środa, 23 maja 2018

Pozytywka. Tajemnice domu handlowego Sinclairs.


Nastoletnia Sophie Taylor-Cavendish zostaje niespodziewanie osierocona przez ojca. Bez grosza przy duszy, musi z dnia na dzień porzucić dotychczasowe wygodne życie, opuścić rodzinną posiadłość i ukochaną nianię. Jest już za duża, aby zamieszkać w przytułku dla dzieci, a jednocześnie zbyt młoda i niedoświadczona, by zarobić na swoje utrzymanie. Szczęśliwie dla niej, w Londynie otwiera się właśnie wielki dom handlowy Sinclairs…




Sophie udaje się otrzymać posadę sprzedawczyni w dziale kapeluszy. Niestety wyszukane maniery nie zjednują jej przyjaciółek wśród koleżanek z pracy, a wkrótce okazuje się, że los ma dla niej kolejną przykrą niespodziankę. Sophie zostaje zamieszana w poważną sprawę kryminalną i… posądzona o współudział. Czy uda jej się udowodnić swoją niewinność? Czy w nowej rzeczywistości znajdzie jakąś bratnią duszę? Czy niepomyślna karta w końcu się odwróci?


Seria detektywistyczna stworzona przez brytyjską autorkę Katherine Woodfine liczy sobie cztery części (w polskim przekładzie wkrótce ukaże się część druga – „Drogocenna ćma”). Znamiennie osadzone w epoce edwardiańskiej, ukazują główną bohaterkę jako silną, feminizującą postać kobiecą, która nie waha się wkroczyć w nurt przemian społecznych, by uzyskać niezależność i pełnię praw.

Sophie Taylor jest trochę jak Sara Crewe, bohaterka „Małej księżniczki” F. H. Burnett – Woodfine nie ukrywa zresztą swej fascynacji klasyką brytyjskiej literatury dziecięcej. Sophie, tak jak Sara, straciła ukochanego ojca – wojskowego przebywającego w egzotycznym kraju – a pozbawiona majątku, musiała drastycznie obniżyć życiowy status. Jest też tak samo dumna, inteligentna i silna, a jednocześnie subtelna, dystyngowana i wrażliwa na ludzką krzywdę. Identycznie jak Sara, która wręczyła bułeczkę małej żebraczce, choć sama była straszliwie głodna, także i Sophie podarowała szylinga bezdomnemu chłopcu, rezygnując z bułeczki na kolację.


Jednak Sophie wychodzi poza schemat Kopciuszka. Nie czeka aż zadziała magia, aż wydarzy się coś, co odmieni los. Od początku bierze sprawy w swoje ręce, nie licząc na to, że przyjazny laskar wślizgnie się przez okno i zaczaruje szarą rzeczywistość. Sophie myśli, działa, próbuje zmienić swój los i nie poddaje się nawet wtedy, gdy jest w poważnych tarapatach. Ta aktywność i determinacja przynoszą efekty. Te cechy bohaterki pozwalają młodym czytelniczkom utożsamiać się z nią i traktować ją jako wzór do naśladowania.

To właśnie postać Sophie, a także jej koleżanki Lilian – artystki rewiowej o błyskotliwym umyśle i wielkiej odwadze przykuły najmocniej moją uwagę podczas lektury. Ale przecież jest tu też afera, zbrodnia i zagadka kryminalna, którą za wszelką cenę próbują rozwiązać młodzi bohaterowie, i podejrzewam, że dla wielu czytelników  to nie wewnętrzne zmagania jednostki, lecz wartki przebieg zdarzeń będą największy atutem książki. Tym bardziej, że to, co wydawało się z początku pospolitą kradzieżą drogocennej kolekcji właściciela Sinclairs, okazuje się znacznie bardziej złożonym planem, wykraczającym daleko poza siatkę gangów czających się w slumsach Drury Lane, sięgającym nawet ku międzynarodowym powiązaniom.


Warto też zwrócić uwagę na ciekawie nakreślony obraz Londynu u progu nowego wieku. Miasta, w którym brud i smród mrocznych zaułków biedoty miesza się z elegancją i szykiem bogatych dzielnic, w których królują pierwsze samochody i nowo otwarte, jaśniejące przepychem witryny ekskluzywnych domów towarowych. Takich jak fikcyjny Sinclairs, dla którego wzorem był m.in. otworzony  w 1909 roku dom towarowy Selfridges. Jego właściciel, Amerykanin Harry Gordon Selfridge, uważał, że zakupy mogą być nie tyle obowiązkiem, co przyjemnym sposobem spędzania czasu, a nawet zabawą. Zdecydował m.in. o tym, że produkty dostępne w sklepie powinny być rozłożone w taki sposób, by klient miał do nich dostęp i mógł swobodnie się im przyjrzeć. Dbał także o to, by dom towarowy stał się miejscem spotkań towarzyskich i przestrzenią wystawienniczą. Wszystkie te cechy do dziś obecne są w znanych nam dobrze galeriach handlowych. Kto miałby chęć dowiedzieć się więcej o fascynującej historii domów towarowych, może zajrzeć na blog autorki.

Klienci domów towarowych w czasach edwardiańskich. Źródło: blog autorki

Lektura „Pozytywki” daje wiele przyjemności zarówno młodemu, jak i starszemu czytelnikowi. Powieść napisana jest lekkim, ale nie uproszczonym językiem (co zdarza się niestety dość często w książkach dla młodzieży). Liczba opisów i dialogów jest tu wyważona, dzięki czemu mamy do czynienia zarówno z ciekawym historycznym tłem zdarzeń, jak i żywymi, zgrabnie prowadzonymi dialogami bohaterów. Oni sami także wypadają przekonująco: nieco roztrzepany, bujający w obłokach młodszy portier Billy, sprytny, czujny Joe – były członek gangu z East Endu, złośliwa i wredna Edith (wypisz wymaluj Lawinia!), surowy, apodyktyczny, ale w gruncie rzeczy troskliwy wuj Sid i inni. Część z nich powróci w następnym tomie, by rozwiązać zagadkę kolejnej kradzieży.   

Katherine Woodfine, „Pozytywka. Tajemnice domu handlowego Sinclairs”, il. Maciej Szymanowicz, tłum. Jolanta Dobrowolska, wyd. Dwukropek 2018.
Wiek: 9+


poniedziałek, 21 maja 2018

Warszawskie Targi Książki 2018 - fotorelacja



Na tegoroczne Warszawskie Targi Książki wybrałam się razem z moją Zuzą, która po raz pierwszy otrzymała na to wydarzenie własną akredytację (prowadzi blog o książkach dla młodzieży: Zu czyta). Występowałyśmy więc nie tylko jako mama i córka, ale też jako dwie baaardzo blisko spokrewnione blogerki książkowe :)


 Na zdjęciu powyżej Agnieszka Żelewska, twórczyni Czarownicy Irenki :)

Spędziłyśmy na targach dwa dni: czwartek i piątek. Wybrałyśmy dni robocze, bo choć nie obfitują one w spotkania autorskie,  można cieszyć się spokojem, swobodą przemieszczania się i dłuższymi rozmowami z wydawcami.


Stoisko Polskiej Sekcji IBBY (Zu z Dorotą Lipińską i Beatą Kowalską)

Te rozmowy na stoiskach są okazją, aby często po raz pierwszy zobaczyć twarz człowieka, z którym wymieniło się kilkadziesiąt e-maili (wydawcy, redaktorzy, a nade wszystko pracownicy działów promocji). Lubię ten moment konfrontacji i towarzyszący mu dreszczyk emocji: gdy wyobrażenie danej osoby znika, zastąpione rzeczywistym wizerunkiem.
Miło jest także spotkać znajomych z branży, których widuje się co najwyżej dwa – trzy razy w roku. Wreszcie można porozmawiać o książkach z sobie podobnymi zapaleńcami i wymienić się najświeższymi inspiracjami i odkryciami.

Autorzy książki "Etnogadki" - Monika Michaluk i Witold Przewoźny
Z Idą Pierelotkin m.in. wspominałyśmy fascynującą lekturę  jej książki "Co ma piernik do wiatraka?"

W tym roku, korzystając z zaproszenia wydawnictwa Poławiacze Pereł, miałam przyjemność wziąć udział w dyskusji na ciekawy i zdecydowanie aktualny temat: „Ilustracja w książkach dla młodzieży: konieczność czy ekscentryzm?”. Rozmówcami byli: Anna Czernow -  prezeska Polskiej Sekcji IBBY, Dominika Żukowska, wydawczyni, Teresa Monika Rudzka, pisarka, Sebastian Frąckiewicz – dziennikarz, pisarz, i ja (zdjęcie z dyskusji poniżej).


Temat okazał się niełatwy, bo na starcie rozbija się o wielkie emocje: młodzież jak ognia unika takich rozwiązań graficznych, które zbliżałyby czytane przez nią książki do literatury dziecięcej. Nie do zaakceptowania są więc np. pełnostronicowe barwne ilustracje, czy też przedstawienia zbyt dosłowne, burzące własne wyobrażenia o bohaterach i miejscach przedstawionych w książce. Znacznie większe szanse i siłę przebicia ma ilustracja niefiguratywna, nawiązująca do stylistyki komiksowej. Zgodę na taki rodzaj grafiki w książkach młodzieżowych ułatwia rosnąca popularność powieści graficznych dla dorosłych, którzy, wyrażając zainteresowanie tym gatunkiem, „oddziecinniają” książki zawierające ilustracje.
Jest to niewątpliwie czas zmian w tym obszarze i wydawcy powinni trzymać rękę na pulsie!


Na zdjęciach powyżej wystawa ilustracji Quentina Grebana do książki "Mama", wyd. Media Rodzina.

Podczas targów odbywa się zawsze wiele ciekawych wykładów, dyskusji, spotkań wokół książki. Jednym z nich była prelekcja Anny Czernow pod tytułem, który powinien nam zapaść  głęboko w pamięć: „Czytajmy książki dla dzieci!”. Tak, dobrze rozumiecie. Czytajmy je także sami dla siebie te. Żeby wiedzieć, co czytają nasze dzieci i nastolatki, żeby zrozumieć ich potrzeby, marzenia, ich problemy i troski – żeby mieć o czym rozmawiać i po prostu lepiej znać młodego człowieka mieszkającego z nami pod dachem.

Z Katarzyną Drogą
Z Cezarym Har

Targi to oczywiście także spotkania z autorkami i autorami. Najbardziej lubię te odbyte już „po przeczytanej książce” – kiedy to mogę zadać konkretne pytanie, otrzymać odpowiedź na jakieś szczegółowe, nurtujące mnie pytanie, odnieść się do jakiegoś fragmentu i podzielić się swoim entuzjazmem.  Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, kogo spotkałam na tegorocznych WTK. Bardzo miłym momentem, wzruszającym nawet, była dla mnie rozmowa z Katarzyną Drogą, pisarką, wydawczynią, która w latach 90. Stworzyła wyjątkowe polskie pismo dla młodzieży „Cogito”.

Rozmowę zaczęłam od może nieco niezgrabnego: „Przepraszam, czy pani jest TĄ Katarzyną Drogą od Cogito?”. Uściskałyśmy się jak znajome, które zobaczyły się po latach, a pani Katarzyna nazwała mnie swoją uczennicą. Po prawdzie tak właśnie jest – wiele się z lektury „Cogito” nauczyłam. Tymczasem moja teściowa dostanie na Dzień Matki książkę pani Drogi „Kobieta, którą pokochał marszałek”.

Adamada dumnie prezentowała wydaną przez siebie Książkę Roku 2017 PS IBBY

Dla Zuzy najbardziej emocjonującym spotkaniem targowym była bez wątpienia rozmowa z Marysią Krasowską, autorką książki „Banda niematerialnych szaleńców” (obie zrecenzujemy ją już niedługo).Marysia prowadzi kilka kanałów na Youtube i jest niekwestionowaną idolką Zuzy. Moja dwunastolatka była niebywale przejęta i wzruszona tym przejściem internetowej rzeczywistości w „real”, gdzie ktoś, kogo podziwiamy i uwielbiamy nagle staje obok i pozuje do wspólnego zdjęcia. Co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak bardzo warto zabierać dzieci (te młodsze i te starsze) na spotkania z ulubionymi twórcami (o czym mogliście przeczytać na blogu tutaj).

Zuzia z Marcinem Szczygielskim
Zuzia z Marią Krasowską

Odnosząc się do pytania zadanego mi na Instagramie, wspomnę jeszcze o cenach książek: większość wydawców oferuje na targach spore zniżki (nawet do 50%), choć pewnie nie wszyscy są w stanie przebić ceny księgarni internetowych. Warto jednak czasem kupić książkę bezpośrednio od wydawcy, omijając cały dystrybucyjny wyścig szczurów. Zazwyczaj można wówczas liczyć też na jakieś oryginalne gadżety książkowe dorzucone do zakupu (przypinka, zakładka, ołówek, torba, kalendarz, plakat), który umili nam lekturę i będzie fajną pamiątką. 

Nasz potargowy stosik!

Jeśli chcecie rozejrzeć się wśród oferty wydawniczej, poszperać w książkach, przekartkować nowości, polecam odwiedzać targi (obojętnie warszawskie czy krakowskie) w dni powszednie. Macie wówczas spore szanse na swobodne przechadzanie się wśród stoisk, a nawet znalezienie przyjemnego kącika na lekturę i zaszycie się tam z kubkiem kawy. Na WTK było kilka takich przyjemnych miejsc, a dobrą darmową kawę serwował merlin.pl


I jeszcze taki obrazek: w piątek około 12.00 usłyszałam nagle zgiełk dochodzący z trybun, a potem... głośne bicie w bębny. Zaciekawiona, poszłam sprawdzić, co to za hałasy, patrzę, a tam jakieś wielkie show. Był to Michał Zawadka, który w hipnotyzującym rytmie tamtamów wykrzykiwał do młodzieży swoje mowy motywacyjne, rzucając w kierunku wyciągniętych rąk egzemplarze swojej książki "Chcę być kimś". Fascynujący spektakl. Może właśnie tak należy promować książki? ;-)  


Na stoisku Wydawnictwa Jedność można było pograć w szachy



Przy stoisku  Mamanii stanęła buda dla Spota!


Targowa przestrzeń merlin.pl

Stoisko niemieckie

niedziela, 13 maja 2018

Wiosna Toli, Lato Toli


Uwielbiam książki o porach roku – te, które traktują o nich bezpośrednio, opisując wprost zmiany zachodzące w przyrodzie, jak i te, które wplatają sezonowość w opowiadaną historię. To chyba pozostałości z dziecięcej lektury „Razem ze słonkiem” Marii Kownackiej. Jak ja uwielbiałam tę serię! Czytywaliście?



Książki Anny Włodarkiewicz – „Wiosna Toli” i „Lato Toli" – też troszkę przenoszą nas w przeszłość, a to za sprawą ilustracji Oli Krzanowskiej. Niektóre przywołują na myśl obrazki ze starego elementarza, choć tylko w pewnym stopniu – na tyle, by dorośli poczuli sentymentalną nutę, a dzieci uznały jednak za odwzorowanie codzienności. Zabawa światłem i cieniem przypomina z kolei prace Emilii Dziubak, co z pewnością ucieszy wielbicieli tego stylu.  


Każdy z dwóch tomików serii zawiera cztery opowiadania. Ich bohaterami jest czteroletnia Tola, jej rodzice i dalsza rodzina. To opowieści o codziennym życiu i zwyczajnych, ale ważnych dla dziecka sprawach, o relacjach z najbliższymi, z kolegami, sąsiadami. Tola chodzi do przedszkola, jeździ z tatą na wycieczki rowerowe, odwiedza dziadków, wujka i ciocię, która spodziewa się dziecka. Jest uważną obserwatorką przyrody, dbającą o rośliny i zwierzęta. Lubi bawić się w ogrodzie, w lesie, na plaży.


Jak na osóbkę, która dopiero co skończyła cztery lata (jedno z opowiadań nosi tytuł „Urodziny”) jest nadzwyczaj bystra i samodzielna. Rodzice pozwalają jej nawet wraz z o rok starszym pięcioletnim kolegą szukać zgubionego psa w lesie i wśród straganów nadmorskiej promenady, podczas gdy sami całują się na ręczniku – co akurat, szczerze mówiąc, wydało się mi się trochę nieodpowiedzialne. A może przemawia przeze mnie przewrażliwiona matka? Jak Wy myślicie?


Opowiadanie za opowiadaniem zmieniają się pory roku. W marcu jeszcze pada śnieg, co psuje humor Toli, spragnionej zabaw na dworze. W końcu jednak nadchodzi wiosna i dziewczynka pomaga babci obsadzić sadzonkami grządki. U progu lata obserwuje wraz z rodzicami potężne wyładowania atmosferyczne podczas burzy, wybiera się z mamą na poszukiwanie leśnych skarbów, jedzie na wakacje nad morze.


Natura jest ważna, ale ważni są też ludzie. Tola troszczy się o innych, pomaga członkom rodziny, przyjaciołom, a także osobom znanym tylko z widzenia, jak np. właścicielka warzywniaka. Rodzice uczą jej otwartości, wrażliwości, empatii, a także zdrowego sposobu odżywiania – co widać choćby na przykładzie urodzinowego tortu Toli: „to specjalne czekoladowe ciasto, które jest trochę czarodziejskie, bo nie ma w sobie w ogóle mąki, tylko czerwoną fasolę, a zamiast cukru – banany”.


Jeśli w tym miejscu odnosicie wrażenie, że czuć tu dydaktyczny smrodek, to od razu rozwieję Wasze obawy. Jakimś cudem autorce udało się zawrzeć w książce wszystkie te treści, a jednocześnie uniknąć moralizowania.

Bardzo podoba mi się czułość, z jaką traktują się wzajemnie członkowie rodziny, i to nie tylko ci najbliżsi, lecz także dalsi – ciocia, wujek, kuzynostwo. Tola aktywnie uczestniczy w ich życiu  – sama jest jedynaczką, ale jedna ciocia ma bliźnięta, druga spodziewa się dziecka i dziewczynka z zainteresowaniem obserwuje ciążę, karmienie piersią, opiekę nad maluchami. Dużo tu ciepła, serdeczności, szczerego zaciekawienia drugim człowiekiem i chęci wspólnego przeżywania radości i smutków. Budowania takiej wrażliwości na drugiego bardzo nam dzisiaj trzeba. Dobrze mieć więc pod ręką książkowe wsparcie.


Anna Włodarkiewicz, „Wiosna Toli”, „Lato Toli”, il. Ola Krzanowska, wyd. Zielona Sowa 2018.
Wiek: 4–6 lat



sobota, 12 maja 2018

Przedpremierowo: Nieodgadniony


Kiedyś, gdy w rozmowie wspomniałam liceum, do którego chodziłam, usłyszałam: „Ach, do tego, które wygląda jak Hogwart?” Pomyślałam, że to całkiem trafne porównanie, choć sama mojego ogólniaka nigdy tak nie postrzegałam. Trudno się jednak dziwić – ukończyłam go dokładnie w roku premiery „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”.



Szkoła średnia jest popularną sceną zdarzeń rozlicznych powieści młodzieżowych, zarówno obyczajowych, jak i fantastycznych. W Wikipedii znaleźć można całą kategorię „Novels set in schools”. Rola szkoły jest dla nastolatka szczególna – to przecież nie tylko miejsce nauki, lecz także scena dla miłosnych komedii i tragedii oraz laboratorium interakcji społecznych, w którym testuje się swoje lęki, słabe i mocne strony.

Akademia Ellinghama wykreowana przez Maureen Johnson jest wyrazistym centrum zdarzeń opisanych w książce. Umiejscowiona na górzystych terenach stanu Vermont od samych swych początków w roku 1936 przyjmowała tylko najwybitniejszych uczniów: młodzież z pasjami, talentami, niecodziennymi poglądami na świat. Uchodziła za „nowego typu szkołę, w której osoby wyjątkowe (…) mogą uczyć się we własnym tempie, własnymi metodami i tak jak im odpowiada". Szkoła oferowała dwa lata nauki – trzeci i czwarty rok liceum – realizowanej w indywidualnym programie dostosowanym do ucznia, pod okiem wybitnych nauczycieli. Nauki, co warte podkreślenia, całkowicie bezpłatnej. Albert Ellingham był jednym z najbogatszych obywateli Stanów Zjednoczonych, filantropem, którego dzieło trwało i słynęło w całym kraju, mimo że sam pomysłodawca od dawna nie żył.

Trzeba jednak rzetelnie powiedzieć, że do rozgłosu wokół szkoły przyczyniły się nie tylko jej wysoki poziom czy niesztampowa organizacja. Akademia Ellinghama już w swych początkach zyskała mroczną sławę za sprawą dwóch tajemniczych morderstw i zaginięcia. W kwietniu 1936 roku żona oraz córka właściciela szkoły wyjechały na przejażdżkę. Dziecko nie odnalazło się nigdy, matka została wyłowiona z jeziora jakiś czas później. Tego samego dnia życie straciła także jedna z najzdolniejszych uczennic Akademii – jej zwłoki znaleziono w tunelu łączącym budynek szkoły z domkiem położonym na wysepce usypanej na środku sztucznego jeziora.
Jedynym śladem po sprawcy był list, ułożony z liter wyciętych z gazet. List-zagadka, łamigłówka, gra logiczna, której przez lata nikomu niestety nie udało się rozwiązać. Jej autor, określający się mianem Nieodgadnionego, wciąż takim pozostawał.


To właśnie ta sprawa i jej konsekwencje przyciągnęły do Akademii Ellinghama młodą wielbicielkę zagadek kryminalnych Stevie Bell. Nieco aspołeczna, wiecznie pogrążona w rozmyślaniach dziewczyna, której największym marzeniem było stanąć nad zwłokami, uczestniczyć bezpośrednio i od samego początku w dochodzeniu, nie sądziła, że jej zgłoszenie zostanie w akademii zaakceptowane. A jednak tak się stało.

„Choć kochamy cię całym sercem, nasze ty dziwadełko, nie mamy bladego pojęcia, dlaczego cię przyjmują do tej szkoły” – podsumowali tę decyzję rodzice. Stevie nigdy nie miała z nimi wspólnego języka. Czuła, że ich rozczarowuje, że woleliby, by była zwyczajną, roztrzepaną, głośną nastolatką, która umawia się na piżamowe imprezy i kocha zakupy w galeriach handlowych. Tymczasem mieli córkę, która większość czasu spędzała w słuchawkach na uszach, wpatrzona w monitor laptopa, właściwie nie miała „analogowych” przyjaciół,  interesowała się morderstwami i cierpiała na regularne napady ataków lękowych.

Jak można się domyślić, nauka w Akademii Ellinghama była dla Stevie szansą na życiową zmianę. Wśród sobie podobnych rówieśników, równie zakręconych, dziwnych, interesujących się nietypowymi rzeczami, miała szansę poczuć się normalnie i swobodnie. Jak u siebie. Tym właśnie miała stać się dla niej Akademia Ellinghama. Drugim domem.


Jednak Stevie, wyczulona na punkcie ludzi, bystra obserwatorka o analitycznym umyśle, już na początku stwierdziła, że coś jest nie tak. W Akademii panowała dziwna atmosfera, w powietrzu czuło się unoszącą tajemnicę, a relacje między mieszkającymi tu uczniami wydawały się napięte i dziwne.
Chyba nikt nie przypuszczał, że sprawy mogą zajść tak daleko, a Akademia Ellinghama znowu trafi na czołówki gazet, i to bynajmniej nie z powodu wybitnych efektów nauczania.

Szczerze powiem, że nie znałam wcześniejszych książek Maureen Johnson, mimo że w Polsce ukazało się ich już kilka (m.in. młodzieżówka „13 małych błękitnych kopert”), nie miałam więc żadnych oczekiwań wobec tej powieści. Po prostu zasiadłam i zaczęłam czytać. I niemal od razu wiedziałam, że będzie to jedna z tych książek, które chce się przeczytać od razu do końca, żeby wiedzieć co, jak, dlaczego, poznać rozwiązanie, zrozumieć. Ale nie ma lekko. „Nieodgadniony” to dopiero pierwsza część trylogii – druga, zatytułowana „Vanishing Stair” ma się ukazać w USA 22 stycznia 2019 roku. Trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość!

Co sprawia, że książkę czyta się tak dobrze?

Po pierwsze: bieg zdarzeń. Autorka zastosowała zabieg jednoczesnego prowadzenia akcji współcześnie i w przeszłości. Czytelnik śledzi więc bieżące zdarzenia, a jednocześnie cofa się do lat 30. XX w., co pozwala mu „osobiście” poznać sprawę. Dokonuje się to nie tylko poprzez narrację, lecz także w lekturze raportów z przesłuchań ówczesnych mieszkańców Akademii Ellinghama.

Po drugie: bohaterowie. Są psychologicznie autentyczni, żywi i… bardzo dzisiejsi. Książka w swej oryginalnej wersji została wydana w 2018 roku, zawiera się więc w niej aktualny obraz współczesnych nastolatków, z całym ich upodobaniem do technologii i mediów społecznościowych. Są więc tutaj gwiazdy YouTube’a i seriali online, powieści w odcinkach publikowanych w sieci i prowadzonych na Pintereście serwisów – młodzi ludzie nierozstający się ze swoimi telefonami i słuchawkami. Jestem pewna, że nastoletni czytelnicy z łatwością się z nimi utożsamią, tym bardziej, że bohaterowie pierwszoplanowi: Stevie, Janelle, Nate, Dawid to barwne postaci, reprezentujące różnorodne typy osobowości (bardzo uproszczając: wrażliwa lesbijka o technicznym umyśle, zakompleksiony, nieśmiały humanista, gogusiowaty, ironizujący, pewny siebie przystojniak itd. itp.).

Po trzecie: język. Wartkie, dobrze poprowadzone dialogi, odpowiednio wyważona porcja kolokwializmów i młodzieżowego żargonu, humor sytuacyjny, a do tego krótkie, ale malownicze opisy vermonckiej jesieni – zwróciłam na nie uwagę, bo miałam przyjemność być kiedyś w Vermont jesienią. Ta pora roku wygląda tam właśnie tak wyjątkowo, jak to opisano w powieści: „szeleściło głośniej, drzewa szumiały bardziej dramatycznie i znacznie mocniej wiało”. Urok tych opisów jest z pewnością także dziełem tłumacza Pawła Łopatki, który zadbał o ujmujący liryczny akcent tych fragmentów. Jednocześnie nie zapomniał o kwestiach praktycznych, mianowicie o przypisach, których, muszę przyznać, bardzo mi we współczesnej literaturze młodzieżowej brakuje (rozumiem, że dzisiaj wszystkie informacje można sobie wyguglać, ale mimo wszystko…).

„Nieodgadniony” to zręcznie napisany dreszczowiec, który wciągnie bez reszty zarówno nastolatka, jak i dorosłego i nawet po odłożeniu na półkę nie pozwoli ucichnąć myślom, wciąż uparcie podążającym niewyraźnym śladem mrocznej tajemnicy.

Spójrz, zagadka, czas się bawić,
Użyć sznura, spluwę sprawić?
Ostre noże lśnią tak cudnie.
Trutka wolna, działa trudniej.

Jezioro Champlain. Fot. własna
Maureen Johnson, „Nieodgadniony”, tłum. Paweł Łopatka, wyd. Poradnia K, Warszawa 2018.
Wiek: 12+
Premiera książki: 23 maja 2018

poniedziałek, 7 maja 2018

Książkowe polecanki na Dzień Dziecka (1)

CZYTAJ, OGLĄDAJ, DZIAŁAJ!
Książki o budowaniu, architekturze i pojazdach


1. Charise Mericle Harper, JEDŹ! JEDŹ! STÓJ!,  wyd. Babaryba, Warszawa 2018. Wiek: 2+


Zmieniające się barwy sygnalizacji świetlnej niezmiennie przyciągają uwagę dzieci. Co oznacza zielone światło, a co czerwone? – zasad ruchu drogowego obowiązkowo uczą się wszystkie przedszkolaki. To bardzo ważne, by wiedzieć, kiedy iść lub jechać, a kiedy się zatrzymać! Charise Mericle Harper stworzyła na ten temat zabawną i ważną edukacyjnie książeczkę, której bohaterami są Mały Zielony i Mały Czerwony, czyli dwa krągłe światła sygnalizatora.


Jako pierwszego poznajemy Małego Zielonego, który kieruje ruchem maszyn budowlanych pracujących przy budowie mostu. Zielony daje wszystkim znak do działania, i rzeczywiście, maszyny pracują jak w ukropie: „holownik holował, dźwig podnosił, betoniarka mieszała, buldożer spychał…”. Są wytrwałe i niestrudzone i posłusznie wypełniają polecenie Zielonego: „Jedź! Jedź! Jedź!” (w wersji oryginalnej „Go! Go! Go! – trochę bardziej adekwatnie, bo z myślą nie tylko o przemieszczaniu się, ale też o działaniu). W którymś jednak momencie tempo staje się męczące, a maszyny wzajemnie sobie przeszkadzają. Na  szczęście właśnie wtedy na placu budowy pojawia się Mały Czerwony z komendą: „Stój!”. Jego współdziałanie z Małym Czerwonym okazuje się zbawienne dla postępu prac. A potem przybywa jeszcze ktoś, kto ma do przekazania równie istotny komunikat: „Zwolnij!”.



Ta historia to przypomnienie zasad ruchu drogowego na wesoło, a także gratka dla małych wielbicieli maszyn budowlanych. Proste kolorowe ilustracje, zabawne buźki pojazdów oraz krótki tekst sprawiają, że książeczka sprawdzi się jako prezent dla malucha. Starsze dziecko dowie się ponadto, jak ważne jest w dążeniu do celu odpowiednie współdziałanie, planowanie, rozkład i tempo pracy.



2. Britta Teckentrup, „24 GODZINY. COŚ SIĘ DZIEJE NA BUDOWIE!”, tłum. Joanna Maciuk, wyd. Prószyński i S-ka 2018. Wiek: 1+


Lubię kreskę Britty Teckentrup. Zachwyciła mnie książką „Tree”, w której obserwujemy zmieniające się pory roku na przykładzie tego samego drzewa, które przechodzi nieustanną przemianę wraz ze zmianą ubarwienia swoich liści.


W wielkoformatowej wyszukiwance „24 godziny. Coś się dzieje na budowie!” mały czytelnik też ma pole do obserwacji, tym razem jednak skupia się na industrialnym pejzażu dzielnicy mieszkaniowej. W Grodzisku właśnie powstaje przedszkole i nowy budynek. Zamieszka w nim rodzina Zająców. Już wkrótce zacznie się świętowanie – przed domem staje długi stół, za którym zasiądzie m.in. główny architekt Bernard Budowniczy, inwestor budowlany Zofia Zaradna, dyrektorka banku Donata Dewiza oraz oczywiście pierwsi lokatorzy. Bohaterów książki – a jest ich wielu – przedstawiono na tylnej okładce. Przyjrzawszy się im uważnie, dziecko może próbować odnaleźć ich na poszczególnych rozkładówkach. 


Dodatkowo pojawiają się tam konkretne pytania-zadania np.:  „Czy wszyscy już pracują?”, „Kto ma przerwę obiadową?”, „W jaki sposób zostanie podniesiona ciężarówka?”, „W jaki sposób nakładany jest tynk na ściany?”, „Ile kontenerów jest na placu budowy?”, które wymagają od dziecka spostrzegawczości, umiejętności wnioskowania, liczenia, dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych. Stworzone przez Teckentrup postaci to antropomorficzne zwierzęta, przejawiające indywidualne cechy i zachowujące się w określony sposób. Są wśród nich pracusie i obiboki, jest też prawdziwy czarny charakter!


Książka ma solidne kartonowe kartki o zaokrąglonych rogach, ilustracje o przyjemnych, nasyconych ale nie przejaskrawionych kolorach i w zasadzie pozbawiona jest tekstu (poza pytaniami pomocniczymi). Z pewnością okaże się dobrym prezentem zarówno dla rocznego brzdąca, jak i ciekawskiego przedszkolaka. Dla tego ostatniego luźno zarysowana historia rodziny Zająców będzie zachętą do tworzenia własnych wersji opowieści.


3. Joanna Rzezak, KAZIK MIESZKA W MIEŚCIE, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2018. Wiek: 5+


Miasto. Jak ono funkcjonuje? Jak współdziałają jego poszczególne elementy? Kiedy chce się zostać architektem tak jak Kazik, trzeba wiedzieć takie rzeczy.  Chłopiec przemierza miasto, obserwuje i się uczy. A wraz z nim czytelnicy – i to nie tylko ci dziecięcy! Mnogość ciekawych informacji zawartych w książce sprawia, że korzystanie z niej jest frajdą także dla dorosłego. Szczególnie że jest to książka aktywnościowa, w której do wykonania mamy wiele różnych zadań. Stopień ich trudności jest tak dobrany, że dobrze się przy nich bawią zarówno przedszkolaki, jak i nastolatki (oraz ich rodzice).  


Na początku poznajemy bohaterów książki – tytułowego Kazika, jego rodziców, kolegów oraz zwierzaki. Potem czas na pobudkę! Wstajemy w zimowy śnieżny poranek i wyruszamy razem z Kazikiem do szkoły. Tyle tylko, że w ogóle do niej nie dotrzemy! Zamiast tego podążymy w głąb miejskiej przygody, z mnóstwem zadań do wykonania. Prawie od razu auto taty utknie w korku – naszą rolą będzie znalezienie jak najkrótszej alternatywnej trasy. Przy okazji dowiemy się, że najszybszym środkiem transportu jest metro, rozważymy też różne opcje transportu publicznego i zagramy w grę-spacer z przeszkodami.


Mijając rzekę, zdobędziemy informacje o wodzie – jej oczyszczaniu i drodze, jaką przebywa, zanim popłynie z kranu. W dzielnicy wysokościowców spróbujemy zrobić to, czym zajmuje się na co dzień tata Kazika – narysujemy nowy wieżowiec w miejscu wyznaczonym przez urbanistów. A gdyby tak zainspirować się kaktusem? Ołówkiem, butelką? Spróbujemy także zaprojektować park, obserwując skąd pada słońce i wybierając najlepszy plac do ulokowania parku.


Gdy dotrzemy na Stare Miasto, będziemy mieli okazji ozdobić fasadę kamienicy. Zaprojektujemy także neony i rozświetlimy ulice po zapadnięciu zmroku. Zajrzymy pod ziemię, tam gdzie wiją się rury gazowe i wodociągowe oraz kable – telefoniczne i elektryczne, które mamy odpowiednio pokolorować. Na kolejnych stronach dowiadujemy się czegoś nowego. Odkrywamy najwyższe budynki świata i najwspanialsze mosty, dowiadujemy się, jakie funkcje pełnią budynki użyteczności publicznej, takie jak dworzec kolejowy, ratusz czy filharmonia. 
Pod koniec książki jest też miejsce na najbardziej fantastyczne projekty miast przyszłości.


Jestem pełna uznania dla Joanny Rzezak za interaktywną koncepcję tej tematycznej aktywnościowej książki, która łączy w ciekawym, niekonwencjonalnym działaniu młodszych i starszych odbiorców.