czwartek, 19 listopada 2020

Żadnej przemocy wobec małych!

 

To smutne, że część dorosłych nadal uważa, że przemoc wobec dzieci nie jest przemocą, a tylko dyscypliną, wychowywaniem, „uczeniem rozumu”. Wszystkie te eufemizmy mają na celu osłabienie znaczenia czynów przemocowych, nadanie im lekceważącego tonu, jakby nie było to nic wielkiego. 


Mimo to może jednak coś się ruszyło w przyzwalającej na przemoc rodzicielskiej postawie, skoro dziś mało kto przyznaje się otwarcie do tego typu „aktów wychowawczych” jako dowodu na to, jak świetnie radzi sobie z dziećmi. Coraz rzadziej słyszę w sklepie czy parku: „Bo jak ci przyleję…”. To ostrzeżenie w czasach mojego PRL-owskiego dzieciństwa było chlebem powszednim, obok tekstów takich jak: „Zaraz dostaniesz klapa”, „Jak się nie uspokoisz, wyciągnę pasa”, „Idę na wywiadówkę, szykuj tyłek”, „Jeszcze raz się odezwiesz, nogi ci z dupy powyrywam”. Słowa te sączyły się wartkim strumieniem z balkonów i otwartych okien blokowisk lat 80. Mało kogo obruszały. Nikt nie reagował.

Nie dziwi mnie więc fakt, że kiedy w 1978 roku Astrid Lindgren, odbierając Pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich, wygłosiła płomienne przemówienie „Żadnej przemocy!”, jego wymowa wzbudziła konsternację i została uznana za kontrowersyjną. Astrid poproszono, by zrezygnowała z wygłoszenia przemówienia. Nie poddała się jednak i słowa zostały wypowiedziane, bez uładzania, w pełnym brzmieniu. Pisarka wiedziała, że w tej sprawie nie ma miejsca na półśrodki. Żadnej przemocy.
Rok później Szwecja, jako pierwszy kraj na świecie, ustawowo zabroniła fizycznego karania dzieci. W Polsce dopiero w roku 2010 w artykule 96 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego umieszczono zapis: „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”.

Dzięki wydawnictwu Zakamarki otrzymujemy tekst słynnego przemówienia – w ładnie wydanej książeczce niewielkiego formatu – do codziennego użytku i ku pamięci. Astrid Lindgren powiedziała: „Czy przynajmniej w naszych domach nie powinniśmy własnym przykładem pokazywać, że można żyć inaczej?”. W końcu to pojedynczy ludzie decydują o losach świata.

Jeśli więc nawet założymy, że  umilkły (być może) nieco odgłosy razów i powszechnych wyzwisk wobec dzieci, to i tak musimy pamiętać, że przemoc psychiczna rozciąga swoje macki daleko poza klapsa czy uderzenie pasem. Często bywa dotkliwsza, zostawia wewnętrzne rany. Przede wszystkim zaś jest trudniejsza do wykrycia. Gdy rodzice nieustannie krytykują dzieci, kontrolują na każdym kroku, oczekują sukcesów ponad miarę, karzą lub poniżają za porażki, nie doceniają tego, co się udaje, ale zawsze wytkną to, co nie poszło… taka przemoc nie wybrzmi w otwartym oknie przekleństwem. Jest milcząca, zdradliwie cicha. Na polu przeciwdziałania takiej przemocy mamy jeszcze dużo, bardzo dużo do zrobienia.


W przesyłce z książką „Żadnej przemocy!” znalazłam kamień. Biały, gładki otoczak. Ważyłam go chwilę w dłoni, zastanawiając się, co oznacza jego obecność w paczce. Wyjaśniła mi to poruszająca historia, którą Astrid przytoczyła w swoim przemówieniu. Opowiada ona o matce, która uznała, że jej synek zasłużył na baty, wobec czego kazała mu poszukać dla siebie rózgi. O tym, co się wydarzyło potem, przeczytacie sami, ja napiszę tylko tyle: biały kamień miał przypominać matce o obietnicy, którą wówczas złożyła synkowi.

Na parapecie w mojej kuchni też teraz leży biały kamień.

19 listopada  obchodzimy Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci. To dobra okazja, by podarować komuś skromną książeczkę Astrid Lindgren z potężnym przesłaniem. Warto też – trzeba! – rozmawiać o przemocy z dziećmi, choć na pewno nie jest to miły ani łatwy temat. Pomóc tu (jak prawie zawsze!) mogą książki, takie jak np. „Małe” Stiny Wirsén, także wydane przez Zakamarki. 


Ten wydany w niewielkim podłużnym formacie picturebook już swoją minimalistyczną okładką zdradza swoje przesłanie, które znajdujemy zapisane czarno na białym w przedmowie. „Żaden dorosły nie ma prawa zachowywać się tak, że dziecko się boi. Żaden dorosły nie ma prawa bić dzieci”.


Dalej są rysunki. To one, wymowniej niż tekst, trafiają czytelnika prosto w serce. Pomagają zrozumieć, utożsamić się z Małym lub z nim współodczuwać. Krąglutkie, słodkie Małe jest zadowolone i spokojne, gdy w domu nikt się nie kłóci. Siedzi na podłodze i bawi się przytulanką. Ale uważne oko od razu wychwyci, jak bardzo jest samotne. Ani ojciec (na kanapie, z gazetą), ani matka (przy laptopie), nie zwracają na nie uwagi. Ale potem jest gorzej, o wiele gorzej. Zaczynają się oskarżenia, krzyki, awantury. Jedno z rodziców odchodzi. „Nikt nie usypia Małego. / Małe musi położyć się samo”. Na szczęście nie jest całkiem samo – obok są inni duzi, którzy pomogą, gdy małe się boi. Jeśli im się o tym opowie.


Ta niewielka obrazkowa książka jest więc dodającym otuchy uściskiem – „Nie jesteś sam” – dla małych doznających przemocy, i jednocześnie apelem: „Miej oczy otwarte, reaguj” – kierowanym do wszystkich dużych, którzy mogą pomóc.

 

Astrid Lindgren, Żadnej przemocy!, il. Stina Wirsén, tłum. Anna Węgleńska, wyd. Zakamarki, Poznań 2020.
Wiek: 12+


Stina Wirsén, Małe, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki, Poznań 2020.
Wiek: 3+

niedziela, 8 listopada 2020

Jedyna taka Ester

Nie jestem pewna, czy dziecko będzie chętnie wracało do tej lektury, jak głosi tekst na okładce, ale z pewnością dobrze ją sobie zapamięta. „Jedyna taka Ester” to książka, która trzyma w napięciu, serwuje niełatwe emocje i zmusza do konfrontacji ze stereotypami, o których istnieniu wolelibyśmy nie pamiętać.

 


Każdy z nas znał kiedyś lub zna teraz jakąś Ester. Moja miała na imię Tinka. To znaczy Justyna, ale zwała się Tiną, bo tak było ciekawiej, oryginalnej. Tinka, tak jak Ester, umiała być duszą towarzystwa, brylować na podwórku, twierdziła, że niczego się nie boi. Opowiadała o swoim tacie, który pracował w dalekim kraju i przysyłał jej paczki pełne cudownych prezentów. Gdy w końcu kiedyś udało mi się zaskarbić uwagę Tiny i pójść z nią do jej domu, przeżyłam rozczarowanie podszyte niepokojem. Mieszkanie było małe, puste i brudne, unosił się w nim dziwny zapach i z każdego kąta wyzierał smutek.

Tytułowa Ester to dziewczynka po przejściach. Straciła matkę, jest wychowywana przez zabieganego i zapracowanego ojca. Musiała zmienić szkołę, większość dnia jest pozostawiona sama sobie, robi zakupy, przygotowuje posiłki, sprząta. Którejś nocy musi odebrać koci poród…


Próbując pokolorować swój niewesoły świat, Ester fantazjuje i pozwala wierzyć innym w te fantazje. Jak np. w tę, że Greta Garbo to jej mama, która wcale nie umarła, tylko jest aktorką i mieszka w Nowym Jorku. „Nie wierzę w Boga ani w to, że mama zamieniła się w anioła w niebie. Więc wymyśliłam tę historię z Gretą Garbo. Ona jest moją mamą na niby” – stwierdza wprost Ester. I eksperymentuje, testuje, jak daleko świat dorosłych pozwoli jej się posunąć w konfabulacjach. Ucieka, lawiruje, łamie szkolne zasady. Kradnie w sklepie i kłamie prosto w oczy dorosłemu, który ją na tym przyłapał. Czytelnik (nie tylko ten mały!), czuje się nieswojo, tak jak nieswojo zaczyna czuć się Signe bohaterka książki, której oczami patrzymy na Ester. Wkrótce szufladkujemy Ester, które to etykietowanie zostanie nam w pewnym momencie wytknięte. Zawstydzimy się wówczas własnej małostkowości i tendencji do zawierzania kliszom. 

„Jedyna taka Ester” to opowieść oszczędna w słowach, nieprzegadana, po szwedzku bezpośrednia. Narracja pierwszoosobowa prowadzona jest klarownie, prostym językiem, łatwym w odbiorze dla dzieci z pierwszych klas szkoły podstawowej, wciąż zdobywających swoje czytelnicze szlify. Treść uzupełniają równie minimalistyczne, czarno-białe rysunki i lekkiej, pospiesznej kresce. 

To potrzebna, ważna książka. Po pierwsze pozwala dostrzec problem dzieci opuszczonych psychicznie i społecznie – i to pomimo teoretycznej pieczy sprawowanej nad nimi przez system (Ester spotyka się na przykład regularnie z pedagogiem szkolnym). Po pierwsze pokazuje małemu czytelnikowi, że obok dorosłych, którzy sobie nie radzą, zawsze są tacy, którzy sobie radzą i to do nich wtedy trzeba się zwrócić (Ester dzwoni w środku nocy do mamy Signe, by ta pomogła rodzącej kotce). Po trzecie pokazuje, jak niebezpieczne i krzywdzące są stereotypy i postrzeganie innych przez pryzmat kilku wybranych zdarzeń i sytuacji.



Anton Bergman, Jedyna taka Ester, il. Emma AdBåge, tłum. Marta Wallin, wyd. Widnokrąg, Piaseczno 2020.
Wiek: 8+


środa, 4 listopada 2020

Jak założyć magiczny sklepik w tydzień

 

Kiedy codzienność daje w kość, nie ma to jak przenieść się na chwilę do innej rzeczywistości. Znacznie zabawniejszej, choć też niepozbawionej problemów. W Moście Małym wszyscy są trochę sztywniaccy i wiodą nudne, przewidywalne życie, ale jest też tam przecież rodzinne Emporium Kiszonków! Pracująca w tym popularnym  sklepie Eliza Kiszonka ma ewidentne powiązania z magią, co wpływa istotnie na całą społeczność miasteczka.

 


A wszystko zaczęło się jakiś czas temu od zupełnie niewinnej przysługi. Eliza zaoferowała się popilnować domu ekscentrycznej sąsiadki, Karmazynowej Czarownicy  Magenty Nagłej. Okazało się jednak, że to zadanie wymagać będzie od niej ekspresowej nauki czarów… co bardzo się Elizie spodobało!

O tych oraz kilku innych przygodach  młodej Kiszonki można przeczytać w dwóch poprzednich książkach z serii: „Jak zostać czarownicą w tydzień” i „Jak uratować czarownicę w tydzień”, znajomość tych tomów nie jest jednak konieczna, by dobrze się bawić przy lekturze najnowszej części. Początkowe stronice książki zawierają podsumowanie wcześniejszych przygód Elizy, co pozwala być na bieżąco z biegiem zdarzeń.

 

„Jak założyć magiczny sklepik w tydzień” to historia zrealizowanego pomysłu Magenty na posiadanie własnego stacjonarnego sklepu z zaklęciami oraz wszelkimi magicznymi przedmiotami. Pomysłu karkołomnego z dwóch powodów: po pierwsze ze względu na lokalizację, jaką wybrała czarownica – Most Mały to ostatnie miejsce, które wydawałoby się potrzebować sklepu z akcesoriami magicznymi; po drugie z powodu charakteru samej Magenty – czarownica jest leniwa i o ile łatwo zapala się do pomysłu i ma błyskotliwe pomysły na jego realizację, o tyle nie jest w stanie wprowadzić go rzetelnie w życie z powodu braku cierpliwości i konsekwencji.

 


Typowo dla czarownic, Magenta postanawia pójść na skróty z tworzeniem swojego sklepu i posłużyć się w tym celu magicznym wynalazkiem – niesprawdzonym w działaniu zaklęciotronem 3000. Ta bezrefleksyjna próba ułatwienia sobie życia ma oczywiście dalekosiężne skutki dla całej społeczności Mostu Małego. Na szczęście nie takie złe skutki, ale to już zasługa błyskotliwej i pracowitej Elizy Kiszonki, a nie słynnej czarownicy.

 

Książkę Kaye Umansky czyta się naprawdę bardzo przyjemnie – wprowadza ona czytelnika w błogostan i rozbawianie zupełnie jak po spożyciu opisanego w powieści proszku na łaskotki. Dzieje się tak za sprawą wyrazistych postaci przewijających się przez książkę: obok Elizy i Magenty jest to uwielbiający wszystko co magiczne listonosz Janek i jego czarodziejski koszyk Błażej, gderający kruk Corbett, niezgrabna niczym Basia Shaw z „Ani z Zielonego Wzgórza” Sylfina Zielonopończa oraz barwny tłumek charakternych mieszkańców Mostu Małego, od wścibskiej pani Chrapacz, przez znaną hipochondryczkę Jolę Jęczek, po wiecznie skwaszonego Pana Skwaśnickiego.

 


Są też oczywiście czarownice, ich barwny tłumek w pewnym momencie dosłownie zalewa ulice Mostu Małego, a wśród sklepików, niczym na ulicy Pokątnej, unoszą się słowa zaklęć i wróżb, przepowiedni, odgłosy wydawane przez magiczne przedmioty i chichot czarownic. Pytanie, jak takie senne, spokojne miasteczko poradzi sobie z taką przemianą?

 

Kaye Umansky, Jak założyć magiczny sklepik w tydzień, il. Ashley King, tłum. Anna Błasiak, wyd. Wilga (GW Foksal), Warszawa 2020.
Wiek: 6+

czwartek, 22 października 2020

Książki na Halloween /2020/

 W tym roku rzeczywistość straszy i bez Halloween. Ale przecież bawiąc się tego dnia z dziećmi, chcemy właśnie przegnać, obśmiać w karykaturze nasze strachy i lęki, może jest więc to tym bardziej potrzebny czas. Tematycznie na rynku zadziałało się mniej w tym roku niż zwykle, mimo to wypatrzyłam kilka ciekawych nowości „z dreszczykiem” wartych polecenia.

 


Pola i Buster. Tajemnica magicznych kamieni

Pola Progget jest zupełnie przeciętną młodą wiedźmą, na dodatek kiepsko radzi sobie z zaklęciami, co nie raz już sprawiło, że stawała się obiektem kpin szkolnych koleżanek. Średnio układa się jej też z innymi wiedźmami – za to prawdziwa przyjaźń łączy ją z maszkaronem. Mieszkający po sąsiedzku Buster ma złote serce i przy nim Pola nie obawia się okazać swoich słabości. Niestety w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności to właśnie ona doprowadza do zaostrzenia wieloletnich nieporozumień między wiedźmami a maszkaronami zamieszkującymi miasteczko Zaklętynowo. Pretensje i wzajemne oskarżenia na nowo ożywają i Pola i Buster nie mogą już otwarcie się przyjaźnić. Mało tego, wszystko wskazuje na to, że tym razem dojdzie do otwartego konfliktu, który nie skończy się, póki jedna ze stron nie wygra.


Czy dwoje dzieci może coś zrobić w tak poważnej sprawie? Przywrócić stabilność światu, w którym oboje chcą spokojnie żyć? Wydaje się, że tak. Przy pomocy magii (Pola ze zdumieniem odkrywa w sobie moce, o które nikt by ją nie podejrzewał, łącznie z nią samą), wsparciu mądrych dorosłych (takich jak nauczycielka Poli panna Spinnaker) i własnej wrażliwości, zaradności i umiejętności współdziałania. 
Pola i Buster ruszają na ryzykowną wyprawę, u kresu której znajduje się rozwiązanie nie tylko konfliktu targającego Zaklętynowem. To także finał bardzo ważnej dla Poli prywatnej sprawy. Oto wreszcie znowu spotka ojca, który zaginął kilka lat temu po wypadku w kopalni. Czy jednak będzie to takie spotkanie, o jakim marzyła?


Podobnie jak w pierwszej części trylogii, także i „W tajemnicy magicznych kamieni” Sally Rippin nie stroni od trudnych tematów i emocji. Bohaterowie zmagają się z własnymi słabościami, są dla siebie niemili, podli, okrutni, a świat nie zawsze jest bezpiecznym i przyjaznym miejscem. Czasem nie da się polegać nawet na tych najbliższych z najbliższych, którzy dotkliwie ranią i zawodzą na całej linii. Opowieść jednak pokazuje, że dla kontrastu zawsze znajdzie się pomocna dłoń, czasem wyciągnięta przez zupełnie obcą osobę.

Sally Rippin, Pola i Buster. Tajemnica magicznych kamieni, tłum. Aleksandra Weksej, wyd. Mamania, Warszawa 2020. 
Wiek: 7+

 

Selfie ze Stolemem

„Legenda głosi, że dawno temu na Kaszubach żyły stolemy i istoty przypominające ludzi, lecz znacznie od nich większe” – czytamy na początku książki „Selfie ze Stolemem”.  Rzeczywiście w Tychowie, Grabówku czy Świecinie można natknąć się na wielkie kamienie zwane stolemowymi. Ponoć legendarne olbrzymy porozrzucały je podczas walk.


Ludzie bali się stolemów, przypisując im nie tylko wielką siłę, ale i okrucieństwo. Krzysztof Kochański odwraca w swojej książce tę sytuację – jej protagonista jest życzliwym, spokojnym olbrzymem, a ludzie okazują się pozbawionymi litości niegodziwymi istotami.

Oczywiście nie wszyscy. Zosia, którą stolem Stolko spotyka pewnej nocy w Kaszubskim Lesie, jest dobrą i serdeczną osóbką. Dziewczynka i stolem szybko rewidują pokutujące przesądy o ich rasach i z ciekawością uczą się siebie. Są bardzo różni – ona mała i drobna, on – wielki i potężny, ona funkcjonuje w dzień – on tylko w nocy, to, co dla niego pyszne, dla niej jest obrzydliwe itd. Łączy ich jednak wspólne zagrożenie. Chcą ocalić nie tylko siebie, ale także spokój lasu i jego mieszkańców. Będą musieli zjednoczyć siły, by w mroku nocy walczyć z żądnymi bogactw bandziorami. Dobrze, że jest ścieżka do Tam, Gdzie Pieprz Rośnie, z której nie można zawrócić – „Wchodzisz na nią i już po tobie…”.


Tajemnicza, odrobinę mroczna, ale też lekka w odbiorze i niepozbawiona humoru książka z charakterystycznymi ilustracjami Zosi Dzierżawskiej. Nagrodzona w tegorocznym Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.

Krzysztof Kochański, „Selfie ze Stolemem”, il. Zosia Dzierżawska, wyd. Literatura, Łódź 2020. 
Wiek: 7+

 

Opowieści z dreszczykiem. Disney

Upodobanie dzieci do opowieści z dreszczykiem jest nie tylko sprawą indywidualną – ewoluuje też w czasie. I to niekoniecznie wprost proporcjonalnie do wieku. Oto mój syn, który jako cztero- czy pięciolatek uwielbiał słuchać strasznych opowieści i przez cały październik w oczekiwaniu na Halloween, kazał sobie czytać o duchach i wampirach, jako ośmiolatek stwierdził nagle, że „nie lubi takich książek”. Nie powiedział, że się boi, ale wyczułam wyraźny dyskomfort. Pomyślałam więc, że nic na siłę, i zaczęłam się rozglądać za czymś w klimacie Halloween, ale strasznym tylko odrobinkę.


Seria „Opowieści z dreszczykiem” wydana przez Harper Collins sprawdza się tu idealnie – to znani bohaterowie i „oswojony” poprzez baśnie, filmy i seriale świat przedstawiony, jedynie podany w nieco mroczniejszym anturażu i okraszony klimatyczną przygodą.

W tomie Disneyowskim zawarto osiem opowieści – ich bohaterowie to m.in. Kubuś Puchatek, Piotruś Pan, Miki, Alicja w Krainie Czarów, Śpiąca Królewna. Przygody, które stają się ich udziałem są bardziej zabawne niż straszne, choć mają w sobie ten cliff hanger, który na moment rozszerza strachem oczy malucha. Oto na przykład Miki, Minnie, Daisy i Donald bawią się w teatrzyk cieni i w mrocznym pokoju opowiadają emocjonującą historię o magiku, który potrafi sprawić, by ludzie znikali, gdy nagle drzwi otwierają się z hukiem i staje w nich wysoka zakapturzona postać… (nie jest to zły magik, lecz Goofy, który wpadł z wizytą).


Wydawałoby się, że niełatwo wystraszyć Królową Kier, ale w opowiadaniu z tego zbiorku zaczyna ona drżeć ze strachu, gdy budzi się w środku nocy i dostrzega, że jej fotel tajemniczo się buja, a drzwi szafy skrzypią straszliwie, by ujawnić wysuwające się z niej „nogi, ale bez stóp, i ręce, ale bez dłoni” (byli to Szarak bez Piątej Klepki i Suseł zaplątani w prześcieradło).

Disney. Opowieści z dreszczykiem, il. Disney Storybook Art Team, tłum. Regina Mościcka, wyd. Harper Collins (HarperKids), Warszawa 2020. 
Wiek: 4+

 

Opowieści z dreszczykiem. Straszne historie Maszy

Wydane w tej samej, świecącej w ciemnościach, serii „Straszne historie Maszy” oparte są na innym pomyśle. Każde z dziewięciu opowiadań dotyka jakiegoś dziecięcego lęku i pokazuje, jak sobie z nim poradzić. Narratorką tych historii, pomyślanych jako opowieści do poduszki, kończących się zawsze hasłem „dobranoc!”, jest świetnie znana dzieciom serialowa Masza, a ich bohaterami chłopcy, dziewczynki i zwierzęta. 


Ich lęki i obawy są bardzo różne: od powszechnych wśród dzieci lęków przed ciemnością, zasypianiem, zgubieniem się, przez obawę przed podjęciem wyzwania, zmierzeniem się z trudnościami (i ewentualną porażką), po niespecyficzne lęki, jak w historii chłopca, który bał się być mały. Jego lęk nie miał racjonalnych podstaw, a jednak dla niego był bardzo realny; chłopiec bał się więc długich schodów, które mogłyby się nigdy nie skończyć, z przerażeniem myślał o tym, co by było, gdyby mama nie zakręciła na czas kranu (z kąpieli zrobi się morze i wielkie fale porwą go do oceanu i poniosą na bezludną wyspę). Masza podsumowuje każdą ze swoich historii dodającym otuchy przesłaniem, które pokazuje, że w swoich lękach dziecko nie jest osamotnione i że może sobie z nimi poradzić. 

Zaskoczyło mnie pozytywnie, że wszystkie opowieści zawarte w tomie są napisane ładnym, zgrabnym, przystępnym językiem (na podstawie odcinków serialu napisała je Beata Żmichowska) i zdecydowanie bliskie perspektywie małego (a także nieco starszego, bo Tadzio ma przecież już osiem lat) dziecka. Oczywiście najbardziej lubię oryginalne książki z autorskimi ilustracjami, ale potrafię docenić przemyślany produkt licencyjny, który wspiera dziecko, zarówno w nauce czytania, jak i w rozwoju emocjonalnym, tak jak historie Maszy.

 Opowieści z dreszczykiem. Straszne historie Maszy, tekst na podstawie odcinków Straszne historie Maszy: Beata Żmichowska, wyd. Harper Collins (Harper Kids), Warszawa 2020. 

Wiek: 4+

 

wtorek, 13 października 2020

Wieloryb w kąpieli i inne kartonówki od Tako

Kartonówki są nie tylko dla bobasów! To pełnoprawne książki, których czytanie i oglądanie może dać wielką frajdę wszystkim członkom rodziny: od najmłodszych po tych w okresie późnej dorosłości.  

 


Wydawnictwo Tako w ramach serii BIM-BAM-BOM wydało w październiku trzy kartonówki z tekstem i ilustracjami Susanne Straßer, i gdy tylko wzięłam je do rąk, pomyślałam: „O rany, teraz to się wydaje kartonówki!”. Cały czas pamiętam okres wczesnego dzieciństwa mojej córki (początek lat dwutysięcznych) i polowanie na książeczki kartonowe, które by jednocześnie nie straszyły tandetnymi kolorami czy irytująco infantylnym tekstem. Efekty poszukiwań były zwykle mizerne. Na półkach księgarskich dominowały wówczas kartoniki w jaskrawych kolorach, a ich treść skupiała się na braku treści. Zdarzały się wydane na kartonie (np. w formacie leporello) wiersze (Brzechwa, Tuwim), ale mikrofabuły przeznaczone specjalnie dla maluchów w zasadzie się nie trafiały.

 


Z tym większym uznaniem spoglądam na takie książki kartonowe, jak „Na huśtawce”, „Wieloryb w kąpieli” i „Jak tu zasnąć?”. Pierwsze co przykuwa uwagę, to staranne wydanie: dobrej jakości tektura, wygodny format, zaokrąglone rogi. Książki łatwo rozkładają się na płasko i pozostają w tym rozłożeniu, dziecko może więc do woli wodzić palcami po stronach; książka się nie zamknie. Na ten moment nie wydaje się też, by kartki miały tendencję do rozklejania się.

 


Po drugie, zachwycają kolory. Ciepłe, nasycone barwy, świetne zestawienie zgaszonego turkusu z bursztynową żółcią sprawiają, że książeczki są bardzo przyjemne dla oka i ma się ochotę do nich wracać ot tak, żeby sobie pooglądać ilustracje. Dzieciom z pewnością spodobają się urocze i zabawne zwierzęta pojawiające się w książkach: potężny wieloryb, zwalisty słoń, maleńki jeżyk. Jest też DZIECKO, które pojawia się we wszystkich trzech książkach. Ta płowowłosa postać okazała się w moim domu absolutnym hitem, bo tak się składa, że DZIECKIEM pieszczotliwie nazywamy naszego Tadzia, który w dodatku wygląda podobnie do malca z ilustracji. Autorka zręcznie posłużyła się figurą DZIECKA, nie nadając mu imienia ani nie określając płci, tak aby każde realne dziecko-odbiorca książek mógł się z nim utożsamić.

 


Po trzecie wreszcie, opowieść. Tak jak wspomniałam, każda z kartonówek opowiada prostą, zabawną historię: „Wieloryb w kąpieli” to rzecz o odprężającej kąpieli wieloryba, a raczej próbie zażycia takowej. Do wypełnionej pianą wanny gramolą się bowiem coraz to inne zwierzęta zwabione obietnicą kąpielowego relaksu. Na koniec przybywa dziecko i wtedy o spokojnym wylegiwaniu się w wodzie już w ogóle nie ma mowy!


Bohaterem „Na huśtawce” jest słoń, który marzy o tym, by pohuśtać się na huśtawce typu „moja–twoja”, co z oczywistych powodów nie jest łatwe. Ale z pomocą przychodzą zaprzyjaźnione zwierzęta, a w końcu, oczywiście, także DZIECKO. Podoba mi się, że w polskim tłumaczeniu nie ma kalki tytułu „So leicht, so swer”, który od razu wkłada książeczkę na półkę non-fiction pt. książki o pojęciach, różnicach, liczeniu. Polski tytuł „Na huśtawce” przekierowuje uwagę małego czytelnika na samą opowieść, w której można skupić się na przykład na kwestii przyjacielskiej pomocy i powiedzeniu „w grupie siła”.

 


„I jak tu zasnąć?” przyjmuje konwencję typowej dziecięcej wyliczanki, gdzie w każdej rundzie odpada kolejna postać – w tym przypadku zwierzę, które nie może zasnąć, wymyka się ze wspólnego łóżka i wychodzi z pokoju. Gdzie się udaje? Finał jest oczywiście bardzo zabawny, z drobnym skatologicznym żarcikiem do dokładkę.

 

Susanne Straßer, Na huśtawce, Wieloryb w kąpieli, I jak tu zasnąć?, tłum. Iwona Mączka, wyd. Tako, Toruń 2020.  Wiek: 1+

 

piątek, 2 października 2020

Subiektywny przegląd książkowych nowości /wrzesień 2020/

 

Oto pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto przyjrzeć się bliżej.


Pion i poziom

To ważne, umieć trzymać poziom, a i utrzymać się w pionie też nie zawadzi! Zabawna, błyskotliwa, i całkiem praktyczna publikacja Bartosza Sztybora i Łukasza Golędzinowskiego zgrabnie o tym przypomina. Ta kartonikowa książka w niewielkim, poręcznym formacie, przyciąga wzrok ciepłą, nasyconą żółcią oraz postacią kogoś, kto znajduje się częściowo w pionie, a częściowo w poziomie, bo wiatr chce go właśnie porwać niczym Mary Poppins na parasolce.
W środku jest jeszcze więcej pionu i poziomu, zgodnie z tym, co zapowiada tytuł. Książka, pomyślana przede wszystkim jako pomoc dla dziecka w nauce orientacji przestrzennej, jest też okazją do dobrej zabawy dla całej rodziny. Trudno przecież nie roześmiać się, czytając: „Rodzice wychodzą do pracy w pionie, ale jak z niej wracają, to są w poziomie”, i oglądając dwie kolejne rozkładówki, na których wspomniani rodzice rzeczywiście najpierw są bardzo pionowi, gotowi i uśmiechnięci, a potem już w zasadzie leżą i miny też mają leżące. Tu jest miejsce na rozmowę, śmiech i wspólne wygłupy, a przy okazji zapamiętanie wcale niełatwych dla małego dziecka pojęć (orientacja przestrzenna, rozróżnianie kierunków i umiejscawianie swojego ciała w przestrzeni to proces, który kształtuje się do 6 roku życia). Niełatwa sztuka, stworzyć taką publikację w sposób sprawiający frajdę i dużym, i małym. Tu się udało.

Bartosz Sztybor, Łukasz Golędzinowski, Pion i poziom, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Wiek: 3+