wtorek, 26 stycznia 2021

Plebiscyt blogerów książkowych LOKOMOTYWA

Świetnie jest robić coś z ludźmi, którzy lubią to samo co my. Dlatego plebiscyt LOKOMOTYWA sprawia tyle frajdy! Spotykają się w nim co roku blogerzy piszący o książkach dla dzieci i młodzieży i gadają, gadają, gadają, przeglądając książki wydane w minionym roku i w końcu nominują te według nich najlepsze, najmądrzejsze, najpiękniejsze. A potem wkraczacie Wy, czytelnicy i swoimi wyborami stawiacie kropkę nad plebiscytowym i J

                                       Autorem logotypu Lokomotywy jest Tomasz Samojlik


LOKOMOTYWA ruszyła po raz trzeci. Nominowaliśmy 60 książek w 6 kategoriach (TEKST, FAKT, OBRAZ,  KOMIKS, PRZEKŁAD i OD A DO Z), po 10 tytułów w każdej. Teraz Wasz ruch – głosowanie na najlepsze tytuły spośród nominowanych. Głosować możecie TUTAJ do 31 stycznia włącznie.








A kto tworzy LOKOMOTYWĘ? 














Zapraszam! Wsiadajcie do LOKOMOTYWY!

piątek, 8 stycznia 2021

Zielone piórko Zbigniewa. Skarpetki kontratakują!

 

Skarpetki  idą z nami przez życie – tak, tak, to sama prawda. Mam na myśli oczywiście otulistópki z serii książek Justyny Bednarek. Właśnie ukazała się czwarta część cyklu (piąta, jeśli uwzględnić książkę aktywnościową), którą niedawno skończyliśmy czytać z moim prawie-dziewięciolatkiem. Pierwszy tom pochłonęłam sześć lat temu z córką, wówczas dziewięciolatką…


Za każdym razem, gdy szukam swojej lub czyjejś brakującej skarpetki, myślę sobie, jaki fantastyczny miała pomysł Justyna Bednarek, by opowiedzieć historie takich właśnie skarpetek-uciekinierek. No bo pomyślcie sami, przecież one nie mogą tak po prostu wyparowywać z szuflad i koszy na bieliznę! Z pewnością celowo uciekają! W domu książkowej Małej Be robią to przez dziurę pod pralką, u mnie musiały znaleźć jakiś inny sposób, ale że znikają, to fakt.


Skarpetki w opowieściach Justyny Bednarek mają też nie byle jakie osobowości. Są sprytne i przebojowe albo nieśmiałe i marzycielskie, pragną wielkich, niebezpiecznych podróży lub przeciwnie – cichego, spokojnego kącika za łóżkiem. A niektóre, zupełnie jak ludzie, łączą w sobie wszystkie te cechy. Weźmy na przykład takiego Pinkertona – zieloną skarpetkę , którą czytelnicy mogli poznać już w poprzednim tomie serii. Z jednej strony marzy o tym, by mu było zawsze „leniwie i błogo”, bo w końcu „leżenie i przyglądanie się, jak słońce wschodzi i zachodzi, to jedno z najmilszych zajęć na tej planecie”, ale z drugiej strony… gdy tylko nadarza się sposobność (a właśnie się nadarza!) natychmiast odzywa się w nim żyłka detektywa i Pinkerton zaczyna badać miejsce przestępstwa! Po prostu nie potrafi się powstrzymać.


Jest więc „Zielone piórko Zbigniewa” opowieścią o złodzieju (tym prawdziwym i tym absolutnie niesłusznie osadzonym w areszcie), a przede wszystkim o śledztwie, zagmatwanym i trudnym, ale ostatecznie (po niezliczonych zwrotach akcji) pomyślnie rozwiązanym. Bierze w nich udział wiele wyjątkowych skarpetek, że wspomnę tylko Gniotkę, Gienka i pończochę po przejściach. Każda z nich ma do opowiedzenia własną historię (które są opowieścią w opowieści, w zasadzie osobnymi intrygującymi historyjkami). Nie będę zdradzać szczegółów, zapytam tylko: zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z wszystkimi negatywnymi emocjami, które przekazaliście ściskanej w dłoni wypełnionej piaskiem skarpetce-gniotce? A pomyśleliście, jaki los może spotkać podkolanówkę, która wpadnie na pomysł, by udawać klubowy szalik (i wskoczyć na boisko piłkarskie)? A czy przyszłoby Wam do głowy, że cienka jedwabna pończoszka może być duchem w seansie spirytystycznym? Który, nawiasem mówiąc, prowadzi podająca się za medium szczwana skolopendra? Takie radosne opary absurdu tylko u Justyny Bednarek!

Skolopendra niczym Pan Gąsienica z "Alicji w Krainie Czarów"

W „Zielonym piórku Zbigniewa” skarpetki to nie jedyne postaci zapadające w pamięć. Jest tu bowiem także (zadziwiająco przypominający kurę) kapitan Juan Rodriguez de la Serna  y Concha del Mar, dowodzący okrętem o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach, który właśnie wpływa do Portu Czerniakowskiego; jest pani mecenas Eugenia Myszko, adwokat specjalizująca się (wyłącznie) w sprawach związanych z napadami na sklepy zoologiczne; jest też wspomniana już skolopendra, bestia sprytna i nieco odrażająca (do takiego wniosku doszliśmy po wyguglowaniu jej wizerunku, na ilustracjach jest całkiem sympatyczna). Postaci te są posiadaczami komicznie przerysowanych ludzkich cech, takich jak chytrość, chciwość, żądza władzy, fałsz, zadufanie, nie są jednak w pełni negatywne i ich los zdecydowanie obchodzi czytelnika.


Moje serce skradł zaś jamnik przebrany za królisia. Choć jego pani uwielbiała go przebierać "a to w kaftanik, a to za królika, a to w strój dinozaura... A on tego szczerze nie znosił" , nie przestał jej kochać. Mało tego, wymyślił intrygę, która wzniosła jej karierę na wyżyny i zagwarantowała umocnienie zawodowej pozycji w adwokackim światku. 
Wreszcie last, but not least… ilustracje! Daniel de Latour jak zawsze popisowo portretuje wszystkich bohaterów i tak maluje obrazami ich emocje, że stają się czytelne nawet dla nieczytającego czytelnika. Te zmarszczone brwi, wytrzeszczone oczka, złożone do oklasku dłonie, zgarbione plecy, rozdziawiony dziób, wyrzucone w górę ręce, oraz oczywiście kolory – niepokojący szafirowy mrok nocy, enigmatyczna ochra fałd obrusu okrywającego stolik, pod którym toczy się seans spirytystyczny, wielobarwne plamy kosmosu…  – De Latour nie tyle podąża za tekstem, co go ilustracyjnie współtworzy.


„Zielone piórko Zbigniewa” zdobyło w 2020 roku zaszczytną nagrodę literacką w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY, co jest potwierdzeniem wysokiego poziomu literackiego książki. Myślę, ze śmiało można stwierdzić, że skarpetkowy cykl Justyny Bednarek i Daniela De Latoura jest jednym z czołowych dzieł polskiej współczesnej twórczości dla dzieci, który na naszych oczach staje się kanonem, do którego sięgać będą z zadowoleniem kolejne roczniki młodych czytelników.


 

Justyna Bednarek, Zielone piórko Zbigniewa. Skarpetki kontratakują!, il. Daniel de Latour, wyd. Poradnia K, Warszawa 2020.
Wiek: 5+

O poprzednich tomach cyklu pisałam tutaj i tutaj:

"Nowe przygody skarpetek"; "Banda czarnej frotte"

środa, 23 grudnia 2020

Książkowe świąteczne LAST MINUTE (2020)

W tegorocznym Książkowym świątecznym LAST MINUTE proponuję Wam trzy picturebooki, które będą znakomitym prezentem dla każdego maluszka, przedszkolaka i pewnie dla wielu rodziców :) 


IDEALNA CHWILA

„Idealna chwila” to historia o tym, że warto pomagać innym i znaleźć dla nich czas, nawet gdy sami bardzo się spieszymy. Pewnego ranka wiewiórka otrzymała bardzo ważną wiadomość, wyskoczyła więc prędko z dziupli i popędziła przez las. Ogromnie się spieszyła, ale po drodze co i rusz zatrzymywało ją jakieś leśne zwierzę, prosząc o drobną przysługę. Poczciwa wiewiórka, nie potrafiąc odmówić w potrzebie, zabierała się do kolejnych zadań, a czas płynął…

Mały czytelnik śledzi poczynania uczynnej wiewiórki, denerwuje się razem z nią, emocjonuje i zastanawia się, czy nie lepiej byłoby, gdyby popędziła przed siebie, nie oglądając się na nikogo. Bo co, jeśli przegapi idealną chwilę?

Przesłanie książki może się wydać dorosłemu trochę naiwne, bo utrzymane w duchu Coelho „Gdy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć”, ale dla przedszkolaka to ważna lekcja wyjścia poza (całkowicie skądinąd naturalny w tym wieku) egocentryzm. Finał opowieści wzrusza zarówno małych, jak i dużych, a przepiękne, ciepłe ilustracje Marco Somy przedstawiające las i jego mieszkańców to wspaniała  estetyczna uczta.

 


Susanna Isern, Marco Somà, Idealna chwila, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Tako, Toruń 2020.
Wiek: 3+


 

DWA DLA MNIE, JEDEN DLA CIEBIE

Dla małego dziecka, patrzącego na wszystko z naturalnie egocentrycznej perspektywy, dzielenie się jest trudną sprawą. Chyba każdy rodzic był świadkiem wyrywania sobie przez przedszkolnych przyjaciół foremek w piaskownicy, sprzeczania się o niesprawiedliwie podzielony batonik czy oburzonych skarg pod tytułem „on bawił się moim autkiem”. Jörg Mühle w swoim picturebooku „Dwa dla mnie, jeden dla ciebie” opisuje słowem i obrazem takie właśnie zachowania, portretując je w krótkiej historyjce o dwojgu zwierzęcych przyjaciół. Oto niedźwiedź przynosi trzy grzyby, a łasica przyrządza je na obiad. Problem pojawia się, gdy dwoje przyjaciół musi się podzielić trzema grzybami. Każde ze zwierząt lubi ten przysmak i ma ochotę na większą porcję niż druga strona. Rozpoczyna się gorączkowa wymiana argumentów, a tymczasem do kłócących się zwierząt cichaczem podkrada się lis…
Niemiecki autor przedstawia swoich bohaterów z dużą życzliwością, pokazując małemu czytelnikowi, że nie on jeden ma kłopot z dzieleniem się. Co ważne, pozwala mu spojrzeć na problem z pewnego dystansu i w humorystyczny sposób pokazuje, że niespodziewany finał może nie być wart kłótni o to, co moja, a co twoje.

 


Jörg Mühle, Dwa dla mnie, jeden dla ciebie, tłum. Anna Kierejewska, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Wiek: 3+



 

PAN PATYK

Julia Donaldson i Axel Scheffler to jeden z bardziej znanych duetów autorsko-ilustratorskich wśród twórców literatury dziecięcej. Ich książki rodzice polecają sobie na internetowych grupach od wielu lat. Pierwszym picturebookiem Brytyjczyków wydanym w Polsce (w 2005 roku w serii tzw. amberków wydawnictwa Amber) był słynny Gruffalo (tę historię zna cały świat – ukazała się w 45 krajach!). Tłumaczenie Danuty Górskiej nie zyskało jednak popularności i dopiero przekład Michała Rusinka zjednał sobie przychylność młodych czytelników.
W 2020 roku pojawiły się na rynku dwie książki słynnego duetu w tłumaczeniu Joanny Wajs. Jedną z nich jest „Pan Patyk”. Stick Man w naszej rodzinie znany jest już od przeszło dziesięciu lat, kiedy to kupiłam wersję angielską z zamiarem czytania małej córce. Trochę smutna, trochę straszna, ale kończąca się szczęśliwie i wzruszająco historia oczarowała nas do tego stopnia, że stała się bożonarodzeniowym hitem, rokrocznie wyciąganym w pierwszej kolejności, gdy tylko nastał grudzień. Opowieść zaczyna się wprawdzie wiosną, ale jej finał jest zdecydowanie zimowy, a w bardzo ważnej roli występuje tu nie kto inny jak Święty Mikołaj. Tytułowy bohater opuszcza na chwilę swoje rodowe drzewo i od razu wpada w wir ryzykownych przypadkowych zdarzeń, poczynając od pogryzienia przez psa, na wrzuceniu do kominka kończąc. Łatwo sobie wyobrazić, jakie emocje towarzyszą małym czytelnikom kibicującym Panu Patykowi w tej przygodzie.

Długo czekaliśmy na polski przekład tej książki, w końcu jest, i bardzo dobrze, bo kolejny niesztampowy bohater stworzony przez Donaldson zdecydowanie zasługuje na to, by zyskać popularność także wśród polskich dzieci. Co prawda Stick Man w wersji polskiej nie jest aż tak rytmiczny jak w oryginale, brakuje mu skandująco-wyliczankowych fragmentów, takich jak (przeczytajcie to głośno!):  

„I’ll fetch it and drop it,
and fetch it – and then
I’ll drop it and fetch it
and drop it again”.

Jest jednak równie emocjonalny I poruszający w kluczowych fragmentach, oddając zagrożenie, gdy czytamy: „Słów kolędy nie słyszy i biegnących z oddali czterech strasznych wyrazów: Będzie dobrze się palił” albo smutek i żal: „(…) patyczęta się wiercą w wielkim łożu sękatym/bo i cóż to za święta będą bez paty taty?”.

 


Julia Donaldson, Axel Scheffler, Pan Patyk, tłum. Joanna Wajs, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
Wiek: 3+



sobota, 12 grudnia 2020

Podpowiednik świąteczny: Zabójstwo Brangwina Kąkola

 

Jeżeli chcecie podarować nastolatkowi w prezencie świątecznym jakąś oryginalną, niesztampową książkę, to „Zabójstwo Brangwina Kąkola” będzie jak znalazł. Tytuł wskazuje na kryminał, i wątek kryminalny rzeczywiście jest tu obecny, ale równie dobrze można powiedzieć, że mamy do czynienia z powieścią fantasy albo przygodową. W dodatku obficie ilustrowaną i to w sposób niestandardowy – rysunki żyją tu bowiem własnym życiem, a nawet na przekór tekstowi.




Tytułowy Brangwin Kąkol, od czasów szkolnych przezywany ze względu na nazwisko Chwastem, jest elfim historykiem, któremu powierzono ważną misję – ma wyruszyć z (teoretycznie) pokojowym posłannictwem do sąsiedzkiego królestwa goblinów i wręczyć władcy podarunek: wyjątkowy klejnot będący symbolem dobrej woli i zgodnych sąsiedzkich stosunków od czasu zawieszenia broni przed pięciu laty. W regularnych raportach ma jednakże donosić elfickiemu wywiadowi wszystko, co podpatrzył i podsłuchał, aby zgromadzić szczegółową i aktualną wiedzę na temat społeczności goblinów i ich tajemniczego przywódcy – Ghohga Nikczemnego.

Naiwny Chwast nie ma pojęcia, że jest narzędziem w rękach króla Elflandu, który planuje bezlitośnie wykorzystać jego oddanie do okrutnych i zdecydowanie niepokojowych celów. Po przeprawie przez Góry Kościokrutne i dotarciu do Tenebrionu – gobliniej stolicy – Kąkol zostaje z honorami ugoszczony przez kolegę po fachu – archiwistę Werfla, nadwornego goblińskiego historyka. Zdaje się jednak tego nie dostrzegać, niemal nie odzywając się do przyjaźnie nastawionego, wygadanego gospodarza. Pamięta za to o raportach, które gorliwie śle za pomocą tajemniczej machiny pozwalającej posłom w terenie na przesyłanie myśli. Odbiornik przypomina prasę drukarską – pozwala uzyskać czarno-biały obraz tego, o czym myśli posłaniec. Jest jednak jedno „ale”: maszyna nie ukazuje tego, co widzi wysłannik, a tylko to, co ten sobie wyobraża… Uprzedzony do innych, nieufny i pełen lęków i traum z dzieciństwa Chwast raportuje więc, że Werfel „wygląda tak, że nie wiadomo, czy chce komuś uścisnąć rękę, czy odgryźć nos. Szpiczaste zębiska i tak dalej. Typowy szkaradny gobliński ryj”.


Czytelnik orientuje się, że „coś tu nie gra” mniej więcej po 100 stronach lektury. Przypominające średniowieczne drzeworyty ilustracje Eugene’a Yelchina ukazują czarno-białe drukowane raporty Brangwina Kąkola dla swego władcy. Raporty, w których pełno jest wyszczerzonych zębisk, łypiących złowrogo oczu, odrażającego jedzenia, mrocznych, ponurych wnętrz, a nawet odciętych głów należących do kobiet pożeranych przez mięsożerne rośliny. „Typowe obrazy goblińskiego obłędu”. No właśnie, „typowe obrazy” – tchórzliwy Chwastek myśli stereotypami, sięga do swoich pełnych uprzedzeń przekonań zamiast do obrazów, które ma faktycznie przed oczami, a które czytelnicy książki czerpią z narracji tekstowej. W niej Tenebrion jest miastem pięknym i gwarnym, jego mieszkańcy są gościnni, serdeczni, otwarci i mają duże poczucie humoru.

Czy Brangwin przejrzy na oczy, czy będzie do końca ślepo posłuszny królowi elfów, niezdolny do obiektywnego  osądu sytuacji i podjęcia własnych niezależnych decyzji?

„Zabójstwo Brangwina Kąkola” jest więc nie tylko opowieścią o knowaniu, spisku i zasadzce. To opowieść o stereotypach, szufladkach myślowych i schematach, które wyznaczają nasze działania, i choć ogólnie pomocne, mogą też, nieweryfikowane, prowadzić do poważnych błędów w ocenie rzeczywistości. Skalą jest tu nie tylko historia dwóch istot, lecz całych społeczeństw i narodów uwikłanych we wzajemne pretensje, roszczenia, rywalizujących ze sobą i toczących wycieńczające wieloletnie walki w obronie swoich własnych prawd, w świętym przekonaniu o swoich racjach.


Historia świetnie opowiedziana i znakomicie przetłumaczona przez Rafała Lisowskiego, przed którym stało m.in. niełatwe zadanie spolszczenia roślinnych imion i nazw własnych z zachowaniem ich znaczenia. Opowiadał o tym podczas spotkania online z autorami i redaktorką książki (nadal możecie je obejrzeć tutaj, zachęcam!). Przykładowo jedna z głównych i wyjątkowo podłych postaci powieści to Lord Ysoret Clivers, który w dosłownym polskim tłumaczeniu musiałby nosić nazwisko Przytulia, co nie brzmi zbyt okrutnie (mimo że przytulia czepna jest chwastem utrudniającym zbiory zbóż i sprawiającym, że mleko krów, które ją zjedzą, zsiada się). Trzeba było poszukać innej rośliny – jednym z pomysłów był bluszcz. Ostatecznie wygrał jednak dławisz i tak w polskim wydaniu mamy lorda Izoreta Dławisza.

Pisząc o „Zabójstwie Brangwina Kąkola” jako niebanalnej, niesztampowej książce, mogę wymienić co najmniej trzy powody, dla których warto właśnie tak ją określić. Po pierwsze oryginalne ilustracje, których wizualna narracja stoi w opozycji do tekstu. Po drugie – miks gatunków, po trzecie – groteskowość rysunków zaprzeczająca schematom magii i miecza oraz przewrotność pomysłu uczynienia smukłych eleganckich elfów podłymi, bezlitosnymi postaciami, a brzydkich, przysadzistych, szerokoustnych goblinów wielkodusznymi, pogodnymi, przyjacielskimi postaciami.


Edytorsko bardzo staranna, stylizowana na iluminowaną księgę powieść z pięknym exlibrisem do wypełnienia na wyklejce będzie wyjątkowym prezentem gwiazdkowym nie tylko dla młodego czytelnika.

M.T. Anderson, Eugene Yelchin, Zabójstwo Brangwina Kąkola, tłum. Rafał Lisowski, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Wiek: 12+

piątek, 4 grudnia 2020

Podpowiednik świąteczny: Kolorowy świat (Akademia Mądrego Dziecka)

 

Książki edukacyjne dla młodszych dzieci cieszą się coraz większą popularnością. Rodzice i nauczyciele doceniają tę formę przekazywania podstawowych informacji o świecie. A trzeba podkreślić, że współcześnie jest to zwykle forma pomysłowa, umożliwiająca wieloraką eksplorację, przede wszystkim zaś atrakcyjna graficznie i edytorsko. Świetnym przykładem jest tu seria Akademia Mądrego Dziecka Egmontu, a w jej ramach cykl „Kolorowy świat”.

 


Te kartonowe książki o zaokrąglonych rogach przeznaczone są zasadniczo dla dzieci w wieku młodszym przedszkolnym, ale są tak estetycznie i ciekawie pomyślane, że mój ośmiolatek nie mógł odmówić sobie przyjemności ich eksploracji. W cyklu „Kolorowy świat” znajdziemy cztery  tytuły: „Małe zwierzęta”, „W gospodarstwie”, „Pojazdy” i „W przedszkolu”. Publikacje wydane w charakterystycznym dla serii kwadratowym formacie mają po dwanaście stron, a każda rozkładówka obfituje w otwierane okienka/klapki oraz w przesuwane lub przemieszczające się mniejsze i większe elementy.

 


Tematyka książek obejmuje ważne dla dziecka w wieku przedszkolnym obszary, takie jak zwierzęta polne (biedronki, mrówki, żaby) i hodowlane (kury, krowy, świnie), pojazdy (pociąg, samolot, koparka, wóz strażacki) oraz teren samego przedszkola, obejmujący szatnię, salę zabaw, kącik leżakowania, stołówkę, plac zabaw.

 


Zgodnie z założeniem serii w każdym z tych miejsc mali czytelnicy odkrywają kolorowe niespodzianki. W tomiku „W przedszkolu” mogą np. uchylić okno i zajrzeć do kuchni, gdzie trwa przygotowywanie posiłku albo przekartkować książeczkę, którą nauczycielka właśnie czyta dzieciom, w „Pojazdach” zostają poproszone o podniesienie żagla, by łódź płynęła szybciej albo o przesunięcie schodów przed drzwi samolotu, by pasażerowie mogli wysiąść.

 


„W gospodarstwie” napełnią poidło, by cielątko mogło się z niego napić i sprawdzą, jaka jest różnica między galopem, kłusem i stępem. Książka „Małe zwierzęta” pozwoli dzieciakom m.in.  zajrzeć do wnętrza mrowiska oraz poznać cykle rozwojowe motyla i żaby.

 


Maluchy dowiedzą się więc całkiem sporo o otaczającym je świecie, a jednocześnie nie poczują się znużone nadmiarem informacji – wielość i różnorodność aktywności ułatwia ich przyswajanie, podobnie jak przyjemne ilustracje francuskich ilustratorów z ich charakterystycznym „zwierzątkowym” stylem (a la Muki albo Edzio) oraz intensywnymi, ale nie krzykliwymi barwami.

 


Jeśli szukacie prezentu na Święta dla jakiegoś malca, książeczki z cyklu „Kolorowy świat” nie zawiodą Waszych oczekiwań, podobnie jak cała seria Akademia Mądrego Dziecka (o której pisałam także tutaj).

 


Akademia Mądrego Dziecka. Kolorowy świat: „Małe zwierzęta” (il. Melanie Combes), „Pojazdy” (il. Pierre Caillou), „W gospodarstwie” (il. Marion Billet), „W przedszkolu” (il. Marion Piffaretti), tłum. Katarzyna Grzyb, wyd. Egmont Polska, Warszawa 2020.
Wiek: 2+


poniedziałek, 30 listopada 2020

Jak ratowaliśmy Wigilię

 

Święta Bożego Narodzenia to szczególna atmosfera, kolędy słuchane i śpiewane raz w roku, wyczekiwane tradycyjne potrawy, ręcznie robione ozdoby, przede wszystkim jednak spotkania z osobami, na których nam zależy. Wyczekiwane czasem z utęsknieniem przez cały rok.


Właśnie z taką tęsknotą i niecierpliwością czeka na swoją dorosłą siostrę mały Tim. Ewa mieszka i pracuje w Australii, i do Szwecji przyjeżdża tylko raz w roku. To dzięki jej wizytom Boże Narodzenie jest wspaniałym i wyjątkowym czasem, na który tak cudownie się czeka.

W tym roku wychowawczyni zerówki, do której chodzi Tim, zaprasza dzieci do zabawy – każdego dnia grudnia odbędzie się losowanie i wybrane dziecko zerwie kartkę z kalendarza. W ten sposób cała klasa będzie odliczać dni do Wigilii, a konkretnie do ostatniego dnia przed przerwą świąteczną. „A ten, komu przypadnie Wigilia, będzie musiał bardzo pilnować swojej kartki aż do momentu, kiedy Boże Narodzenie zostanie porządnie odświętowane”.      


Tim bardzo się martwi, że kartka z 24 grudnia przypadnie komuś, kto nie będzie w stanie o nią zadbać i zwyczajnie ją zgubi, co sprawi, że świąt nie będzie! A to byłaby najstraszliwsza rzecz, jaką mógłby sobie wyobrazić. Dlatego pragnie ze wszystkich sił wylosować kartkę z Wigilią – by móc się nią należycie zaopiekować. Nie przypuszcza nawet, że los zagra mu na nosie i nie tylko przyjdzie mu zatroszczyć się o Święta, ale wręcz je uratować! Na szczęście nie będzie musiał tego robić sam…


„Jak ratowaliśmy Wigilię” to szósta książka Zakamarków zaprojektowana specjalnie na czas adwentu – podzielona na 25 rozdziałów do czytania każdego kolejnego dnia grudnia. Wprowadza w świąteczny nastrój, w uroczy sposób przypomina, jak celebrować ten szczególny czas, ciesząc się drobnymi czynnościami, takimi jak robienie domków z piernika, dekorowanie domu czy szkolnej sali, wspólne kolędowanie, ręczne wykonywanie ozdób itd. Ważną rolę w książce pełni rodzina. Tim ma wrażliwych, troskliwych, odpowiedzialnych rodziców – opowieść pełna jest budujących przykładów okazywanych sobie wzajemnie miłości, zrozumienia i czułości. Nie jest to jednak jedyna rodzina, która pojawia się na kartach książki. Przyjaciółka Tima Esme mieszka z mamą, która „(…) jest trochę dziwna. Jakby zupełnie nie przejmowała się tym, co większość ludzi uważa za właściwe lub niewłaściwe”. Tak w każdym razie ocenia ją Tim, który jest przyzwyczajony do tradycyjnego spędzania świąt i określonych zasad obowiązujących w jego rodzinie – innych niż u Esme. Jak zawsze w książkach Zakamarków zaakcentowano istotne współcześnie niuanse: tata Tima często płacze radości, okazuje emocje, przytula i przyznaje się do słabości; dorośli przestrzegają zasad i szanują tradycje, ale potrafią się też zdobyć na dystans i pozwolić dzieciom być dziećmi, na przykład wtedy, gdy te śpiewają swoją wersję kolędy „Dzisiaj w Betlejem”: „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem wesoła nowina! Tłusta wędlina, tłusta wędlina wpadła do komina. Komin się wali, kibel się pali, koty szczekają, kury fruwają…”


Kto zna książki adwentowe Zakamarków (pisałam o nich tutaj i tutaj), wie, że to zawsze mieszanka tradycji, współczesności, wolnego szwedzkiego ducha i radości dzieciństwa, z jednoczesnym silnym przesłaniem poszanowania innych osób i ich życiowych wyborów. Dla niektórych mieszanka czasami kontrowersyjna – choć myślę, że nie tym razem. W trudnym 2020 roku opowieść Ellen Karlsson niesie otuchę, optymizm i wiarę w to, że mimo wielu perypetii i niefortunnych zdarzeń, święta jednak da się uratować.

Ellen Karlsson, Jak ratowaliśmy Wigilię, il. Cecilia Heikkilä, tłum. Anna Czernow, wyd. Zakamarki, Poznań 2020.
Wiek: 5+