piątek, 14 grudnia 2018

Czytajmy baśnie!


Tego rodzaju klasyka jak baśnie Andersena nie musi, a nawet nie powinna być zarezerwowana dla krainy dzieciństwa. Do baśni warto sięgać w dorosłości i czytać je ponownie - już w inny sposób - głębszy, bardziej metaforyczny.



"Uważam, że polski odbiór Andersena jest bardzo jednostronny i zawężony do postrzegania go jako pisarza dla dzieci. Trzeba tylko wyrwać się z objęć mitów, zapomnieć o dzieciach, i spróbować czytać Andersena tak, jakby pisał wyłącznie dla nas, czytelników dorosłych – obiecuję zaskoczenie i zdumienie, trzeba tylko uwolnić się od dziecka, również dziecka w nas samych, czyli uwolnić się od naszego wspomnienia o Andersenie" 
- Bogusława Sochańska

Chyba każdy zna przynajmniej jedną baśń Andersena. Kto nie słyszał o „Dziewczynce z zapałkami”, „Calineczce” czy „Księżniczce na ziarnku grochu”?
Do Polski baśnie wielkiego Duńczyka przywędrowały w roku 1852. Do dziś ukazało się ich wiele różnych wydań. Jednak przez ponad 150 lat narosło wokół tych baśni i ich autora wiele mitów, które najwyższy czas obalić. O jednym była już mowa powyżej. W Polsce zwykło się postrzegać baśnie Andersena jako skierowane wyłącznie do najmłodszego czytelnika. Tymczasem literaturoznawcy podkreślają, że baśnie u swych początków kierowane były przede wszystkim do czytelnika dorosłego, który miał wspierać się przesłaniem baśni w różnych momentach swojego życia. To „bardzo poważna literatura, tyle że w baśniowej szacie” – zauważyła Sochańska w jednym z wywiadów.


Andersen nie pisał, by spełniać dziecięce marzenia. Jego baśnie są ironiczne, złośliwe, często okrutne i straszne. Nie chciał być postrzegany jako pisarz dziecięcy. Gdy ujrzał swój pomnik, przedstawiający go w otoczeniu dzieci, nie krył niezadowolenia.

Kolejne przeinaczenia związane są ze sposobem tłumaczenia Andersena na język polski. Dotychczas zdecydowana większość jego baśni tłumaczona była na język polski nie z oryginału, lecz poprzez język trzeci, najczęściej niemiecki.

W 2005 roku na całym świecie obchodzono Rok Andersenowski, ogłoszony w dwusetną rocznicę urodzin pisarza. Stało się to dla wydawnictwa Media Rodzina znakomitą okazją do zaprezentowania polskiemu czytelnikowi nowego tłumaczenia – bezpośrednio z języka duńskiego. Autorem przekładu jest Bogusława Sochańska, absolwentka filologii duńskiej, znawczyni duńskiej literatury. Jak sama twierdzi, zadanie, które przed nią stanęło, było bardzo trudne.


Jarosław Iwaszkiewicz, który przetłumaczył dla polskich czytelników „Dziewczynkę z zapałkami” napisał kiedyś: „Sposób pisania Andersena jest prawie nieprzetłumaczalny i w stylu jego leży jeden z największych czarów tych opowieści”. Z kolei Paweł Partyka, znawca baśni Andersena, twierdzi, że przy wolnej interpretacji gubimy istotę tych baśni. Z tego powodu przez długi czas nie mieliśmy możliwości poznania w pełni kpiącego stylu Andersena, jego ironii i uszczypliwości. Czytelnik dziecięcy otrzymywał samą opowieść – anegdotę, czyli baśń właściwą. Dorosły dostawał dodatkowo filozoficzne przesłanie. Zabrakło jednak oryginalnej oprawy, wynikającej ze specyfiki andersenowskiego stylu. Polega on m.in. na tym, że baśnie zapisano tzw. narracją ustną, bez zbędnych ozdobników, literackich upiększeń, wielokrotnie złożonych zdań.  Do tej pory czytelnik polski przyzwyczajony był do bardzo literackiego, upiększonego, wręcz uładzonego Andersena. Dochodziło nawet do tego, że zakończenia baśni były zmieniane, ponieważ te oryginalne uważano za zbyt okrutne.

W tłumaczeniach „Baśni” powszechne było stosowanie zupełnie zbędnych eufemizmów, jak np. w „Brzydkim kaczątku”, gdzie całkowicie adekwatne do sytuacji i bohatera zdanie „No to zamknij dziób!” zostało niepotrzebnie zastąpione uładzonym: „A więc przynajmniej stul buzię!”.
Sochańska dołożyła starań, by nowe tłumaczenie oddawało styl Andersena. Zrezygnowała więc z literackości na rzecz prostoty języka. Nie znajdziemy więc w nowych baśniach słów takich, jak: gdyż, bowiem, iż, rzekł.
Warto jednak odczarować Andersena i spojrzeć na jego „Baśnie” także z perspektywy dorosłego, by spróbować odkryć w nich coś więcej niż prostą opowiastkę z dzieciństwa? Przekład Bogusławy Sochańskiej daje ku temu znakomitą sposobność.
 


Nowe wydanie „Baśni” zawiera utwory powszechnie znane, takie jak „Calineczka”, „Dziewczynka z zapałkami”, „Brzydkie kaczątko”, „Księżniczka na ziarnku grochu”, a także mniej znane, ale równie piękne, np. „Krasnoludek u kupca”, „To pewna wiadomość!”, „Ojciec wie najlepiej”. Wśród baśni znajduje się „Opowieść o matce”, która bardzo mnie przeraziła, gdy przeczytałam ją jako mała dziewczynka. Mowa w niej o matce chorego dziecka, po które przychodzi śmierć. Matka postanawia odszukać maleństwo. Aby odnaleźć szklarnię Śmierci musi ponieść wiele ofiar, m.in. ogrzać swoim sercem cierniowy krzew: „(…) więc przycisnęła do piersi cierniowy krzew, mocno, żeby się dobrze ogrzał, a ciernie wbiły się w jej ciało i wielkimi kroplami popłynęła krew”; oddać swoje oczy jezioru, bo jeśli je wypłacze, ono przeniesie ją na drugi brzeg: „(…) matka jeszcze mocniej zapłakała, a jej oczy spłynęły na dno jeziora i zamieniły się w dwie drogocenne perły”. Dziecko odeszło na zawsze, ale Śmierć zwróciła matczyne oczy: „Masz tu swoje oczy (…) wyłowiłam je z jeziora, tak mocno błyszczały, nie wiedziałam, że są twoje”.

Bliższe oryginałowi oczywiście nie zawsze znaczy lepsze – pamiętacie, jak Kubuś Puchatek stał się Fredzią Phi Phi? Wyjaśnienie, że Winnie-The-Pooh to forma damska (dokładniej rzecz ujmując, Winnie to skrót od imienia Winifred, które jest imieniem żeńskim. Za "oryginalne" tłumaczenie odpowiada  Monika Adamczyk-Garbowska) może było logiczne, ale z całą pewnością nie przekonało małych czytelników. Podobne trudności może napotykać dorosły czytelnik baśni Andersena w tłumaczeniu Sochańskiej – większość z nas przyzwyczaiła się do jednego z najbardziej znanych przekładów – Stefanii Beylin oraz do ilustracji Jana Marcina Szancera. "Królową Śniegu" czy "Dziewczynkę z zapałkami" zachowaliśmy w pamięci pod postacią tych właśnie obrazów. Wyobrażenie baśniowych postaci autorstwa Flemminga B. Jeppesena, choć niewątpliwie piękne, może wydać się nam obce.


Hans Christian Andersen, „Baśnie”, tłum. Bogusława Sochańska, il. Flemming B. Jeppesen, wyd. Media Rodzina 2005. Wiek: 4+



środa, 5 grudnia 2018

5 książek na mikołajki



„Misiek ledwo zdążył otworzyć ulubioną książkę, gdy rozległo się głośne: Trut! Trut!”. Dobry, poczciwy Misiek! Ja w takich sytuacjach od razu się jeżę. Chwile z lekturą są takie cenne! A w przypadku Miśka to nie tylko chwile, ale długie godziny. Oto bowiem do jego zacisznego domku  z dala od miasta przybywa mała Żaba, która miała zamiar spędzić odjazdowe święta w Megabombkowym Hotelu Gwiazdkowym. Ale obróciła mapę do góry nogami i… pojechała dokładnie na drugi koniec świata. 



Wielkoduszny, troskliwy Misiek! Widząc zrozpaczoną minę Żaby, zaprasza ją do wspólnego świętowania. Mało tego! Gdy zmęczone podróżą stworzonko zasypia, on studiuje uważnie folder Megabombkowego, aby sprawdzić, jakież to atrakcje oferuje hotel i spróbować wymyślić coś podobnego. Uda mu się, czy nie? Jak myślicie? Megabombkowy kusi śpiewającą choinką, ultradźwiękowymi saniami i innymi bajerami, a domek Miśka stoi na zupełnym odludziu koła podbiegunowego…
Bardzo mnie ujęła postawa Miśka. To cudownie szczera kwintesencja świątecznej gościnności, i to w tradycyjnie polskim wydaniu, choć autorka jest Brytyjką. Żabka jest przecież właśnie tym wędrowcem, na którego czeka miejsce przy polskim wigilijnym stole.
Jest zatem w tym picturebooku to, co najważniejsze w świętach – życzliwość i radość bycia z innymi. A do tego śnieg, gorące kakao, ogień na kominku, ciasteczka, choinka i renifery w pełnych ciepła i przytulności ilustracjach Tony’ego Neala.

Tracey Corderoy, Megabombkowy Hotel Gwiazdkowy, tłum.  Agata Byra, il. Tony Neal, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Wiek: 4+


Najlepsza zupa na świecie to najcieplejsza, najpiękniejsza książka o zimie, świętach i dzieleniu się z innymi, jaką moglibyście sobie wymarzyć.  I to pomimo tego, że o Bożym Narodzeniu w ogóle nie ma w niej mowy! Jest za to zupa. Towarzyszy jej kuszący, smakowity zapach, który unosi się nad chatką Żółwia i płynie dalej w las, nęcąc i przywabiając kolejnych mieszkańców. Królik, Jeleń, Lis, Dzik, Lis, Wiewiórka… Przeróżne leśne zwierzęta, małe i duże, które na co dzień niekoniecznie żyją w przyjaźni, trafiają tego wieczoru do małego domku, przyciągane  tajemniczą siłą.

I gdy za oknem nieprzerwanie sypie śnieg, one wśród śmiechów, śpiewów i opowieści zgodnie przygotowują wspólny posiłek, dorzucając do zupy przyniesione składniki. Nie są to żadne magiczne ingrediencje – zwykłe warzywa: pory, pieczarki,  papryka. A jednak zupa wychodzi wyjątkowa. Dlaczego? Przekonacie się sami podczas lektury.


Puenta tej historii to zaproszenie do rozmowy z dzieckiem o przyjaźni, wspólnocie, współdziałaniu i o szczęściu – jedynej rzeczy, która się mnoży, gdy się ją dzieli, jak to trafnie ujął Albert Schweitzer. Książka jest CUDOWNIE zilustrowana! Mogłabym ją potraktować jako coffee table book i mieć zawsze na podorędziu, żeby się nieustannie zachwycać klimatycznymi, zimowymi pracami Mar Ferrero.

Susanna Isern, Najlepsza zupa na świecie, tłum. Beata Haniec, il. Mar Ferrero, wyd. Tako, Toruń 2017.
Wiek: 4+


Kominiarzy widuje się rzadziej niż kiedyś, i minęło już ładnych parę lat odkąd kupiłam ostatni kalendarz i złapałam za guzik na szczęście. Tradycyjna postać kominiarza wraca w książce Madleny Szeligi wraz z całą swoją pozytywną aurą i symboliką. Ten kominiarz jest naprawdę wyjątkowy i tajemniczy: „(…) co roku jedna rodzina otwiera swoje drzwi przed Panem Kominiarzem i nie spodziewa się, że dostanie znacznie więcej nić tylko kalendarz na następny rok”. A dostaje fatycznie znacznie, znacznie więcej. I nie są to żadne materialne prezenty, lecz obecność bliskich, poczucie bezpieczeństwa, radość i wdzięczność.



Madlena Szeliga interesująco i z wyczuciem podjęła współczesną kwestię samotności i rozdzielenia rodzin, których członkowie pracują za granicą. Święta spędzane z dala od siebie w ogóle nie cieszą – ubieraniu choinki, przyrządzaniu wigilijnych potraw towarzyszy smutek.  Widać go doskonale w prostych, eleganckich ilustracjach Katarzyny Zalewskiej. Sprowadzone do ograniczonej palety barw kładą nacisk na emocje bohaterów książki. Styl retro przywodzi na myśl klimat dawnych świąt, ze śniegiem gęsto sypiącym za oknem, żywą choinką aż pod sufit i kluskami z makiem, w których, jak twierdzi Pan Kominiarz, tkwi cała magia świąt.

Madlena Szeliga, Kominiarz na święta, il. Katarzyna Zalewska, wyd. Gereon, Kraków 2017.
Wiek: 5+



Pamiętam, jak kilka lat temu biegałam po księgarniach w poszukiwaniu „Prezentu dla Cebulki” – jednej z ubiegłorocznych książek adwentowych wydawnictwa Zakamarki. Ten tytuł rozchodził się jak ciepłe bułeczki i wkrótce ze świecą było go szukać. Obecnie na rynku funkcjonuje już drugie wydanie, a Zakamarki wyrobiły sobie w tym minisegmencie mocną markę. Co roku u progu grudnia trwa niecierpliwe oczekiwanie na nową historię w 24 rozdziałach. W tym roku trafiamy na święta do rodziny małej Rutki, i to akurat w momencie, gdy zaczynają się w niej dziać dziwne rzeczy.
Rozmaite przedmioty giną, a w zasadzie zmieniają miejsce pobytu, a gdy się w końcu znajdują są zniszczone albo nadgryzione… i to bynajmniej nie zębem czasu. Szukając przyczyny, rodzice racjonalizują aż im głowy parują, a Rutka uważnie obserwuje. Wkrótce okaże się, że niebieska postać dostrzeżona za zasłoną nie była żadnym zwidem, a dziwaczna fraza „stare kalesony” nie oznaczała słuchowych omamów. Rutka stanie oko w oko z przybyszem z obcej planety…
Adwentowe książki Zakamarków są dobrze napisane, zilustrowane i starannie wydane. Są też – UWAGA! – znakomitym pomysłem na książkę dla dzieci, które nie przepadają za czytaniem. Rozdziały są króciuteńkie, napisane prostym, klarownym językiem. Dużo tu humoru i dobrych dialogów. Dziecko po prostu nie zdąży się znudzić podczas lektury, a końcówka każdego rozdziału wzbudza w nim ciekawość i każe się zastanawiać, co też się zaraz wydarzy.

Ingelin Angerborn, Kosmiczne święta, il. Per Gustavsson, tłum. Marta Wallin, wyd. Zakamarki 2018.
Wiek: 6+


Czekanie na Mikołaja zaczyna się czasami już w listopadzie. A potem myk! i ta magiczna noc przemija, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia i dużo radości, choć znowu nie udało się zobaczyć Świętego. A gdyby tak marzenie o spotkaniu Mikołaja się spełniło… po wielokroć? Gdyby tak brodaty staruszek nie tylko nas odwiedził, ale postanowił… zostać na dłużej? 

Taka właśnie sytuacja przydarza się pewnej rodzinie i to zupełnie znienacka. Święty Mikołaj pojawia się w Boże Narodzenie na progu domu niczym niespodziewany gość. Nie wypada mu odmówić gościny, tym bardziej, że w liście z Urzędu ds. Bożego Narodzenia widnieje informacja, że „sprzeciw wobec tej decyzji jest niemożliwy”.
Wydawać by się mogło, że to wspaniale mieć w domu Mikołaja, móc go obserwować i z nim rozmawiać, wreszcie dowiadując się z pierwszej ręki, jak wygląda jego praca. Gdy jednak okres zamieszkiwania przeciąga się w rok, a całą sprawę trzeba zachować w tajemnicy, jest to już nie lada wyzwanie.

Nie wszyscy przecież dadzą się nabrać na bajeczkę o wujku Klausie, który przyjechał z wizytą z wysp Bożego Narodzenia. I może dobrze? Niektórzy niedowiarkowie dostają dzięki temu zastrzyk dzieciństwa – jak Lars, który był przekonany, że uczniowi czwartej klasy nie wypada wierzyć w Świętego Mikołaja.
„12 miesięcy ze Św. Mikołajem” to tryskająca dowcipem, nieco zwariowania opowieść, która zarówno dzieci, jak i dorosłych wprawi nie tylko w świąteczny nastrój, ale i w doskonały humor.

Friedbert Stohner, 12 miesięcy ze Św. Mikołajem, tłum. Bartosz Nowacki, il. Katrin Engelking, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Wiek: 8+

wtorek, 27 listopada 2018

Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza


Z ciekawością śledzę trendy w literaturze młodzieżowej. Po przejściu wielkiej fali antyutopii oraz opowieści inspirowanych mitologiami nastała moda na młodzieżowe kryminały, książki detektywistyczne, pełne zagadek, szyfrów i tropów. Posłuchajcie sobie kiedyś bardzo fajnego amerykańskiego podcastu „Bookclub For Kids”, w którym dzieci w wieku 9 – 13 lat opowiadają o książkach – niemal co drugie, zapytane o ulubiony gatunek, odpowiada bez zająknięcia: mystery books!


Czasy wiktoriańskie ubierają fabułę tych powieści w dodatkową tajemnicę, same bowiem są mroczne, niepokojące i zagadkowe. Ówczesne miasta, takie jak Londyn czy Paryż, z jednej strony zachwycają przepychem, z drugiej – przerażają brudem i nędzą. Ten dramatyczny kontrast stanowi oczywiście efektowne tło dla trzymającej w napięciu historii.

Amerykańska pisarka Nancy Springer pierwszy tom przygód Enoli Holmes opublikowała w roku 2006, a więc ładnych parę lat przed rozprzestrzenieniem się aktualnej mody na powieści detektywistyczne dla młodszej młodzieży. Książka była nominowana do nagrody Edgara Allana Poego w kategorii Best Juvenile Mystery i jest chętnie czytana do dzisiaj. Świadczy o tym fakt, że właśnie ukazał się pierwszy tom powieści graficznej  Seleny Blasco, będący adaptacją powieści Springer. Trwają także prace nad adaptacją filmową książki, z Millie Bobby Brown w roli Enoli. A w Polsce pierwsza część przygód sprytnej czternastolatki zatytułowana „Sprawa zaginionego markiza” właśnie trafiła do księgarń.

Milly Bobby Brown jako Enola Holmes

Tytułowa bohaterka to nietuzinkowa osóbka – bardzo niezależna, niepokorna w myśleniu i wyemancypowana  jak na dziewczynkę żyjącą w roku 1888, w którym ją poznajemy. Zapewne ma na to wpływ fakt, że Enola jest wychowywana i edukowana z dala od miasta i wyłącznie przez matkę – kobietę nie pierwszej już młodości, która w każdej wolnej chwili oddaje się malarskiej pasji i w tajemnicy marzy o wolnościowej podróży życia. Nie bez znaczenia jest również fakt, że odwaga, inteligencja, intuicja i zamiłowanie do dedukcji są od lat obecne w tej rodzinie. Enola Homes jest bowiem młodszą siostrą… Sherlocka Holmesa.

Jak na kogoś blisko spokrewnionego ze słynnym detektywem przystało, dziewczyna szybko odkrywa swoje życiowe powołanie. Postanawia, że zostanie perdytorystką, czyli „kimś, kto odnajduje miejsce pobytu tego, co zaginęło”. A skoro sprawy układają się tak, że w zasadzie same popychają w kierunku realizacji marzenia, nierozsądne byłoby się opierać.

Decydującym zdarzeniem, które zmienia życie nastolatki jest niespodziewane zaginięcie jej matki. Nikt nie wie, co się stało z panią Eudorią Vernet Holmes… nawet  Scotland Yard nie potrafi tu wiele zdziałać. Enola postanawia wziąć więc sprawy w swoje skromne ręce i wkrótce udowadnia, że nie tylko ma równie wiele sprytu co brat-celebryta, lecz także wyjątkową kobiecą intuicję i wrażliwość, która pomaga jej odczytać ludzkie postępowanie i sposób myślenia.

Kratka z powieści graficznej Seleny Blasco. Źródło tutaj.

W pierwszym tomie swoich przygód Enola zmierzy się nie tylko z zagadką zniknięcia matki, lecz także ze sprawą tajemniczego uprowadzenia dwunastoletniego markiza Tewskbury.
Miłośnicy książek w rodzaju „Biblioteki pana Lemoncella” nie będą zawiedzeni. W powieści znajdą szyfry, zagadki i ciekawą symbolikę kwiatów użytą jako system kodowania. Jednocześnie warto zaznaczyć, że nie są to przesadnie skomplikowane techniki, rozszyfrowane wiadomości są też zawsze podawane w tekście, dzięki czemu czytelnik, który woli śledzić bieg zdarzeń niż główkować nad kodem, niezrażony może podążać za historią.

A książkę czyta się świetnie. Wciągają i fascynują mroczne portrety mieszkańców East Endu – ludzi z rynsztoków, a także, jakby dla kontrastu, drobiazgowe opisy odzieży noszonej przez przedstawicieli wyższych warstw. Ta szczegółowość opisu ma swoje uzasadnienie – Enola sprytnie wykorzystuje skomplikowane elementy przesadnej damskiej garderoby jako praktyczny schowek, który zawsze ma przy sobie.

Mocną stroną powieści są także ciekawie i wyraziście zarysowane postaci. Niektórzy czytelnicy  mają co prawda pretensje do takiego a nie innego ukazania postaci Scherlocka Holmesa – w powieści jawi się on jako zadufany w sobie męski szowinista, choć i tak zdecydowanie sympatyczniejszy od swego starszego brata Mycrofta.

Cenię publikacje wydawnictwa Poradnia K ze względu na ich jakość. Nie chodzi tylko o sam wybór danej powieści czy autora z niesłychanie bogatej oferty licencyjnych książek zagranicznych, choć uważam, że jak dotąd te wybory wydawnicze są strzałem w dziesiątkę – wystarczy wspomnieć książki Katherine Rundell ("Dachołazy" i "Odkrywca") czy Maureen Johnson ("Nieodgadniony"). Mocno podkreślić chcę przede wszystkim znakomite tłumaczenia oraz profesjonalną redakcję.

Nawet w postaci prebooka tę książkę czytało się płynnie i z przyjemnością, z wyraźnym poczuciem, że już na tym etapie została ona językowo dopracowana. Odbieram to jako wyraz dużego szacunku dla czytelnika i pragnienie zaoferowania mu możliwie jak najbardziej dopracowanej publikacji. Jest to moim zdaniem szczególnie ważne w książkach dla młodych – skoro na co dzień  w tekstach internetowych mają oni do czynienia z budzącą zgrozę gramatyką, ortografią i niemal całkowitym brakiem znaków przestankowych, należy zadbać, by przynajmniej w drukowanych książkach mieli szansę zetknąć się z poprawną polszczyzną.

Nancy Springer, Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza, tłum. Elżbieta Gałązka-Salamon, wyd. Poradnia K 2018.
Wiek: 9+
 
Fan-art autorstwa Erin Shute


piątek, 23 listopada 2018

Subiektywny przegląd książkowych nowości /listopad 2018/


Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto przyjrzeć się bliżej.


Pewnie nie tylko ja, biorąc do ręki tę książkę, pomyślałam, że to nieznana mi część przygód Mikołajka, wiecie, tego urwisa od René Gościnnego. Ale potem przyjrzałam się uważniej okładce – a tam sanie, renifery, gwiazdka, no i Mikołaj, właśnie wypadający z sań.
Te całkowicie nieme, czyli pozbawione warstwy słownej komiksy o małym Mikołaju ukazywały się już kiedyś w Polsce – na początku lat dwutysięcznych wydano cztery części serii. Teraz otrzymujemy kolejne trzy historie zebrane w jednym tomie. Kim jest tytułowy bohater? No cóż, jest ni mniej ni więcej tylko św. Mikołajem, tyle że nazywanym zdrobniale Mikołajkiem. Możliwe, że ma na to wpływ jego niezdarność, tendencja do wplątywania się w kłopoty, a może po prostu zabawna, zdecydowanie niepoważna fizjonomia. W pierwszej historii do Krainy Mikołajka niespodziewanie trafia dziewczynka, która zaczaiła się przy choince, by zobaczyć Mikołaja, a potem wślizgnęła się do jego sań. Niełatwo będzie ją odesłać w ramiona stęsknionych rodziców! W drugiej historii Mikołajek wypada z sań i trafia do supermarketu, gdzie właśnie trwa spotkanie z… Mikołajem! Wieczór zapowiada się wesoło, ale wkrótce nadciągają kłopoty. W trzeciej opowieści Mikołaj nie potrafi się powstrzymać, by nie otworzyć w kalendarzu adwentowym okienka z datą 24 grudnia, choć jest dopiero 23. Ciekawość zostanie ukarana!
Można dyskutować, czy „Kraina Mikołajka” to komiks, czy raczej książka bez słów, sądzę jednak, że już choćby konsekwentne kratki i kreskówkowy styl rysunków sprawiają, że bliżej Mikołajkowi do komiksu. W każdym razie zbiorek ten może być swego razu mostem ku komiksowi, dla wszystkich zaczynających z nim przygodę – młodszych i starszych, bo humor obecny w tych historiach trafi do każdego.

Thierry Robin (rysunki), Alexandre Réverénd (scenariusz), Kraina Mikołajka: Alicja chce zmienić Gwiazdkę; Noc w supermarkecie; Piekielny kalendarz, wyd. KURC 2018.
Wiek: 5+


Latem przeczytałam na stronach wydawnictwa Stripes (Little Tiger Group), że właśnie wydali książki kierowane do początkujących czytelników, które reklamują jako „pomost pomiędzy picturebookami a książkami rozdziałowymi z czarno-białymi ilustracjami. Przejrzałam  przykładowe rozkładówki czterech pierwszych tytułów w serii i wydało mi się to całkiem ciekawą propozycją. Ani się obejrzałam, a książki są już w Polsce! Wydawnictwo Wilga wydało na razie dwa tytuły – „Zaginiona księgarnia” Katie Clapham i „Dom na górze” Ali Standish. O tej pierwszej napiszę w osobnej recenzji, bo bardzo ujął mnie temat, tymczasem teraz nieco krócej o „Domu na górze”. Jest to baśniowa opowieść o dziewczynce, która wyłamuje się spod dyktatu społeczności i, idąc za głosem serca, rusza szukać takiego miejsca do życia, którego naprawdę będzie mogła nazwać domem. Jest więc tu wędrówka, walka dobra ze złem, i konfrontacja rozumu z sercem. Na przykładzie historii małej Yasmeen książka pokazuje młodym czytelnikom, że często krytykujemy kogoś, bo go nie znamy albo się go boimy. I że czasami, aby to zmienić, wystarczy zacząć z tym obcym rozmawiać. Książka ma bardzo wygodny format, twardą oprawę i jest bogato ilustrowana na każdej rozkładówce. To bardzo przyjazny format dla dzieci, które chcą już czegoś więcej niż najprostszej czytanki i szukają wciągającej historii, jednocześnie jednak nadal potrzebują książki bogato ilustrowanej.

Ali Standish, Dom na górze, il. Alette Straathof, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Wilga (GW Foksal) 2018.
Wiek: 6+

Okładka tej książki skradła moje serce. Od razu poczułam tajemniczy klimat posępnego, majestatycznego hotelu, pełnego dziwacznych i złowrogich gości. Czarno-białe ilustracje Chloe Bristol tylko pogłębiły to wrażenie. W środku śnieżnej zimy trafia tu jedenastoletnia Elizabeth, wielbicielka książek i łamigłówek. Hotel Winterhouse robi na niej wielkie wrażenie, bo wszystko w nim jest zupełnie odmienne od ubogiego otoczenia, w którym dotąd mieszkała, z ogromną magiczną biblioteką na czele. Wkrótce okazuje się, że miejsce to skrywa sekrety, których na dodatek Elizabeth jest częścią. Dziewczynka będzie miała okazję udowodnić, że mimo że życie jej jak dotąd nie rozpieszczało (straciła oboje rodziców), ma w sobie dość odwagi i samozaparcia, by podążyć szlakiem tajemnicy i rozwiązać zagadkę hotelu. Czytelnik znajdzie w książce liczne odwołania literackie, zarówno współczesne (Biblioteka pana Limoncello), jak i klasyczne (Ania z Zielonego Wzgórza) oraz gry słowne. Dla wszystkich młodych wielbicieli klimatycznych powieści z elementami fantasy.

Ben Guterson, Hotel Winterhouse, il. Chloe Bristol, tłum. Anna Wicha, wyd. Dwukropek 2018.
Wiek: 8+

Pewnie wiecie, że wydawnictwo Zakamarki kilka lat temu zapoczątkowało, a w każdym razie na dobre umocniło w nas tradycję zaopatrywania się w szczególny rodzaj książki do czytania na każdy dzień adwentu. To piękny i wart kultywowania zwyczaj, i nie wiem, jak Wy, ale ja co roku z ciekawością wypatruję kolejnego tytułu. Każdy jest bardzo oryginalny i intrygujący, i prowokuje do dyskusji. O poprzednich wydaniach pisałam tutaj, najnowsze pokażę Wam także bardziej szczegółowo (zaglądajcie na FB i Instagrama) wraz z ilustracjami, a teraz piszę krócej, ale ku pamięci – żebyście nie zapomnieli umieścić tej książki na liście najbardziej aktualnych zakupów – 1 grudnia tuż, tuż!
Tym razem autorką książki adwentowej jest Ingelin Angerborn, co sprawiło, że wystrzeliłam pod sufit z radości. Jej seria książek o Tildzie jest bowiem moją ukochaną, bardziej chyba nawet niż Tsatsiki, hołubioną lekturą. W zasadzie, gdybyście mnie zapytali, czy znalazłam jakiś swój literacki odpowiednik, to odpowiem, że tak: w Tildzie. Ingelin Angerborn ma niesamowitą lekkość pisania, cudownie absurdalne poczucie humoru i umiejętność kreowania przekonujących, psychologicznie wiarygodnych bohaterów. Jakby tego było mało, w tej książce pojawiają się elementy fantastyczne, a w zasadzie kosmiczne, bo jednym z bohaterów jest przybysz z planety Koncypiusz. Tam też w święta są prezenty: „zardzewiałe żelazne drągi, chrupiące stalowe szaszłyki i wyborne złote kluski w srebrnym sosie”. Oczywiście w książce na czas adwentu nie mogło zabraknąć także tematów takich jak przyjaźń, relacje z rówieśnikami, tęsknota oraz wiara w Świętego Mikołaja – który „istnieje dla tych, którzy w niego wierzą”.

Ingelin Angerborn, Kosmiczne święta, il. Per Gustavsson, tłum. Marta Wallin, wyd. Zakamarki 2018.
Wiek: 6+

Wally to legenda. Chudy człowieczek w bluzce w biało-czerwone paski, w czapce i okrągłych okularach na nosie zawładnął młodymi i starszymi umysłami, które poświęciły cenne godziny na odnalezienie go w najsłynniejszej na świecie wyszukiwance. Kiedy ponad trzydzieści lat temu Martin Handford wymyślił postać Wally’ego, nie przypuszczał pewnie, że jego bohater będzie cieszył się niesłabnącą popularnością przez lata. Nic zresztą nie wskazuje, by miało się to zmienić. Powstał serial, czasopisma, liczne książki oraz gigantyczne ilości gadżetów, a sama fraza z tytułu przeniknęła do języka potocznego. Co jest takiego fascynującego w tych pstrokatych stronach, zaludnionych setkami postaci, po brzegi wypełnionych szczegółami? Z każdą rozkładówką wchodzimy głębiej w rysunkowy świat, obserwując ludzi, zwierzęta, ich zachowania względem siebie, wręcz całe historie rozgrywające się nam przed oczami, a w tle – przedziwne przedmioty i miejsca. Jest w tym coś z zabawy w podglądacza, detektywa, potrzebny jest bez wątpienia zmysł obserwacji i bystre oko. To także genialny trening cierpliwości! Pięknie wydana przez Mamanię książka – duży format, twarda oprawa, wyrazisty druk – jest pierwszą edycją, a w zasadzie reedycją książki „Where’s Wally?”– po dziesięciu latach od powstania oryginału autor dodał bowiem nowych bohaterów, których spotkamy na kartach polskiego wydania, a są to m.in.  Szczek, Wenda, Czarodziej Białobrody. W tym tomie postać Wally’ego jest jeszcze dość duża, ale z biegiem lat zmaleje, osiągając w niektórych wydaniach mikroskopijne rozmiary. Jeśli więc zacząć przygodę z Wallym, to właśnie od tej książki!

Martin Handford, Gdzie jest Wally?, tłum. Zofia Raczek, wyd. Mamania 2018.
Wiek: 5+

poniedziałek, 19 listopada 2018

Vladek, najmilszy wampirek na świecie

Trochę szkoda, że w Polsce także nastała moda na bożonarodzeniowe klimaty w listopadzie, bo miałabym ochotę opowiedzieć Wam jeszcze o kilku książkach mrocznych i klimatycznych, idealnych na jesienną szarugę, albo wręcz przeciwnie, na andrzejkowe czytanki. No właśnie, andrzejki, czy ktoś je w ogóle jeszcze obchodzi? W każdym razie o Vladku opowiedzieć muszę, bo to postać przesympatyczna, mimo że wampirza i Wasze dzieciaki na pewno będą miały ochotę czytać o jego przygodach. Choćby pod choinką!



Główny bohater książki, w oryginale „Vlad the World’s Worst Vampire”, stał się po polsku co prawda „najmilszym wampirkiem”, ale gdyby się dłużej zastanowić, to w sumie na jedno wychodzi. Bo jeśli to mroczne stworzenie określa się najmilszym i do tego wampirkiem miast groźnym wampirem, to już gorzej być nie może. I rzeczywiście, jest Wladek najgorszym, najmniej odpowiednim wampirem na świecie. Czy on w ogóle powinien być wampirem? Nie umie latać, nie potrafi zmieniać się w nietoperza, w nocy zamiast snuć się po zamczysku, najchętniej by spał, nie znosi smaku krwi i marzy o zabawie z dziećmi i uczęszczaniu do szkoły, o której kiedyś wyczytał po kryjomu w znalezionej książce (po kryjomu dlatego, że książka w ogóle nie była straszna i nosiła przesadnie optymistyczny tytuł „Akademia Radości”).

czwartek, 15 listopada 2018

Nan Sparrow i potwór z sadzy


Pamiętacie Sarę Crewe z „Małej Księżniczki” F.H. Burnett? Nan Sparrow jest do niej bardzo podobna. Ma w sobie tę samą niezłomność i chart ducha, odwagę spoglądania w oczy niebezpieczeństwom, wewnętrzną dobroć i wrażliwość, oraz przekonanie, że warto walczyć o lepsze jutro.



Zdarzenia opisane w książce Jonathana Auxiera rozgrywają się nieco wcześniej niż te w „Małej Księżniczce”, bo w latach 70. XIX wieku, czyli w samym środku epoki wiktoriańskiej. Ale w obu przypadkach patrzymy na osnuty mgłą Londyn, piękny i groźny zarazem, bo rozdarty podziałami klasowymi, z jednej strony pełen splendoru, z drugiej – dramatycznego ubóstwa.