiają się z ruchomymi elementami.

Gabriele Clima, „Kiedy słońce wstaje”, „Gdy nadchodzi wieczór”, „Na nocnym niebie”, tłum. Natalia Mętrak, wyd. Wilga, marzec 2017
Wiek: 3+


niedziela, 12 marca 2017

Połącz kropki ● Warszawa ● Kraków ● Paryż

Już niedługo majówka, i z każdym cieplejszym dniem zaczynamy myśleć o wyjściu na zewnątrz, o jakiejś ciekawej wycieczce, może nawet o dłuższej podróży. Snujemy plany, wyciągamy przewodniki, mapy i albumy, żeby przyjrzeć się miejscom, które chcielibyśmy odwiedzić. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze bardzo lubiłam etap przygotowań i szykowania się na jakąś wyprawę, a obowiązkowym punktem programu jest zdobywanie informacji o danym miejscu.



Wydawnictwo Egmont zaproponowało ciekawą serię, która realizuje ten przygotowawczy cel, a jednocześnie oferuje relaks i manualną rozrywkę. Jakiego rodzaju? Dobrze wszystkim znane z dzieciństwa łączenie kropek! Trzy książki to trzy miasta: Warszawa, Kraków i Paryż. Każdy tytuł prezentuje najważniejsze zabytki danej metropolii, jej charakterystyczne punkty, najpopularniejsze miejsca. W Paryżu zobaczymy więc m.in. oczywiście wieżę Eiffla, katedrę Notre Dame i Luwr, w Warszawie Pałac Kultury i Nauki, Łazienki Królewskie i Grób Nieznanego Żołnierza, w Krakowie Sukiennice, wzgórze wawelskie czy kopiec Kościuszki. W krótkich tekstach opatrzonych zdjęciami zawarto rys historyczny tych miejsc, najważniejsze wydarzenia z nimi związane i ich obecną funkcję, a mapa znajdująca się na początku książki pozwala zlokalizować je w panoramie miasta.



To, co decyduje jednak o specyfice tej serii to oczywiście możliwość wykonania rysunków tych słynnych obiektów architektonicznych (i nie tylko – znajdziemy też tu np. popularne krakowskie obwarzanki, obraz „Dama z gronostajem”, samochód marki Warszawa  albo barkę na Sekwanie) poprzez łączenie kropek. To zabawa, która doskonali umiejętności manualne, uczy cierpliwości i skupienia. 



Niektóre zadania są łatwiejsze, inne trudniejsze. Przykładowo, stosunkowo proste do poprowadzenia linie mostu paryskiego Pont des Arts sąsiadują z mozaiką niemal 400 kropek tworzących detale fasady katedry Notre-Dame. To sprawia, że zabawa z książkami może przynieść wiele satysfakcji zarówno ośmiolatkowi, jak i mocno dorosłej już osobie. Gotowy rysunek można oczywiście pokolorować dowolną techniką, odzwierciedlając stan faktyczny lub puścić wodze wyobraźni, tworząc własne wizje architektoniczne.



Ciekawy to pomysł, by poznawać zabytki europejskich miast, tworząc ich portrety za pomocą łączonych kropek. Kilka wieczorów spędzonych w ten sposób, to okazja do zdobycia podstawowych informacji o Warszawie, Krakowie i Paryżu i do przyjemnych chwil rysunkowego relaksu z myślą o wielkomiejskich wyprawach.




Połącz kropki (w serii: Warszawa, Kraków, Paryż), Agata Toromanoff, il. Natalia Pakuła, wyd. Art Egmont  2017
Wiek: 7+




środa, 8 marca 2017

Jezioro łabędzie

„Jezioro łabędzie” po raz pierwszy ujrzało światła rampy scenicznej 4 marca 1877 roku. Mija właśnie 140 lat od tego wydarzenia, a słynny balet Piotra Czajkowskiego wciąż zachwyca i oczarowuje kolejne pokolenia  – muzyką, tańcem, miłosną historią.

  


Zanim zabierzemy dziecko do teatru, by zobaczyło ten klasyczny balet, doświadczając go wszystkimi zmysłami, warto przybliżyć mu dzieje uczucia Odetty i Zygfryda. Francuska artystka Charlotte Gastaut w opublikowanej właśnie przez Wydawnictwo Mamania książce opowiedziała tę historię nie tylko słowami, lecz przede wszystkim niezwykłymi ilustracjami.


Niezwykłe, bo wycinankowe, stworzone z papieru, jak z ażurowej, delikatnej koronki. Na pierwszej stronie widzimy młodzieńca pędzącego konno prosto w mrok. Marzy o prawdziwej miłości, nie poznał jednak dotąd nikogo, kogo darzyłby takim uczuciem. Tymczasem rodzice oczekują, że nazajutrz wybierze sobie żonę. Po nocnym niebie sunie klucz łabędzi i książę podąża za nimi aż nad brzeg jeziora. Tam, w świetle księżyca, dostrzega przepiękną dziewczynę w sukni z łabędzich piór. Opowiada mu swą smutną historię – jest księżniczką, na którą dawno temu pewien czarnoksiężnik rzucił zaklęcie. Od tamtej pory ona i jej damy dworu żyją jako łabędzie, i tylko o północy, na kilka godzin wracają do swych ludzkich postaci. Zaklęcie można jednak zdjąć mocą szczerej miłości.



Jakże cieszy się książę! Przecież właśnie się zakochał! Jest pewien, że kiedy następnego dnia na balu przedstawi wszystkim swą wybrankę, zły czar pryśnie, a on poślubi kogoś, kogo szczerze kocha. Zło jednak nie śpi…


Historia opowiedziana przez Charlotte Gastaut, oparta na motywach libretta Władimira Begiczewa i Wasilija Gelcera, ma łagodniejszą od oryginału wymowę, a przede wszystkim szczęśliwe zakończenie. Kochankowie nie giną w falach jeziora, lecz stają na ślubnym kobiercu. To zakończenie, będące ukłonem w stronę młodszego czytelnika, prawdopodobnie jest bliskie pierwotnej, niezachowanej wersji utworu, który Czajkowski skomponował wcześniej, w trakcie letniego wypoczynku w rodzinnym dworze, jako jednoaktowy balet „Jezioro łabędzi”, przeznaczony dla dzieci siostry kompozytora.



W książce, wydanej w albumowym formacie 300x330 mm, zachwycają misterność, precyzja wycinanek i wielka dbałość o detale. W ilustracjach dominują motywy florystyczne, roślinne – kwitnące drzewa, trawy gnące się w podmuchach wieczornego wiatru, uśpione łąki. Czuć bliskość natury pod niebem rozjarzonym gwiazdami, na którym ogromnieje księżyc w pełni. A wszystko skąpane w świetlistym złocie i bieli skontrastowanymi z głęboką czernią.
Wpadające przez wycięte otwory światło stwarza atmosferę tajemnicy, oniryczności, zapewnia też wrażenie ruchu. Po przewróceniu kartki ilustracje ożywają, sprawiając, że postaci na nich przedstawione poruszają się jak w tańcu – i tak trwa wspaniałe baletowe przedstawienie, choć nie na deskach teatru, a na kartach książki.


Charlotte Gastaut, Jezioro łabędzie. Na motywach baletu Piotra Czajkowskiego, tłum. Justyna Gorce-Bałut, s. 38, wyd. Mamania 2016
Wiek: 3+




sobota, 4 marca 2017

Gębolud

Oto czarownik. Teoretycznie straszny i zły – jak rodzinna tradycja nakazuje. Mieszka w ponurym, starym domu i próbuje sporządzać obrzydliwe mikstury, ale nie bardzo mu to wychodzi. W duszy gra mu bowiem coś zupełnie innego – Gębolud marzy o tym, by być ogrodnikiem, hodować róże i robić z nich konfitury.



Ale nie jest łatwo tak po prostu pójść za głosem serca. Są przecież zobowiązania, oczekiwania innych, normy, których należy przestrzegać, no i zachowania, co do których wiadomo, że „tak wypada”, a „tak nie wypada”. Mądry Gębolud ma niestety pełną tego świadomość. Każdego dnia, gdy staje przed lustrem, myśli o tym, co naprawdę chciałby robić, a co robić musi, i ten dysonans doskwiera mu tak straszliwie, że koniec końców nie robi NIC! Ogród zarasta chwastami, a dom starymi gratami.


Kto wie… może brudny i smutny Gębolud zgubiłby się doszczętnie w tym zewnętrznym i wewnętrznym bałaganie, gdyby nie czarownica Hortensja – mieszkająca tuż obok, w schludnym, pachnącym kwiatami domku. Sfrustrowany bałaganem Gębolud pożycza od niej miotłę, by wreszcie trochę posprzątać. Nawet nie przypuszcza, jak cenny podarunek otrzyma wraz z zaczarowaną miotłą od dobrej czarownicy! Wkrótce w jego życiu pojawi się osóbka, której obecność sprawi, że Gębolud wreszcie odważy się pokazać światu swoje prawdziwe oblicze „miłego pana, który lubi dzieci i zwierzęta”. I róże.




Sympatyczną postać dobrego czarownika, który próbuje być zły, wymyśliły dzieci autorki. W jednym z wywiadów Roksana Jędrzejewska-Wróbel stwierdziła, że „dzieci są bardzo wyczulone na fałsz (…), oczekują historii prawdziwych, wiarygodnych”.  I taka jest właśnie historia Gęboluda. Pierwszy raz przeczytałam ją siedem lat temu, kiedy to ukazało się drugie wydanie (pierwotnie książka na rynku pojawiła się w 2004 roku). Moja czteroletnia wówczas córka z miejsca polubiła bohatera-wrażliwca i z zapałem kibicowała mu na drodze do realizacji marzeń. Od niedawna natomiast książka ma nowego czytelnika w osobie mojego syna. Miał okazję poznać Gęboluda w nowej, pięknej szacie graficznej, bo wydawnictwo Bajka opublikowało właśnie trzecie wydanie książki.  

Ilustracje do tej edycji wykonała tak jak poprzednio Agnieszka Żelewska, jednak odmienną techniką. Tym razem wzrok przyciągają pełne uroku wycinanki, które czynią błękitny domek czarownicy Hortensji jeszcze śliczniejszym, a wnętrza domostwa Gęboluda namacalnie wręcz zagraconymi, pełnymi pajęczyn, podartych papierzysk i starych puszek. Wyraźniej zaznacza się kontrast pomiędzy kolorowym, słonecznym światem na zewnątrz a posępną, mroczną i brudną przestrzenią życiową Gęboluda. Tekst pozostał w zasadzie ten sam, z drobnymi zmianami, które przestudiowałam z ciekawością. Obrazują one bowiem zmiany zachodzące w naszych czytelniczych przyzwyczajeniach i są ukłonem w stronę współczesnego pokolenia kilkulatków: zdania wielokrotnie złożone podzielono na pojedyncze, doprecyzowano niektóre sformułowania. Pojawiły się też dopowiedzenia, jak na przykład to, ułatwiające młodemu odbiorcy zrozumienie przyczyn nieszczerego zachowania Gęboluda, udającego, że nie lubi Hortensji: „To mogłoby zniszczyć jego wizerunek. Źli czarownicy nikogo nie lubią!”.



Ta scena jest kluczowa dla bardzo ważnego przesłania książki: Nie bój się być sobą. Zobacz, jakie to niezręczne i dziwne, kiedy udajesz kogoś innego i na siłę starasz się być inny, niż jesteś.
To trudne zadanie, bo dzieci coraz wcześniej słyszą, że powinny być takie nie inne, widzą, jak precyzyjnie zarządza się ich czasem wolnym, jak skrupulatnie planuje się ich przyszłość. W (nieco) późniejszym wieku dochodzi presja rówieśnicza.  Jeśli więc marzenia idą na przekór tym planom, to wielką sztuką jest wypowiedzieć  je na głos. A potem pójść pod prąd, wydobyć siebie z szufladki, do której zostało się wrzuconym. Niełatwo dokonać tego samodzielnie – potrzebni są inni, którzy wspomogą, dodadzą otuchy. I o tym także jest ta książka – o przyjaźni, bezinteresownych gestach życzliwości i odkrywaniu, jak ważna w życiu jest bliskość drugiego człowieka.


Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Gębolud, il. Agnieszka Żelewska, wyd. Bajka 2017
Wiek: 4+



poniedziałek, 27 lutego 2017

Całkiem obcy człowiek

Zaczęło się od zamykania drzwi do pokoju, słuchawek na uszach, telefonu wiecznie ładującego się w gniazdku, bo bateria nie nadąża za intensywnością użytkowania… Któregoś dnia uświadomiłam sobie, że mam w domu nastolatkę. Z jednej strony to nadal dziecko, które doskonale znam, z drugiej – nowo tworząca się istota, która bardzo chce zaznaczyć swoją odrębność i zaczyna podważać domowe status quo. Ten trudny moment „pomiędzy” opisują książki z nurtu coming-of-age. Dzięki nim mamy okazję do podglądania zza kulis tych fragmentów rzeczywistości współczesnych nastolatków, o których oni sami raczej niechętnie opowiadają. Młodzi ludzie znajdują zaś tu bohaterów, którzy mają podobne doświadczenia i z którymi łatwo mogą się utożsamić.



W książce Rebeki Stead pojawia się wiele takich, interesująco zarysowanych, postaci, z których na plan pierwszy wysuwają się: gimnazjalistka Bridge Barsamian, jej rówieśnik Sherm Russo oraz pewna licealistka, której tożsamości możemy się domyślać, choć ujawniona wprost zostaje dopiero na końcu książki.
Poczynania bohaterów obserwujemy w kilku kręgach: szkolnym, rodzinnym i rówieśniczym, które oczywiście przeplatają się i wzajemnie na siebie oddziałują. Poznajemy też przeżycia wewnętrzne i myśli młodych ludzi – w trzech różnych rodzajach narracji: klasycznej trzecioosobowej (Bridge), drugoosobowej (licealistka) oraz epistolarnej (listy Sherma do dziadka). To ciekawy zabieg, dzięki któremu czytelnik zostaje poprowadzony niejako trzema myślowymi torami, które spotkają się we wspólnym finale.

Choć akcja powieści toczy się w Nowym Jorku, podobieństwo doświadczeń amerykańskich i polskich nastolatków jest uderzające. Bohaterowie książki próbują zaistnieć na arenie szkolnej rzeczywistości, walczą o uznanie nauczycieli i kolegów, borykają się z niskim poczuciem własnej wartości, uczą się akceptacji własnego zmieniającego się ciała, stawiają pierwsze kroki w relacjach z płcią przeciwną, zmagają się z odrzuceniem, agresją rówieśniczą. Mimo niepowodzeń, starają się budować relacje oparte na szczerości i zaufaniu.

Na szczególne podkreślenie zasługuje, moim zdaniem, poruszenie przez Rebekę Stead trzech problemów: 1) bullyingu, czyli rówieśniczego znęcania się, ze szczególną rolą w tym procederze mediów społecznościowych; 2) (nie)trwałości relacji uczuciowych – związku małżeńskiego (rozwód rodziców, a nawet dziadków) oraz wieloletnich przyjaźni (przemiana wewnętrzna i zanik więzi); 3) odkrywania przez nastolatka własnej tożsamości, aby w ostatecznym rozrachunku poznać, oswoić i zaakceptować w sobie tytułowego „obcego człowieka”.

Bullying to zmora współczesności, która w dobie Internetu osiągnęła swoje apogeum. Ośmieszanie i znęcanie się nad słabszymi, mniej popularnymi rówieśnikami poprzez deprecjonujące, okrutne, obelżywe i nienawistne komentarze na portalach społecznościowych, wrzucanie do sieci zdjęć i amatorskich filmów bez zgody osób w nich przedstawionych, nękanie i groźby w mailach czy wiadomościach to koszmar, który może dziś przytrafić się każdemu, w wyniku jednej błędnej decyzji, naiwnego podejścia, niewiedzy, nadmiernego zaufania. Przedstawiona w książce historia Em i Patricka w niepokojąco autentyczny sposób pokazuje, jak niefrasobliwość, emocje i brak dojrzałej oceny sytuacji mogą doprowadzić nastolatka na skraj wykluczenia społecznego i osobistej tragedii.

Cytaty na grafikach pochodzą z książki.

Czas spędzany w gronie przyjaciół, poczucie wspólnoty, zrozumienia, pierwsze fascynacje drugą płcią, sympatia, zakochanie, które może kiedyś przerodzi się w miłość, to dla młodego człowieka sprawy pierwszej wagi. Pomimo naiwności tego okresu życia, trudno jednak wierzyć w trwałość uczuć i składane miłosne deklaracje, kiedy obserwuje się całkowity rozpad relacji związku własnych rodziców, rodziców przyjaciół, a nawet dziadków – tak jak w przypadku Sherma, którego dziadek po kilkudziesięciu wspólnie przeżytych latach postanawia zerwać z dotychczasowym życiem. Ponieważ dziadek był opoką, uosobieniem ważnych dla Sherma wartości, jego postępek wzbudza bunt chłopca, który usiłuje odciąć się od tego, co postrzega jako fałszywe i egoistyczne. Autorka doskonale oddaje uczucia bohatera i targające nim emocje (chęć kontaktu z ukochanym dziadkiem i jednoczesne poczucie zranienia i urazy), pokazując czytelnikowi także inny wariant sytuacji – oto rozwiedzieni rodzice Em utrzymują ze sobą całkiem dobre relacje, nie kłócą się już tak jak wtedy, gdy byli małżeństwem, a nawet umawiają się ze sobą na „randki rozwodników”.  Przekaz autorki dodaje otuchy:  ścieżki współczesnych relacji rzadko biegną prosto, ale jednocześnie możliwych jest wiele wariantów pośrednich, które mogą prowadzić do zupełnie pozytywnego zakończenia.

Tymczasem jednak najważniejsza jest kwestia odszukania siebie w skomplikowanym procesie dojrzewania. Zmienia się ciało, zmienia się jego postrzeganie. Psychika nie nadąża za fizjologią i wtedy to nowe ciało może stać się czymś tak bardzo jeszcze niepoznanym, że wręcz wrogim. „Czasem masz wrażenie, że twoje ciało to klatka dla wszystkiego, co kryje się w środku” – czytamy i w tym zdaniu dostrzegamy cały dramat przemian, przez które nie zawsze udaje się nastolatkowi przejść obronną ręką. Bridge swoje ciało odbiera na boleśnie fizycznym, funkcjonalnym poziomie. Po tym, jak kilka lat wcześniej nieomal zginęła w wypadku samochodowym, wciąż miewa nocne koszmary i ma potrzebę zdystansowania się do swej cielesności. Ten dystans symbolizuje opaska z kocimi uszami, którą dziewczyna nieustannie nosi. Em z kolei uczy się akceptowania swej fizyczności, tego, że ma prawo być z niej zadowolona, a Celeste pod wymyślnymi fryzurami, makijażem i kolorowym lakierem na paznokciach próbuje doszukać się swej prawdziwej, „bazowej” wersji.


Dobrze, gdy ktoś towarzyszy młodemu człowiekowi w takich zmaganiach – to może być rówieśnik, ale wspólnota doświadczeń nie oznacza z automatu wspólnoty przeżyć. Na tym etapie życia przyjaźnie mogą się zacieśnić, ale mogą też rozpaść się, rozmienić na drobne. Poruszający jest wątek Vinny, którą jedna z bohaterek musi na zawsze skreślić z listy przyjaciół i pozwolić jej odejść, mimo wielu lat bliskości – dlatego, że stała się kimś innym, obcym, niedającym się zaakceptować: „(…) wciąż jest opaloną, dumną Śnieżką. Tyle że już nie wiesz, co jest w środku”.

Rebecca Stead zadbała, by na kartach jej książki nie zabrakło także mądrych, ciepłych (choć zdecydowanie nie idealnych) dorosłych, w ten sposób delikatnie przypominając młodemu czytelnikowi, że stoją oni po jego stronie, choć nie zawsze wszystko rozumieją.

Doceniana i nagradzana za oceanem autorka to kolejna po Johnie Greenie i Rainbow Rowell amerykańska gwiazda jaśniejąca na firmamencie prozy YA (Young Adults). Ta popularność nie dziwi, bo książka zawiera idealnie wyważony zestaw cech pozycji kierowanej do nastoletniego odbiorcy: ciekawą konstrukcję, dobrze brzmiące, żywe dialogi napisane współczesnym młodzieżowym językiem (brawa także dla tłumaczki, Krystyny Kornas!), galerię barwnych, przykuwających uwagę bohaterów drugoplanowych, wyważoną proporcję humoru, nostalgii, dramatyzmu i wzruszenia, odpowiednią dawkę refleksji „ku rozwadze”, zgrabnie podsuniętych  młodemu człowiekowi bez zapędów w kierunku dydaktyzmu i moralizatorstwa.
Dlatego cieszy wiadomość, że już wkrótce nakładem Wydawnictwa IUVI ukaże się kolejna książka Rebeki Stead – „Kłamca i szpieg”.


Rebecca Stead, Całkiem obcy człowiek, tłum. Krystyna Kornas, wyd. IUVI, Kraków 2017
Wiek: 12+