wtorek, 19 września 2017

Basia i basen

Dzieciaki (i nie tylko one) kochają wodę, baseny i aquaparki. Nic więc dziwnego, że w sytuacji, gdy mama Basi się rozchorowała, najlepszym sposobem na poprawienie humoru dzieciom było zabranie ich do wodnego parku. Prawdę mówiąc, tata też miał nadzieję, że się zrelaksuje w mile bąbelkującym jacuzzi.…

 

Najnowsza część przygód Basi wbrew pozorom nie ma wakacyjnej wymowy, co mogłaby sugerować błękitna, letnia okładka. Do parków wodnych i basenów jeździmy w końcu przez cały rok, czasem nawet częściej w chłodne miesiące, kiedy nie ma konkurencji w postaci morza, jezior czy rzek.

Wiele dzieci we wrześniu zaczyna też uczęszczać na lekcje pływania, w ramach wuefu albo pozalekcyjnie. W każdym z tych przypadków warto sobie przypomnieć, jak należy się zachowywać w miejscu takim jak kryta pływalnia.


Basia jest niezwykle podekscytowana, kiedy wchodzi na basen. Z szeroko otwartymi oczami obserwuje tłum pławiący się w wodzie, a w nim osobników wszelkiej maści: grubych i chudych, młodych i starych, gładkich, włochatych i wytatuowanych. Dziewczynka nie może się powstrzymać, mimo ostrzeżeń, pędem biegnie ku wodzie, po czym zaraz zalicza poślizg na mokrej posadzce i upada. Tata musi zaprowadzić ją do punktu medycznego. 



W tak tłocznym i pełnym różnych wodnych atrakcji miejscu trzeba uważać nie tylko z powodu obecności wody i związanych z nią niebezpieczeństw. Lepiej nie chodzić na bosaka, bo można zarazić się grzybicą, podczas korzystania z dużych zjeżdżalni trzeba pamiętać, by nie blokować kolejki chętnych do zjazdu, przed wejściem na basen należy opłukać się pod prysznicem.

Te i inne zasady zostają omówione mimochodem, zręcznie wplecione w fabułę książki. Jak zawsze nie brakuje też celnych obserwacji, poczucia humoru i dystansu do bycia wszechwiedzącym rodzicem. Tata tęsknie rozglądający się za jacuzzi i nadąsany z powodu swej urażonej lekarskiej dumy jest zabawny i ujmujący. Basia oczywiście pokazuje charakterek i ma sto tysięcy myśli na minutę, a mama nawet z gorączką i leżąca w łóżku nie traci rezonu i poczucia humoru.

Słowem, Basia kolejny raz nie zawodzi. Stwierdzenie, że ta seria „bawi i uczy” jest wyświechtane, ale nadzwyczaj prawdziwe i adekwatne w tym przypadku. Te i wszystkie poprzednie części Basinych przygód tworzone przez niezrównany duet Zofia Stanecka & Marianna Oklejak to absolutny must have kolejnych pokoleń przedszkolaków.

"Basia i basen", Zofia Stanecka, il. Marianna Oklejak, wyd. Egmont 2017.
Wiek: 4+

piątek, 15 września 2017

Subiektywny przegląd książkowych nowości /wrzesień 2017/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.

  
Kiedy ma się w domu młodego fana motoryzacji jest się na bieżąco z publikacjami traktującymi o samochodach. Ukazuje się ich sporo, ale ich poziom czasem pozostawia sporo do życzenia (błędy merytoryczne, translatorskie). Da się też zaobserwować pewien podział na publikacje encyklopedyczne i książki o samochodach dla młodszych dzieci, gdzie auta są uosobione i przeżywają przygody podobne ludziom. Książka Michała Leśniewskiego (redaktora miesięcznika „Classicauto”) jest świetnym wypośrodkowaniem tych dwóch tendencji. Oto bowiem czytelnik dostaje do rąk książkę, która z jednej strony dostarczy mu wielu informacji i wyposaży w niebagatelną wiedzę z dziedziny motoryzacji (samochody aut wyścigowych wykonane są z węglika krzemu, legendarna syrena miała silnik dwusuwowy, w latach 50. amerykańskie samochody miały skrzydła, a w latach 20. z przodu samochodu montowano… maskotki!), z drugiej zaś opowie mu wiele historii o ludziach i zaskakujących kolejach ich losów, które doprowadziły do powstania samochodów jakie znamy dzisiaj.
Książka jest bardzo starannie wydana (twarda oprawa, większy format 240 x 270 mm, szyty grzbiet) i absolutnie zachwycająca graficznie. Ilustracje Macieja Szymanowicza przyciągną do lektury nawet tych osobników, którzy na co dzień nie odróżniają forda od fiata!

Michał Leśniewski, Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe, il. Maciej Szymanowicz, wyd. ART Egmont 2017.
Wiek: 6+

Kolorowy świat zwariowanych zwierząt Leo Timmersa znamy z jego autorskiej książki „Kto prowadzi” wydanej przez Babarybę trzy lata temu.  W niej  zwierzęta takie jak słoń, kotka, zając czy hipopotam zasiadały za kierownicą rozmaitych pojazdów, a zadaniem czytającego było m.in. odgadnięcie, kto prowadzi kabriolet, traktor czy wyścigówkę. W „Tygodniu na budowie” (z tekstem Jean Reidy) zwierzęcy bohaterowie już od pierwszych stron książki przygotowują się do pracowitego tygodnia. Co zamierzają zbudować? Tego dziecko dowie się dopiero na ostatniej stronie. Do tego czasu będzie miało okazję prześledzić każdy kolejny dzień wytężonej pracy wesołej brygady: w poniedziałek porządkowanie placu budowy, we wtorek – murowanie, w środę transport i rozładunek…
Charakterystyczne wesołe ilustracje o nasyconych kolorach w stylu filmowych animacji (autor zresztą od pewnego czasu para się właśnie animacją) przyciągają uwagę. Skłonni do wygłupów, chwilami nieporadni, ale dziarscy bohaterowie z miejsca wzbudzają sympatię. Zakończenie, podobnie jak w „Kto prowadzi”, jest dla małego czytelnika wesołą niespodzianką.

Jean Reidy, Tydzień na budowie, il. Leo Timmers, wyd. Babaryba, wrzesień 2017
Wiek: 3+


„Lektura obowiązkowa na stoliku nocnym każdej dziewczynki albo młodej kobiety" - napisał o tej książce dwutygodnik „Forbes”. Bardzo się cieszę, że to, co zaczęło się w Internecie jako projekt crowdfundingowy, przeistoczyło się w publikację, o której głośno dziś w świecie. Dzięki temu „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, bo o nich tu mowa, mają szansę trafić do imponującej liczby dziewcząt. Sama mam nastoletnią córkę, z którą często rozmawiam o tym, co to znaczy być kobietą we współczesnym świecie. Widzę, że jej pytania i przypuszczenia wciąż podszyte są wieloma wątpliwościami co do realności planów na przyszłość. Tak jakby nie była pewna, czy jej, zwykłej dziewczynce ze zwykłych Kielc naprawdę wolno (!) sięgać po najwyższe cele. W „Opowieściach…” znajduje podbudowujące odpowiedzi na te swoje wątpliwości – książka pełna jest opowieści o dziewczynach, kobietach z maleńkich wiosek i wielkich miast, bardzo biednych i całkiem dobrze sytuowanych, żyjących współcześnie i dawno temu, które – i to je łączy – nie poddały się w dążeniu do upragnionego celu.  Każda z tych opowieści to ziarenko inspiracji, motywacji, pewności siebie, zachęty do działania. A wszystko to we wspaniałej oprawie graficznej, będącej dziełem sześćdziesięciu ilustratorek z całego świata, m.in. Zosi Dzierżawskiej, Basi Dziadosz, Lieke Van Der Vorst, Moniki Garwood.

Elena Favilli, Francesca Cavallo, Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet, wyd. Debit, wrzesień 2017.
Wiek: 6+ (dla nastolatek też, koniecznie!)



Uwielbiamy wyszukiwanki. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiły na mnie książki Alego Mitgutscha, kupione dawno temu w niemieckiej księgarni. Moja córka miała wówczas pięć lat i zniknęła w tych obrazkach na długie godziny. Nie było wówczas w Polsce zbyt wielu tego typu książek. To się szczęśliwie zmieniło i syn już może delektować się pełnym ich wyborem, co też z zapałem czyni. W tym miesiącu numerem jeden jest detektyw dinozaur, który podróżuje czerwonym samolotem i pomaga odnaleźć najróżniejsze zguby. Czasem jest to żmija, czasem ropucha, ale często bardzo ważni członkowie rodziny, jak mąż, syn albo dziadek! Niestrudzony detektyw poszukuje ich w najdalszych zakątkach globu – pośród wodnej kipieli oceanu, w dżungli pełnej dzikich zwierząt, w podziemnych grotach i na szczytach ośnieżonych gór, w muzeum, w olimpijskiej wiosce i wśród drapaczy chmur. Nie waha się nawet wyruszyć w kosmos! Każdą stronę tej wielkoformatowej (240 x 320 mm) książki wypełniają kolorowe i pełne szczegółów ilustracje, wśród których wcale nie łatwo odnaleźć zaginione postaci. Świetna zabawa zarówno dla dzieci, jak i rodziców, którą dodatkowo uprzyjemnia zręczne rymowane tłumaczenie Rafała Witka („Zgłaszam zaginięcie. Chodzi o braciszka. Oto jego zdjęcie”). Wspominam o tym, bo zdecydowanie nie jest to regułą w tego typu publikacjach, a tu dodatkowo cieszy ucho i gwarantuje pełną humoru zabawę.

Sophie Guerrive, Dinozaur na tropie, tłum. Rafał Witek, wyd. Bajka, wrzesień 2017.
Wiek: 4+

Odkąd usłyszałam o tej książce i zobaczyłam na profilu fejsbukowym Pawła Pawlaka pierwsze fragmenty powstających ilustracji, cieszyłam się na nią i niecierpliwie czekałam. W sierpniu mój apetyt zaostrzył się po obejrzeniu znakomitej wystawy „Para – buch! Nie tylko ilustracje Ewy i Pawła Pawlaków” we Wrocławiu (tutaj możecie zobaczyć moją relację), gdzie m.in. pokazano właśnie ilustracje do powstającego „Atlasu ptaków”.
Teraz książka trafia do księgarń i można wziąć ją do rąk. Znakomitym pomysłem było wydanie jej w formie kartonowej – dzięki temu znacząco poszerza się krąg odbiorców owego „atlasiku”: już niemowlę zwróci uwagę na wspaniałe nasycone kolory, dwulatka  zachwycą urocze krągłe sylwetki wróbelków czy raniuszków, przedszkolak i „wczesnoszkolak” zanurkują w wiadomościach o poszczególnych gatunkach ptaków i spróbują zlokalizować pokrzewki albo dzwońce we własnym ogródku. A górnej granicy wiekowej nie ma, bo każdy znajdzie tu coś, co go zaciekawi i zachwyci: śliczny krąglutki rudzik o czerwono pomarańczowym brzuszku pieczołowicie wykonany ze skrawków materiałów przez Ewę Kozyrę-Pawlak, piękna malarsko sikorka Pawła Pawlaka, ciekawe zdjęcia ptaków w ich naturalnym środowisku, ptasie pióra i dziecięce rysunkowe portrety ptaków wykonane przez Hanię Cisło. Całość komponuje się w ciekawy i niezwykle miły dla oka album, który może funkcjonować równie dobrze jako pierwszy przewodnik po ptakach, jak i piękny ptasi coffee-table book.

Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, wyd. Nasza Księgarnia, wrzesień 2017.
Wiek: 0+


niedziela, 10 września 2017

Lenka

Miałam siedem lat. Wróciłyśmy z mamą od okulisty i już od progu zawołałam (ucieszona) do babci: „Będę nosiła okulary!”. A babcia zaczęła płakać.




Kiedy o tym myślę ponad 30 lat później, dochodzę do wniosku, że miałam dużo szczęścia. Bo poza tą babciną reakcją, która mnie zresztą nieco zdziwiła, nikt nigdy nie dał mi odczuć, że noszenie okularów jest czymś, czego można się wstydzić, a bycie okularnicą to obciach. Pamiętam za to, jak się bałam, że moje blond włosy staną się rude. Bo bycie „ryżym” znaczyło wówczas bycie innym. Na widok „ryżego”, trzeba było się uszczypnąć szybko trzy razy w przedramię, bo przynosił pecha… (!).  


Dzieci, także te małe, potrafią być bardzo okrutne i konsekwentne w odrzucaniu tego, kogo uznają za niepasującego do reszty. Bycie grubym, brzydkim, w kiepskiej kondycji fizycznej, biednym, z rodziny patologicznej, mniej zdolnym, nieśmiałym, niepełnosprawnym – istnieje długa lista „wykroczeń” za które karą bywa odrzucenie i izolacja.
Boimy się tego nawet w dorosłości, pielęgnujemy więc gorliwie piękno naszych ciał. Tym samym, o ironio!, kółko się zamyka, bo coraz trudniej sprostać fizycznym wyśrubowanym ideałom.

Lenka, bohaterka książki Katalin Szegedi, przyszła na świat „tak śliczna i okrąglutka jak księżyc w pełni”. Ale szybko okazuje się, że jest po prostu gruba, co dają jej odczuć dzieci z podwórka. Ośmieszanie, szydzenie, wyzywanie od prosiaków i odmowa wspólnej zabawy – z każdą taką sytuacją Lenka traci pewność siebie, a jej wrodzone radosne usposobienie zaczyna ustępować rozgoryczeniu. Dziewczynka zaczyna wątpić w to, czy ktoś taki jak ona może znaleźć kompana do zabawy, bratnią duszę, przyjaciela. Woli siedzieć w domu, w swoim pokoju i oddawać się temu, w czym zawsze była dobra: rysowaniu.
 
Ceniona węgierska ilustratorka kreśli pełnymi przepychu barwami bogaty wewnętrzny świat Lenki i ukazuje jej rysowniczą pasję i talent. Dziewczynka przedstawiana jest zawsze w ciepłych, nasyconych odcieniach czerwieni, jej rumiana buzia budzi sympatię, a czytelnik zastanawia się w duchu: „Czemu te dzieci się czepiają?”.  Mama Lenki otwarcie się temu dziwi, dlatego wykrzykuje do córki:

„Oj, ale o czym ty mówisz? Przecież wcale nie jesteś gruba! Jesteś piękna właśnie taka, jaka jesteś!”.

Te matczyne słowa, mimo że prawdziwe, nie mają jednak mocy i Lenka im nie ufa. Dopiero obecność i uwaga nowo poznanego kolegi, skoncentrowana wyłącznie na jej rysowaniu, a nie wyglądzie, pozwoli Lence odbudować poczucie własnej wartości i polubić siebie.

Ta bardzo aktualna, potrzebna i ważna książka jest idealną lekturą na początek roku szkolnego, bo to czas, kiedy dziecko trafia w nowe grupy społeczne i często musi stawić czoła nieprzychylnemu nastawieniu innych. Cieszę się, że przypomniałam sobie akurat teraz o tym tytule w naszej biblioteczce.
W czasach kiedy jednym okrutnym internetowym postem można zniszczyć czyjąś pewność siebie, warto już od małego hartować dzieci lekturami takimi jak „Lenka”. Trzeba im przypominać, że sytuacje tego typu zdarzają się wszędzie – jeśli nie mnie, to tobie – i że nie oznaczają końca świata; można sobie z nimi poradzić wspólnymi siłami.

Książka zostawia małego czytelnika świadomego problemu, ale też pełnego otuchy i pozytywnego nastawienia.


Katalin Szegedi, Lenka, tłum. Sebastian Stachowski, wyd. Namas 2010.
Wiek: 4+


piątek, 8 września 2017

Tsatsiki i Per

Dla mojej córki książki o Tsatsikim stały się częścią dzieciństwa. Można śmiało stwierdzić, że wraz z nimi weszła w nastoletniość: pierwszą część przeczytałyśmy, gdy bohater szedł do szkoły, ona zaś kończyła pierwszą klasę, po kolejne sięgałyśmy powoli, z przerwami, i teraz, w najnowszej części, Tsatsiki właśnie kończy piątą klasę, a córka jest na początku szóstej.





Popularna szwedzka pisarka Moni Nilsson pierwszą książkę o Tsatsikim wydała w 1995 roku, a więc przeszło 20 lat temu. Pewnie nie przypuszczała wówczas, że ten chłopiec o dziwnym imieniu nawiązującym do greckiego sosu zostanie  ulubionym bohaterem milionów dzieci, bynajmniej nie tylko szwedzkich. Do chwili obecnej przygody Tsatsikiego zostały przetłumaczone na 17 języków i cieszą się niezmiennym uznaniem kolejnych pokoleń czytelników.

To jest absolutnie wyjątkowa seria z bardzo wyrazistymi bohaterami, których wybory, poczynania i przygody trwale zapadają w pamięć zarówno młodszym, jak i starszym czytelnikom.

Tsatsiki-Tsatsiki Johansson jest pół Grekiem, pół Szwedem i owocem wakacyjnego romansu. Początkowo wychowywany tylko przez matkę, zwaną Mamuśką, po latach poznaje swego tatę – poławiacza ośmiornic – i nawiązuje z nim bliską i szczerą relację. Tymczasem Mamuśka wychodzi za mąż, a na świat przychodzi przyrodnia siostra Tsatsikiego, Retzina  (tak, imię tym razem pochodzi od nazwy greckiego wina sosnowego).  Koleje losów rodziny, włącznie z babcią i dziadkiem oraz przyjaciółmi domu, a także szkolne perypetie Tsatsikiego, jego relacje z rówieśnikami i płcią przeciwną, czytelnik obserwuje tom za tomem, uczestnicząc w pełnej zdarzeń codzienności bohatera.  

A dzieje się tu naprawdę wiele, bo bohaterowie Nilsson tryskają energią, są błyskotliwi, inteligentni, skorzy do działania, pełni zwariowanych pomysłów, których nie wahają się realizować. Cechuje ich także cięty język i niepozbawione dystansu poczucie humoru.  Przoduje w tym zwłaszcza Mamuśka, która przez lata była moją idolką. Jej niekonwencjonalny sposób bycia, odwaga, szlachetność, upór, bezkompromisowość, a także cięte riposty i umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji bardzo imponowały mi  jako młodej matce. W sumie chyba zawsze chciałam być choć trochę taka jak Mamuśka J

W Polsce wydawnictwo Zakamarki pierwszy tom „Tsatsiki i Mamuśka” opublikowało w roku 2009, a następnie kolejne cztery części, napisane przez autorkę do roku 2001. Ostatnia część z tej pierwotnej puli – „Tzatziki i Retzina” ukazała się w Zakamarkach cztery lata temu. Dzieciaki, które czytały ją mając lat dziewięć czy dziesięć stały się nastolatkami, możliwe więc, że nie sięgną po kolejne części. Które, jak się okazuje, powstały jednak po latach, z czego ogromnie się cieszę.


Niedawno Moni Nilsson wróciła do swojego bohatera, w nowych tomach opisując jego rzeczywistość już w uwspółcześnionej scenerii. To duża różnica w stosunku do pierwszych pięciu tomów: pojawiły się nowinki technologiczne: Internet, media społecznościowe,  smartfony i popularne aplikacje. Ale zmieniło się także znacząco tło społeczne:  ani Szwecja, ani Grecja nie są już oazami spokoju. Autorka nie waha się poruszać takich kwestii społecznych jak uchodźstwo i migracje, bezrobocie, bieda. W poruszający sposób opisuje sytuację osób żebrujących na ulicach bogatego Sztokholmu i ubóstwo greckiej prowincji. Bardzo wyraźnie rozbrzmiewa głos autorki, gdy pisze o nietolerancji, rasizmie, o mniejszościach seksualnych, uprzedzeniach, znieczulicy społecznej, szkolnej przemocy, uzależnieniach.

Dzięki tej lekturze poruszyłam w rozmowach z córką całe mnóstwo trudnych tematów. Otwarta, liberalna postawa Mamuśki może niektórych szokować, ale pozwala też na dostrzeżenie wielu spraw obok których w innym przypadku przemknęlibyśmy chyłkiem.
Osobne, ważne miejsce we wszystkich tomach cyklu zajmują przyjaźń oraz relacje uczuciowe. Tsatsiki ma szczęście w przyjaźni – z niezawodnym kumplem Perem Hammarem dzieli wszystkie życiowe radości i smutki – ale w miłości już mniej mu się układa. Choć kochliwy był od małego i już w pierwszych klasach podstawówki miał ochotę na całowanki i uganiał się za dziewczynami.


W najnowszym tomie przygód Tsatsikiego te sprawy zaczynają wyglądać poważniej – dziewczyny nie zwracają już uwagi na zaczepki i serenady wyśpiewywane pod oknem. Dwa światy – dojrzewających chłopców i dojrzewających dziewcząt zaczynają się (tymczasowo) rozmijać, tak że jedni i drudzy zdają się mówić różnymi językami.

Tsatsiki musi więc skonfrontować się z nieuchronnymi zmianami, które niesie dorastanie: nie tylko tymi fizycznymi i fizjologicznymi,  lecz także psychologicznymi i aksjologicznymi. Teraz dostrzega rzeczy, które wcześniej umykały jego uwadze, próbuje dokonywać autonomicznych wyborów i brać za nie odpowiedzialność.

Wspaniale jest tak zżyć się z bohaterem książki, jego rodziną i przyjaciółmi, że ma się wrażenie, że to postać z krwi i kości, na którą można by wpaść w sklepiku za rogiem. To odczucie jest dowodem na to, jak żywe, autentyczne i bliskie codzienności nie tylko szwedzkich czytelników jest pisarstwo Moni Nilsson. Z radością wypatruję dwóch kolejnych części przygód Tsatsikiego!

Tymczasem w tym miesiącu w ramach Kina Dzieci będzie można zobaczyć film „Tsatsiki, tata i wojna oliwkowa”, który akcja rozgrywa się bezpośrednio po zdarzeniach opisanych w szóstym tomie książki.

Bohaterowie filmu: Alva, Tsatsiki i Per 



Moni Nilsson, Tsatsiki i Per, tłum. Barbara Gawryluk, wyd. Zakamarki, Poznań 2017
Wiek: 9+

Czarno-białe ilustracje autorstwa Piji Lindenbaum pochodzą z książki "Tylko Tsatsiki"

środa, 6 września 2017

Puk, puk!

Na rynku książek dla dzieci nieustannie pojawiają się nowe pozycje, niektóre z nich bardzo nowatorskie w swym kształcie, znacząco odbiegającym od tego, co zwykliśmy uważać za książkę. Jest to odpowiedź na dużą konkurencję, ale też na zmieniające się potrzeby małych czytelników.



Gdy sięgam do lektur z własnego dzieciństwa, także tego wczesnego, przedszkolnego i porównuję je z tymi, po które sięgają teraz moje dzieci, widzę dwie podstawowe zmiany: w długości tekstu i w komponencie graficznym. Ten drugi został znacząco rozbudowany i ogromnie zyskał na różnorodności. Stało się to możliwe dzięki nowym technologicznym rozwiązaniom warsztatu ilustratora i drukarza. Najmłodsi mają więc dziś do dyspozycji książki z okienkami, z elementami przesuwanymi, z nakładanymi foliami, książki-rozkładanki, misterne pop-upy, klasyczne leporella oraz pomysłowe książki-układanki, zaskakujące swoją koncepcją na opowiedzenie historii.



Taką właśnie książką nie-książką jest „Puk, puk!”. Ta opowieść zaczyna się bardzo prosto, lecz niepostrzeżenie rozwija się w wielowątkową przestrzenną historię z mnogością bohaterów i wątków pobocznych.
Mała dziewczynka wraca do domu i już w progu orientuje się, że gdzieś zapodział się jej miś. Pyta o niego mamę, przekopuje kosz zabawkami w swoim pokoju… my tymczasem widzimy, jak za oknem niedźwiadek uczepiony balonika wzlatuje właśnie ku niebu, zupełnie jak pewien inny miś, który bardzo lubił miodek.



Dziewczynka rozpoczyna poszukiwania swojego pluszaka, wędrując przez piętra kamienicy, w której mieszka. Puka do wszystkich drzwi. „Puk, puk! Czy jest tam mój miś?” – pyta sąsiadów. Z każdym otworzeniem drzwi otwierają się przed nią kolejne światy współistniejące w jednym budynku: mieszkanie wypełnione po sufit książkami albo surowe, minimalistyczne wnętrze, pokój, który zdaje się być lasem i taki, który najwyraźniej cały jest jednym wielkim akwarium. Bardzo różni są też ludzie, którzy je zamieszkują. Starsza pani pielęgnująca ogrody pamięci, artystki rozwieszające swe prace na sznurze i staruszek, który przebiera się za św. Mikołaja (a może nim jest?). Niektóre miejsca wzbudzają w dziewczynce lęk, inne ją zachwycają, ale żadne nie odwodzi jej od celu: musi znaleźć misia.



W przeciwieństwie do Kasi z „Gałgankowego skarbu” Zbigniewa Lengrena, której wszyscy gorliwie pomagają szukać zgubionej lalki (babcia, wujek, sąsiad, listonosz, stróż Walenty…), bohaterki „Puk, puk!” nikt nie wspiera w misji poszukiwawczej. Każdy skupiony jest na swoim fragmencie życia i nie każdy jest zadowolony, że narusza się jego spokój. W swej wędrówce nasza bohaterka musi wykazać się więc nie tylko samodzielnością, lecz także pewnością siebie i odwagą.
Tym samym wędrówka okazuje się dla dziewczynki czymś więcej niż tylko poszukiwaniem zgubionego misia. Pozwala jej odkryć  różne oblicza ludzkiej natury.



Eksperyment z formą książki zastosowany przez młodą japońską graficzkę wzmacnia wymowę tej przygody. Rozkładamy kolejne strony arkusza, razem z dziewczynką pukamy do drzwi (lub w ścianę – jak w naszym przypadku) i zza jej pleców zaglądamy do odwiedzanych wnętrz.
Ponieważ tekstu jest tu niewiele, od czytelnika zależy, jaką historią wypełni opowieść. Poruszamy się w ramach następujących po sobie zdarzeń, ale poszczególne odsłony stron (kolejne mieszkanie, kolejne osoby) dają pole do popisu wyobraźni zarówno dziecku, jak i dorosłemu.
Tutaj nie ma klasycznego czytania, jest za to wspólny storytelling  (z dowolnie prowadzonym wątkiem lub interpretacją) i angażująca dziecko zabawa.


Kaori Takahashi, Puk, puk!, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2017.
Wiek: 2+

czwartek, 31 sierpnia 2017

Co na blogach piszą /sierpień 2017/

Pięć najciekawszych według mnie wpisów minionego miesiąca opublikowanych przez blogerów książkowych. Cykl, którego celem jest polecenie Wam wartościowych książek, o których dobrze wypowiedzieli się inni, a także – czy może przede wszystkim – okazja do dzielenia się książkowymi miejscówkami w sieci, które lubię, cenię i stale odkrywam.


Chociaż bardzo lubimy psotnego Emila, to już Kalle, jego „kolega, kuzyn albo pierwowzór”, jakoś umknął naszej uwadze. Z tym większym zaciekawieniem przeczytałam tekst Bożeny Itoyi poświęcony książce Astrid Lindgren „Jak Kalle rozprawił się z bykiem”, wydanej całkiem niedawno, bo w maju, przez Zakamarki. Zajrzyjcie na blog Cudana kiju i poznajcie tego młodego chwata!
  

Czytajmy„Pasztety”!

Jeszcze raz o tej powieści, bo to hit mijającego lata, który, mam nadzieję, nie przeminie jak to lato ;-) Książka zasłużyła sobie na rozgłos i jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, że w internetach urywa się ostatnio worek z jej recenzjami. Jesienią przeczytacie też tekst o „Pasztetach” w Kulturze Liberalnej! Dzisiaj natomiast kieruję Was do „pasztetowego wpisu” Doroty Smoleń na jej blogu „Od rana do wieczora

W sierpniu na Małej czcionce pojawił się nowy cykl, poświęcony książkom zagranicznym. Moim zdaniem to fantastyczna i bardzo potrzebna inicjatywa. Mocno trzymam kciuki, żeby Zosi starczyło czasu i energii, by co miesiąc przedstawiać nam obcojęzyczne nowości, które być może, kto wie, niebawem przeczytamy po polsku.







Na końcowym etapie prac redakcyjnych nad książką „Historie zamiecione pod dywan” dla wydawnictwa Kocur Bury odkryłam nagle, że w tym samym niemal czasie książkę z dywanem w tytule (i na okładce) planuje wydać Ezop („Z głową pod dywanem” Anny Onichimowskiej). Odbyła się szybka burza mózgów, ale ostatecznie żadnych zmian nie wprowadziliśmy, i była to dobra decyzja. Jak się okazuje, ta zbieżność może stać się nawet ciekawym wspólnym mianownikiem wykorzystanym w recenzji. Co też uczyniła w Juniorowie Joanna Maj-Kirsz w artykule „Polecamy książki dla juniorów: z dywanem w tytule”


O tej książce było głośno już od dłuższego czasu. A teraz już jest, można kupić, czytać, oglądać i się delektować. Must have dla wszystkich, którzy kochają polską ilustrację. Obszerne zajawki cudowności znajdujących się we wnętrzu tomu (300 kolorowych reprodukcji!) „Nie ma co się obrażać. Nowa polska ilustracja” pokazała na swoim nieocenionym (i nagrodzonym przez polską sekcję IBBY) blogu Magda Kaleta.