poniedziałek, 15 lipca 2019

Czy to długo, czy krótko?


Uwielbiam książki o czasie, jego upływie, o skazanych na niepowodzenie próbach zatrzymania uciekających chwil i o tym, jak różnie, choć przecież tak samo, czas płynie dla każdego z nas. Ze szczególnym zachwytem wyławiam książki o tej tematyce kierowane do dzieci.



Ogromnie podoba mi się sposób opowiadania obrazem, jaki uprawia Urszula Palusińska. Nie jestem w tym oczywiście odosobniona – ilustratorka zdobywa kolejne nagrody (w tym prestiżową Bolonia Ragazzi Award!), a jej prace są dostrzegane, uwielbiane i szeroko komentowane. Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach „Brzuchem do góry”, to gorąco polecam – letnia pora jest idealna na tę książkę! Tymczasem słów kilka o wydanej niedawno przez Dwie Siostry „Czy to długo, czy krótko”.


Koncept książki autorstwa Izabeli Zięby jest cudownie prosty i dla wszystkich zrozumiały. Chodzi tu bowiem o postrzeganie upływu czasu z różnych perspektyw i zadziwiającą subiektywność tej oceny. W zależności od tego, kto spogląda na zegarek i w jakiej znajduje się sytuacji, ten sam odcinek czasu – minuta, godzina, dzień czy rok, zdaje się mgnieniem albo rozciąga niemal w nieskończoność…


Palusińska w uproszczony, klarowny, ale jednocześnie uczuciowy sposób podsuwa nam ilustracyjne przeciwieństwa – a przy tym operuje tylko kilkoma kolorami, podsuwa nam uproszczone sylwety, postaci jakby odrysowane od szablonu, ciemne kontury jak z teatrzyku cieni albo negatywy postaci. To dość  minimalistyczny, nowoczesny styl ilustrowania, którego dotychczas nie byłam fanką, ale w wydaniu Palusińskiej zachwyca mnie i gra na emocjach.


Sytuacje pojawiające się na kolejnych rozkładówkach, nie są nam obce. W tych mikrohistoryjkach przejrzy się zarówno dziecko, jak i dorosły:

10 minut jazdy do domu (krótko, gdy przez całą drogę opowiadasz dowcipy, ale długo, gdy bardzo chce się siku!)

3 godziny zakupów (krótko dla mamy, która ma zawsze za mało ubrań, a długo dla taty, który zawsze ma za mało cierpliwości)

1 tydzień podróży statkiem (dla babci, która boi się latać, to krótko, ale dla taty, który ma chorobę morską, to bardzo długo).

Jest i wzrusz:
18 lat czekania na dorosłość (bardzo długo dla dziecka, ale dla jego mamy zawsze, ale to naprawdę ZAWSZE za krótko).


Takich życiowych sytuacji każdy z nas może podać bez liku, co oczywiście potęguje frajdę, jaką sprawia obcowanie z tą książką. Wskazana jest pogłębiona lektura, poparta własnymi przykładami.

U nas było to na przykład:
Ja: Dwie godziny spędzone na rozmowach w moim ulubionym Dyskusyjnym Klubie Książki Kryminalnej mijają, zanim zdążę spojrzeć na zegarek, dwie godziny siedzenia na zebraniu to istna tortura.
Tadzio: Pół godziny grania na peesie to STRASZNIE krótko! Pół godziny czekania, aż przyjedzie do mnie dziadek to OKROPNIE długo!

A co u Was?

Izabela Zięba, Urszula Palusińska, Czy to długo, czy krótko?, wyd. Dwie Siostry 2019.
Wiek: 4+




niedziela, 30 czerwca 2019

Tak to już jest


„Nikt tu nie wie, kim naprawdę jesteśmy” – mówi matka. „Nie, odwrotnie. Jest tak, jakby bardzo dobrze wiedzieli” – zaprzecza syn. A może córka. Dziecko.


„Bądźcie zawsze sobą w życiu” – powiedziała dzieciom wychowawczyni mojego syna na uroczystym zakończeniu przedszkola. Wszystkim rodzicom łzy kręciły się w oczach, wszyscy z czułością popatrywali na swoje dopiero-przed-chwilą-maleńkie dzieci, które we wrześniu powędrują do szkół. Chłopcy w odprasowanych koszulach, dziewczynki w zwiewnych sukieneczkach zgodnie pozowali do grupowego zdjęcia. Bycie sobą nie wydaje się trudne, gdy idealnie wpasowujesz się w schemat. Ale jeśli zupełnie od niego odstajesz…

Jeszcze kilka lat temu chłopcy byli rugowani za różowe koszulki i bawienie się lalkami. Dzisiaj już trochę się zmieniło i widzę w przedszkolnej rzeczywistości moich dzieci (między którymi jest 6 lat różnicy) progres ku otwartości. Ale powiedzmy sobie szczerze, w naszym kraju to ciągle mrówcze tempo zmian. Polskie społeczeństwo wciąż obawia się dosłownie wszystkiego, co nie wpisuje się w tzw. normalność, cokolwiek miałoby to znaczyć. Lęk wynika z niewiedzy i jedyną metodą opanowania go jest edukowanie. Dzieci i rodziców. Symultanicznie.

Dlatego piszę tutaj o książce. „Tak to już jest” Laurie Frankel. Choć nie jest to powieść dla dzieci. Ale jest to opowieść o dzieciach. Oraz o wychowaniu w rodzinie. Pełnym miłości, mądrym, choć niepozbawionym błędów wychowaniu dziecka do dobrego, spełnionego życia i do bycia sobą, kimkolwiek miałoby się stać.

Nie zawsze od razu jesteśmy tym, kim chcemy być. Bywa że długie lata walczymy  o status, na którym nam zależy. Po drodze ponosimy porażki, odwracają się od nas ludzie, którym zaufaliśmy. Nie zawsze też inni rozumieją nasze dążenia i wizję tego, kim chcemy się stać.
Claude jako kilkulatek wie, że nie jest mu dobrze w ciele chłopca. Woli być Poppy, nosić spódniczki, spinki we włosach i bawić się z koleżankami w księżniczki. Nie oznacza to jednak automatycznie, że jest dziewczynką. Jest po prostu sobą. Ale takiej kategorii, mimo deklaracji, które wszyscy słyszą na każdym etapie wychowania i nauczania szkoła, do której uczęszcza, nie jest w stanie przyjąć.

Płeć i związane z nią atrybuty wpływają tak bardzo na nasze relacje z innymi ludźmi, że brak wyraźnie zdeklarowanej płci wytrąca nas ze społecznej równowagi. Tymczasem badania naukowe wskazują na to, że dychotomiczne postrzeganie płci nie jest wystarczające, bo nie pozwala dostrzec ludzkiej różnorodności i zrozumieć wszystkich zjawisk związanych z funkcjonowaniem człowieka. Coraz więcej krajów wprowadza normy prawne regulujące istnienie trzeciej płci, określanej jako X. Nie jest to zresztą żadne novum dla świata, bo np. w kulturach Azji Południowej pojęcie trzeciej płci (hijra) jest znane i funkcjonuje od dawna.

Kultura zachodnia ewidentnie potrzebuje jednak czasu, oswojenia. Zmiany tego typu, dotyczące ludzkiej tożsamości i miejsca człowieka w świecie nie przebiegają łagodnie, wiążą się z cierpieniem jednostek i całych społeczności. Czasem mają tragiczne oblicze. Tak jak opisana w powieści Frankel pełna okrucieństwa historia kobiety NN, która trafiwszy na oddział ratunkowy szpitala okazała się mężczyzną NN – zakatowaną, zmasakrowaną, postrzeloną z broni palnej istotą ludzką, która zapłaciła najwyższą cenę za kilka chwil bycia tym, kim chciała być.

W „Tak to już jest” znajdziemy pełen wachlarz ludzkich reakcji na nowe, inne, niezrozumiałe. Wśród członków rodziny, między rówieśnikami, w społeczności sąsiedzkiej, rodzicielskiej, szkolnej, w różnych stanach (USA) i krajach. Niektóre będą wspaniałe, inne – przerażające. Jedna z moich ulubionych scen pokazuje kilkuletnią Poppy, która przychodzi w swej dziewczęcej osobie do szkoły po przerwie przed którą była Claude’m. Teraz otwarcie nosi spódniczkę, rajstopki, spinki we włosach. Jedyny komentarz dotyczący jej odmiennego wyglądu jest następujący: Czy te rajstopy nie gryzą?

Laurie Frankel wie, o czym pisze, bo sama jest matką córki, która była chłopcem. Ale, jak zaznacza w posłowiu, to nie jest jej historia, tylko fikcja, w którą wplotła tylko „drobno posiekane fragmenty  własnego życia”.

Dla mnie „Tak to już jest” to po pierwsze opowieść  o miłości – małżeńskiej, matczynej i ojcowskiej, o tej, która jest między rodzeństwem i między przyjaciółmi. O miłości, która przechodzi mnóstwo dramatycznych prób i ciągle trwa. Po drugie – o rodzicielstwie, wszystkich wyzwaniach i niespodziankach, obawach, lękach i nadziejach tego czasu, o którym Frankel pisze (cudownie!) tak: „Czas rodzicielstwa jest magiczny: rozwlekły i naddźwiękowy jednocześnie. To godzina wiedźm, pora czarnoksiężników. Na chwilę odwracasz wzrok i nagle wszystko jest inaczej”.

Laurie Frankel, Tak to już jest, tłum. Dariusz Żukowski, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 16+



poniedziałek, 27 maja 2019

Trzy książki na Dzień Dziecka


Dzień Dziecka już za kilka dni. Czyż może być coś przyjemniejszego, niż obdarowanie kochanego małego człowieka książką w jego święto? W tym minizestawieniu polecam Waszej uwadze trzy wspaniale ilustrowane książki dla przedszkolaków. To krótkie historie – zabawne, wzruszające, bliskie codziennym sprawom kilkulatków.


Siedem łóżek malutkiej popielicy
W sam środek miłego snu wkrada się odgłos człapania bosych stóp. Człap, człap, coś szura i jest coraz bliżej. Próbujesz spać, ale człapanie nie ustaje. Otwierasz jedno oko i w świetle księżyca widzisz ją. Drobną dziecięcą postać, która właśnie gramoli się do twojego łóżka. Dostajesz kuksańca pod żebra, kopniaka w łydkę, i budzisz się na dobre. Twoje dziecko dla odmiany słodko zasypia.


Prawie każdy rodzic doświadczył tych nocnych wizyt dzieci, które nie chcą same spać, boją się ciemności, miewają koszmary. Różnie sobie z tym radzimy i każda rodzina ma własne sposoby na przetrwanie tego okresu. Ważne jest jedno – działać tak, by dać dziecku poczucie, że się je rozumie i wspiera.


Przepięknie wydana opowieść Susanny Isern „Siedem łóżek malutkiej popielicy” z czarodziejskimi ilustracjami Marco Somy to właśnie taka historia – dziecko symbolizuje w niej malutka popielica. A nieco zirytowanymi powtarzającą się sytuacją rodzicami są zwierzęta zamieszkujące Zielony Las. Królik, Rudzik, Jeleń, Niedźwiedź, żółwica, Wiewiórka – to do ich domków popielica zakrada się cichaczem, by uciec od mroków nocy. Mości się w pojemniku na marchew, w etui na okulary albo szufladzie z krawatami, co jest z jednej strony urocze i roztkliwiające, z drugiej zaś – burzy spokój i porządek. Brzmi znajomo?

Nie zdziwi więc Was zapewne, że zwierzęta postanawiają dać do zrozumienia popielicy, że ma przecież swoje łóżko i to w nim powinna spać. Na nic się zdają jej niezdarne próby tłumaczenia. Tę noc popielica spędza więc samotnie we własnym łóżeczku. A następnego ranka okazuje się, że… malutkie zwierzątko zniknęło.


W tej pełnej uroku i czułości opowieści wielu rodziców i dzieci przejrzy się jak w lustrze. Wszystkich bez wyjątku zachwycą spokojne, pastelowe ilustracje, utrzymane w nieco jesiennej tonacji i onirycznym klimacie. Do wielokrotnego oglądania i zachwytów.

Susanna Isern, Marco Somà, Siedem łóżek malutkiej popielicy, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Tako, Toruń 2019.
Wiek: 4+


Niedźwiedź i pianino
Prawie cztery lata trzeba było czekać, aby „Bear and the Piano” ukazała się w Polsce, ale oto jest, i zapewniam Was, że to wspaniały książkowy prezent na Dzień Dziecka – z rodzaju tych, którymi sami się zachwycicie.


Mnie ta książka oczarowała przede wszystkim ilustracyjnie. Obserwowałam proces jej powstawania na blogu autora i szczerze kibicowałam Davidowi Litchfieldowi, by świat docenił jego warsztat oraz wybór życiowej drogi – artysta zrezygnował bowiem z kariery akademickiej i zdecydował, że poświęci się całkowicie pracy ilustratora. A kto choćby krótko był freelancerem, wie, jaki to niepewny los. Do takiej decyzji zachęciły twórcę entuzjastyczne reakcje na jego ilustracje, które na bieżąco tworzył i publikował każdego dnia w sieci w projekcie Drawing a Day. Pisałam już o tym na blogu [klik] – tam też nieco więcej o wydaniu oryginalnym książki.


Tymczasem mamy wydanie polskie, które ujrzało światło dzienne dzięki wydawnictwu Zielona Sowa.  Papier o ciekawej gramaturze znakomicie oddaje tu głębię ilustracji Litchfielda, co nie jest takie oczywiste ani łatwe do uzyskania – czy zwróciliście kiedyś uwagę, że niektóre ilustracje tworzone komputerowo wyglądają znacznie lepiej na monitorze niż później w druku? Źle dobrany papier „połyka” kolory i zabiera głębię, co w przypadku prac artystów takich jak Litchfield rujnuje znacząco efekt finalny. Bo tym, co najbardziej w nich zachwyca jest gra światłem. Wystarczy, że zerkniecie na wyklejki „Niedźwiedzia i pianina”, a zorientujecie się, co mam na myśli. Kto lubi ilustracje Emilii Dziubak, ten doceni Litchfielda, bo jego maniera jest podobna – długie smugi światła, miękko kładące się cienie, odbicia, falowania. Ilustracje te, choć kolorowe i pogodne, są też bardzo nastrojowe i nostalgiczne. Tak jak zresztą i sama historia.

Jej bohaterem jest tytułowy niedźwiedź, który odkrywa na leśnej polanie pianino i tak często z zaciekawianiem manipuluje jego klawiszami, że zaczyna całkiem dobrze grać. I odkrywa w sobie talent muzyczny. Po czym, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, staje przed dylematem: opuścić bezpieczną przystań leśnego życia i rozpocząć artystyczną karierę w mieście, nie mając gwarancji, że doprowadzi to do czegoś dobrego, czy też pozostać w znanym sobie, przyjaznym, akceptującym i bezpiecznym, aczkolwiek nieco nudnym otoczeniu. Wraz z koniecznością wyboru pojawiają się różnorodne emocje – entuzjazm i duma, ale też poczucie osamotnienia i tęsknota.


Podobne życiowe decyzje musi  podejmować każdy z nas, warto więc przygotować do nich dziecko, rozmawiając z o plusach i minusach wyboru, jakiego dokonał niedźwiedź – a jednych i drugich jest pod dostatkiem. Książka podkreśla potrzebę realizowania swoich ambicji, ale też wartość przyjaźni, przynależności i bycia we wspólnocie. Każdy sam dla siebie musi się przekonać, która z tych dróg bardziej go uszczęśliwia.

David Litchfield, Niedźwiedź i pianino, tłum. Natalia Galuchowska, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Wiek: 4+

Mama Mu na zjeżdżalni
Mama Mu pomieszkuje sobie w naszym domu (na półce z książkami oczywiście) od ponad dekady. Moja córka się śmieje, że mimo upływu lat, gdy wpisze swoje dane w Google, pierwsze wyszukanie prowadzi do jej zdjęcia z Mamą Mu w muzeum Junibacken w Sztokholmie (z 2011 roku). Jeśli macie chęć je zobaczyć, kliknijcie w link (wybacz, kochanie). Znajdziecie tam także moją recenzję jednego ze zbiorków opowiadań o Mamie Mu.


Ale może wcale nie znacie jeszcze tej sympatycznej, mądrej krowy? Zatem kilka słów ogólnej prezentacji: Mamę Mu stworzyło szwedzkie małżeństwo, Jijja i Tomas Weslanderowie, początkowo jako bohaterkę słuchowiska radiowego dla dzieci. Entuzjastycznie nastawiona do życia rezolutna krowa oraz będący jej całkowitym przeciwieństwem, wiecznie na wszystko narzekający Pan Wrona, szybko podbili serca małych odbiorców.

W 1991 powstała pierwsza książka z przygodami tej sympatycznej pary, którą  na papierze uwiecznił w niepowtarzalnym stylu Sven Nordqvist. Od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, a wciąż powstają nowe historie, przysparzające serii kolejnych wielbicieli.

Nic zresztą dziwnego. Mama Mu ma w sobie spokój krowy z namysłem przeżuwającej każdą myśl, a jednocześnie nie brakuje jej zwariowanych pomysłów i odwagi do ich realizowania. Jej pogodna natura cudownie kontrastuje z mrukliwym charakterem Pana Wrony, stając się niekończącym się źródłem humorystycznych wypadków. Ale nie tylko o gagi tutaj chodzi. Relacja tych dwojga to także piękny portret nieoczywistej przyjaźni, w których różnice łączą, a nie dzielą.


W najnowszym opowiadaniu „Mama Mu na zjeżdżalni” krowa postanawia ni mniej ni więcej, tylko zjechać ze zjeżdżalni wybudowanej właśnie nad wodą. Co też czyni, choć zdegustowany Pan Wrona próbuje ją odwieść od tego pomysłu. W końcu jednak sam pomaga jej wleźć na szczyt zjeżdżalni. Co dzieje się potem, musicie sprawdzić sami. Nastawcie się w każdym razie na dobrą zabawę!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, tłum. Michał Wronek-Piotrowski, wyd. Zakamarki, Poznań 2019.
Wiek: 3+

czwartek, 16 maja 2019

Rok, w którym nauczyłam się kłamać


Książki nie należy oceniać wyłącznie po okładce, ale czasami to właśnie okładka decyduje o tym, czy w ogóle weźmiemy jakąś książkę do ręki. Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź nowego tytułu Dwóch Sióstr z przepiękną, malarską okładką projektu Oli Cieślak, wiedziałam, że chcę (bardzo, bardzo) przeczytać tę powieść. Choćby po to, by co jakiś czas móc spojrzeć na ów wąwóz w jesiennych kolorach, z niknącą w oddali sylwetką dziewczynki, równie półprzejrzystą i rdzawo-żółtą jak zeschłe liście, które opadły z drzew i teraz wtapiają się w poszycie grubym kobiercem.


W tym przypadku jednak okładka jest zaledwie początkiem. Książka Lauren Wolk oferuje  pełnię wrażeń czytelniczych, której próżno by się domyślać w pierwszym kontakcie z książką. Jest to powieść wielopłaszczyznowa, wieloadresowa, która porusza w odbiorcy czułe struny, skłaniając do zadawania sobie i innym niełatwych pytań. Odpowiedzi na nie szukali najwięksi filozofowie, etycy, psycholodzy i socjolodzy. Czy dziecko rodzi się z natury dobre, czy złe, czy umysł pozbawiony doświadczeń można uznać za „niezapisany”, ile zawdzięczamy genom, a ile wychowaniu? Co budzi w nas demony, wyzwala okrucieństwo w czynach? I gdzie jest „cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”?

Polski tytuł książki nie jest, jak to często się zdarza u Dwóch Sióstr, zbieżny z oryginałem. Wilczy Jar (Wolf Hollow – w wersji angielskiej) jest ważnym miejscem w książce, milczącym świadkiem zdarzeń, ale polskie tłumaczenie kładzie akcent na bohaterkę książki i przemianę jaka w niej zachodzi w wyniku przeżytych doświadczeń. Zdarzenia te rozegrały się w roku, w którym dziewczynka skończyła 12 lat, kreśląc wyraźną granicę między dzieciństwem a dorosłością. Tym samym książkę Lauren Wolk można uznać za powieść inicjacyjną.

Anabelle mieszka z rodziną na farmie na amerykańskiej prowincji. Wszyscy się tutaj znają i wszystko o sobie wiedzą. Rytm życia wyznaczają obowiązki – praca w polu, przy hodowli zwierząt, w obejściu. Na pierwszy rzut oka jest spokojnie – zupełnie jakby nie był to rok 1943, a na świecie właśnie nie toczyła się najbardziej okrutna z wojen. Wydawać by się mogło, że świadczą o niej tylko kolejne złote gwiazdy wyszywane przez dziewczęta na fladze, symbolizujące tych, którzy zginęli na froncie albo pękate worki trojeści zbieranej na polach przez dzieci, przeznaczonej na kapoki dla żołnierzy marynarki wojennej. A jednak w powietrzu unosi się coś, co burzy pozory sielanki – nieufność, obawa, podejrzliwość, niewypowiadane na głos oskarżenia.


Lont zapala się wraz z przybyciem Betty, która zostaje przysłana z miasta na farmę swoich dziadków z powodu „niesubordynacji”. Wkrótce okazuje się, jak wielki jest to eufemizm w odniesieniu do czynów tej ponurej, pełnej nienawiści dziewczyny „o mrocznym sercu”. Betty to postać wstrząsająca i tragiczna, która sprawia, że nawet dorosły czytelnik zaczyna podważać własne przekonania na temat człowieczeństwa. Choć na oko to tylko niepozorna dziewczynka w grzecznej sukience i w schludnym sweterku zapinanym na guziczki…

Dla kontrastu – druga postać,  jakby rewers Betty. Toby. Zarośnięty, brudny, obdarty bezdomny mężczyzna. Zgarbiony pod ciężarem trzech karabinów, które wszędzie dźwiga ze sobą w bezcelowych wędrówkach po okolicy. Samotnik i dziwak, kryjący się w leśnej głuszy. Psychologiczna ofiara pierwszej wojny. Z głową wypełnioną przerażającymi obrazami, które nie chcą zniknąć.

Komu byście zaufali, gdyby te dwie osoby stanęły na Waszej drodze? W czyje słowa byście uwierzyli, mając świadomość, że tylko jedna z tych osób mówi prawdę?

Takie wąwozy uwielbiam nie tylko na ilustracjach. Tu Wąwóz Królowej
Jadwigi w Sandomierzu

Tamtej jesieni i zimy 1943 roku Annabelle zrozumiała, że prawda nie jest ani oczywista, ani też zawsze pożądana. Dramatyczne zdarzenia, które rozegrały się na jej oczach, zmusiły ją do opuszczenia bezpiecznej krainy dzieciństwa i zmierzenia się z nową, znacznie doroślejszą rzeczywistością. „Chowanie się na stryszku z książką i jabłkiem” jest tu metaforą niefrasobliwego dzieciństwa, z którego Annabelle rezygnuje świadomie, by poczuć własne sprawstwo i „wywalczyć swoje miejsce w świecie”.
Że jej się to udaje, dowiadujemy się z pięknego prostego gestu jej matki, która pod koniec książki nalewa córce, jak dorosłej osobie, „kawy do małej filiżanki, dodając mnóstwo śmietanki i cukru”.

„Rok, w którym nauczyłam się kłamać” to piękna, mądra i niełatwa emocjonalnie powieść, z wyraziście nakreślonymi bohaterami, do których bardzo się przywiązujemy, z mnóstwem plastycznych opisów przyrody. Napisana (i tłumaczona!) językiem prostym, przejrzystym, a jednocześnie subtelnym i poetyckim. Zapada w pamięć, każe szukać współczytelników do podzielenia się emocjami, do dyskusji. Zostawia w nas coś na długo.

Lauren Wolk, Rok, w którym nauczyłam się kłamać, tłum. Sebastian Musielak, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 10+


piątek, 10 maja 2019

Chłopiec, dziewczynka i mur


Mur jest szary, wysoki, ponury. I nie chce zniknąć, mimo że Adham i Sulafa właśnie o tym marzą najbardziej. Bo za murem jest to, co kochali, ale musieli zostawić – przytulny dom, szkoła, piękny ogród, a przede wszystkim spokojne, dobre rodzinne życie. Jeszcze czuć w ustach smak słodkich pomarańczy rosnących wokół dawnego domu. Gdyby mieć tutaj choć jeden taki owoc, byłoby to trochę jak odzyskanie fragmentu utraconego świata.



Taką myślą dzieli się Sulafa ze swoim bratem, kiedy bawią się na brudnym, pozbawionym  światła podwórku. Adham bardzo kocha młodszą siostrę i dokłada wszelkich starań, by codzienność nie była dla niej tak trudna, mimo niepełnosprawności – dziewczynka porusza się na wózku z powodu choroby nóg. Adham pragnie uszczęśliwić siostrę, podejmuje więc różne próby zdobycia upragnionego owocu. W końcu robi to, co wydaje się niemożliwe. Razem z wiernym psem Kyszem wydostaje się poza mur, żeby przynieść siostrze pomarańczowe słońce.


Wzruszająca, poetycka książka Ulfa Starka I Anny Höglund powstała po wizycie autorów w Palestynie. Choć nie zostało to wprost w książce powiedziane, po ilustracjach możemy domyślić się, że tytułowy mur to kilkunastometrowa, zwieńczona drutem kolczastym bariera bezpieczeństwa między Palestyną a Izraelem, którą zaczęto wznosić w 2002 roku, teoretycznie w celu ochrony ludności izraelskiej. 


Wielu Palestyńczyków zostawiło za murem dotychczasowe życie, do którego nie mają już dostępu. Stracili domy, pracę, przyjaciół, często rodzinę, a także możliwość pobierania nauk, korzystania z dobrej jakości opieki medycznej. Trybunał Sprawiedliwości w Hadze potępił powstawanie muru i określił go mianem muru apertheidu.


Oczywiście mur ma także wymiar symboliczny. Pokazuje naszą tendencję do odgradzania się, separowania, nieufność wobec innych, nieumiejętność współpracy, nietolerancję, ksenofobię. Sami tworzymy te bariery, które nas sztucznie dzielą i które tak trudno później pokonać. A przecież  pragniemy w gruncie rzeczy tego samego: miejsca, które moglibyśmy nazwać domem, bliskich ludzi wokół i odrobiny pomarańczowego słońca w codzienności. Nigdy nie jest za wcześnie, by opowiedzieć o tym dziecku.

Ulf Stark, Anna Höglund, Chłopiec, dziewczynka i mur, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki 2019, wiek: 5+


niedziela, 28 kwietnia 2019

Banda Czarnej Frotté


Minęły czasy, w których cerowaliśmy skarpetki. Dzisiaj po prostu się je wyrzuca i kupuje nowe. Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka trzeciej części skarpetkowej opowieści Justyny Bednarek, Czarna Frotté, dowiaduje się, że w koszu na pranie trzeba zrobić porządek („Tego starocia nie będziemy dłużej przechowywać!”), podejmuje decyzję o ucieczce. Nie ma wyboru, jeśli chce ujść z życiem!



Na szczęście ciągle istnieje dziura pod pralką. Pamiętacie? To tamtędy wydostawały się na wolność wszystkie poprzednie skarpetki, których perypetie można poznać w dwóch poprzednich częściach przygód: „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” i „Nowe przygody skarpetek”.

Czarna Frotté należała kiedyś do małej Be i miała oczywiście swoją parę, Lewą Czarną Frotté. Ta jednak bardzo szybko wyrwała się ku wielkiemu światu i, jak wieść niosła, robiła tam oszałamiającą karierę. Czarna Frotté wyrusza w podróż poszukiwawczą, mając nadzieję na odnalezienie brakującej połówki i wygarnięcie jej prosto w skarpetkowy pyszczek tego, co sądzi o porzucaniu najbliższych.


Zanim jednak do tego dojdzie, wydarzy się bardzo wiele. Jeśli znacie poprzednie książki Justyny Bednarek, z pewnością nie spodziewaliście się zresztą niczego innego. Akcja przyspiesza z każdym rozdziałem, dołączają nowe postaci, a zdarzenia piętrzą się lawinowo, by doprowadzić do spektakularnego finału. Tempo jest tak zawrotne, że ja – przyznam szczerze – traciłam momentami wątek, nie gubił go za to nigdy mój syn, który z pamięci recytował całe fragmenty tekstu. Na czele z ulubionym: „Dla ciebie wszystko, Bożenko!”.

Justyna Bednarek jest bystrą obserwatorką ludzkich charakterów – zręcznie wychwytuje rozmaite ludzkie osobliwości i dziwactwa, i mości dla nich miejsce w skarpetkowej duszy. To dlatego jej bohaterowie są tak ciekawi i niesztampowi, a czytelnik – zarówno mały, jak i dorosły – może łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie.


Dużą rolę w każdej książkach Bednarek odgrywa także humor – sytuacyjny i słowny, jak również wyraźne pozostawanie po „jasnej stronie mocy” głównych bohaterów.
Opowieść wspaniale dopełniają ilustracje Daniela de Latoura. W zasadzie nie da się wyobrazić sobie skarpetek w innym wydaniu, jak tylko tych uroczych glistopodobnych istot z wyłupiastymi oczami. Wystarczy spojrzeć na wyklejkę, na której Czarna Frott
é dryfuje samotnie po wodnych przestworzach, by zapałać sympatią do skarpetostworków.


Na koniec coś, co mnie bardzo ujęło  w „Bandzie Czarnej Frotté”, urocza wisienka na torcie, czyli dzieła poety wybitnego, Kubarata z Bukaresztu, jednego z pobocznych bohaterów opowieści:

Już był w takim miejscu, gdzie zachód i wschód
ogarnąć się da ramionami.
Łagodni olbrzymi tam mają swój gród
i w kręgle grywają gwiazdami.

I spotkał stworzenia dziwniejsze niż w snach:
garuki i ptakoryby.
Gdy oczy zamyka, dopada go strach
że wszystko się dzieje na niby.

No i powiedzcie sami, czyż można nie kochać TAKICH Skarpetek?


Justyna Bednarek, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, il. Daniel de Latour, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 5+