czwartek, 23 lutego 2017

Stwórz własny pokaz mody

Moda towarzyszy nam na co dzień, nawet jeśli nie zaprzątamy sobie tym specjalnie głowy. Czasem przychodzi jednak taki moment, kiedy człowiekowi zachce się przyjrzeć własnej garderobie, trendom w modzie, sposobom zestawiania ze sobą ubrań, doboru dodatków. A kiedy ma się córkę, dzieje się to niejako z automatu, bo można mieć pewność, że w którymś momencie nastąpi etap radosnych modowych eksperymentów.




Prawdę mówiąc, u nas trwa on już czas jakiś, ale nie wynika bezpośrednio z zainteresowania modą, lecz raczej z zamiłowania do rysunku i projektowania. Przeglądamy z Zu co jakiś czas ofertę zeszytów kreatywnych poświęconych modzie, poszukując takich, które pozwalają poćwiczyć, pobawić się, ale też inspirują do własnej twórczości.


Właśnie takim złotym środkiem jest zeszyt projektów „Stwórz własny pokaz mody”. Składa się on ze szkicownika, w którym nadrukowano zarysy sylwetek modelek, które należy „ubrać”, przerysowując na nie wybrane ubrania z 10 dołączonych kart z szablonami. Do wyboru mamy szablony z odzieżą codzienną, sportową, wieczorową, na różne pory roku i na rozmaite okazje. Znajdują się tu ubrania bardzo współczesne i w stylu retro, młodzieżowe i statecznie babcine. A do tego mnóstwo dodatków: czapki, szaliki, rękawiczki, paski, torebki, okulary, a nawet kokardy, kołnierzyki i kieszenie. Oczywiście nie mogło zabraknąć butów! Jest też duży wybór fryzur: od czupurnej chłopczycy po romantyczny długi warkocz, oraz cały arkusz proponowanych wzorów i wykończeń (riuszka, lamówka, frędzle…).



Jak pracować z książką? To proste! Pod cieniutką kartkę szkicownika należy podłożyć sztywny arkusz z szablonem i przekalkować wybraną część odzieży na modelkę. Oczywiście można dowolnie mieszać szablony, dać się ponieść wyobraźni i stworzyć niepowtarzalne kreacje we własnym stylu.
Strony szkicownika zawierają liczne podpowiedzi, ułatwiające stworzenie modowego konceptu, na przykład hasłowe: „W stylu boho”, „Na czerwony dywan”, „A może gotyk?”, „Maksi czy mini?”, i nieco bardziej złożone: „Przed koncertem. Wymyśl look sceniczny dla gwiazdy rocka!”, „Mała czarna. Nie musi być klasyczna. Masz jakiś pomysł?”, „Od rana do wieczora. Podkręć stylizacje za pomocą odpowiednich dodatków”. Na kilku kartkach, zamiast sylwetek modelek, pojawiają się też zarysy przedmiotów do zaprojektowania: koszulki, torba, sukienki.


Nie zabrakło miejsca na refleksję nad sentencjami słynnych projektantów – „Moda przemija styl pozostaje” (Coco Chanel) – oraz na wpisanie własnych haseł.
Można, zgodnie z tytułem, stworzyć z tą książką własny pokaz mody, z rozmysłem projektując kolejne jego elementy, aż do kulminacyjnego momentu zaprezentowania na wybiegu najbardziej oszałamiającej kreacji. Można też tworzyć luźne projekty, a potem przypisać je do kilku kolekcji i połączyć w swoim portfolio ( całkiem fizycznym, jeśli ma się ochotę – wystarczy wyrwać kartki ze szkicownika i je bindować).  Pomoże w tym schemat umieszczony na dole stron szkicownika, zawierający pola opisu, takie jak nazwa projektu, kolekcji, sezon, data.


Można potraktować szablony wyłącznie jako inspirację i przerysować je częściowo, a resztę  dowolnie zmodyfikować, albo w ogóle tylko podpatrzeć ogólny zarys stroju na szablonie i nie kalkować go, lecz narysować coś własnego, w oparciu o zaprezentowane zestawy. Muszę przyznać, że ciągnęło mnie do takiej zabawy. Miałam ostatnio bardzo intensywny tydzień pracy, i fantastycznie się zrelaksowałam, projektując te ciuszki. Przypomniały mi się zabawy z dzieciństwa w ubieranie tekturowych sylwetek w wycinankowe stroje.



Wreszcie, last but not least, trzeba wspomnieć o informacyjnej wartości tego aktywnościowego zeszytu. Nie czułam się nigdy modową ignorantką, a jednak muszę przyznać, że kilka nazw poszczególnych części garderoby znałam tylko ze słyszenia i raczej nie umiałabym ich wcześniej dopasować do rzeczywistych sztuk odzieży (tankini, bandeau, rara!). Tym bardziej dla dziecka jest to autentycznie fascynujące odkrywanie nowych światów: co za odkrycie, że każda rzecz, nawet maleńki dodatek, ma w modowym języku swoją własną nazwę! Jak bogata w znaczenia stała się nagle zawartość szafy! Już nie ma w niej tylko spodni, bluzek i sweterków. Teraz są tam cygaretki, top z baskinką, beanie, mitynki i pudełkowa koszula!

Stwórz własny pokaz mody. Zeszyt projektów. Kreacja i ilustracje Louise Scott-Smith i Georgia Vaux, tłum. Aleksandra Marciniak, wyd. Bajka 2017
Wiek: 6+


czwartek, 16 lutego 2017

Subiektywny przegląd książkowych nowości /luty 2017/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.





Wydaje nam się, że dobrze znamy te baśnie. Dziewczynka wysłana z koszykiem pełnym przysmaków do chorej babci i piękna maleńka królewna, na którą zła wróżka rzuca okrutne zaklęcie. A jednak powstało tyle wersji i tak wiele różnych wariantów tych utworów, że nie jesteśmy pewni, jak brzmiał oryginał. Opublikowane właśnie przez Naszą Księgarnię interpretacje Gabrieli Mistral są bardzo bliskie oryginalnym siedemnastowiecznym wersjom Charles’a Perraulta, a także ludowym ustnym przekazom, na których oparł się baśniopisarz. Wierszowane (w polskim przekładzie napisane trzynastozgłoskowcem i dziewięciozgłoskowcem), wzbogacone kunsztownymi epitetami i niestroniące od okrucieństwa pierwowzoru (zwłaszcza Czerwony Kapturek), przełożone zostały z języka hiszpańskiego przez wybitną romanistkę Krystynę Rodowską. Napisane przez chilijską poetkę niemal 100 lat temu, zilustrowane przez współczesne artystki – Carmen Cardemil i Palomę Valdivię, są wyjątkowymi wydawniczymi perełkami, zasłużenie obsypanymi licznymi nagrodami, w tym prestiżową Bologna Ragazzi Award (2014).
Gabriela Mistral, Czerwony Kapturek, Śpiąca Królewna, il. Paloma Valdivia, Carmen Cardemil, tłum. Krystyna Rodowska, wyd. Nasza Księgarnia, luty 2017
Wiek: 0-6 według wydawcy; wg mnie dolna granica to trzy lata, z zastrzeżeniem dla tragicznego zakończenia Czerwonego Kapturka, o którym to czytamy w komentarzu krytycznym do książki: „Morderczy finał obezwładnia”. Decyzja należy do rodzica, który najlepiej zna indywidualną wrażliwość własnego dziecka.


Widoczna na okładce postać w ptasiej masce wzbudza niepokój. Wyobraźcie sobie tylko, że tak przyodziany lekarz pochyla się nad wami, złożonymi chorobą… A choroby takie jak odra, gruźlica czy  polio wzbudzały niegdyś olbrzymią panikę, bo niosły ze sobą śmiertelne zagrożenie. Uciekano się do wielu dziwnych z dzisiejszej perspektywy metod, by walczyć z zarazkami, chorych izolowano, zamykając ich w leprozoriach. Wiele biednych krajów wciąż walczy z zakaźnymi chorobami, takimi jak malaria czy AIDS. Pojawiają się też nowe zagrożenia, takie jak ebola, z którymi próbuje zmierzyć się dzisiejsza medycyna. O tym właśnie jest ta książka, pełna chorych historii – dawnych i całkowicie współczesnych. Wiele tu informacji, ciekawostek, anegdot podanych w lekkiej, nieco żartobliwej formie. A wszystko w dynamicznej, frapującej szacie graficznej.
Gosia Kulik, Tomek Żarnecki, Chore historie, wyd. Kocur Bury, luty 2017
Wiek: 11+


Bardzo lubimy Zakamarkową serię „Historie bez słów”, choć trzeba przy niej wysilić szare komórki i odwołać się do zasobów własnej wyobraźni. A może właśnie dlatego? Tutaj każdy może być narratorem i snuć własną opowieść – rodzic, dziecko, nauczyciel. I każdego dnia historia może potoczyć się inaczej! Dwie najnowsze pozycje z serii  - „Pociągiem” i „Przenosiny”, jak zwykle obfitują w zaskakujące zdarzenia i nagłe zwroty akcji, które dziecko może różnorodnie komentować i po swojemu interpretować. Oto do tunelu wjeżdża mała ciuchcia, a w niej dziewczynka, słoń, zebra, pies i oczywiście maszynista. I nagle co? Znowu widzimy pociąg, ale zebra jest teraz zupełnie gładka i blada, za to chmury stały się pasiaste… Na pewnej wulkanicznej wyspie ląduje gigantyczne nasiono, i mieszkańcy decydują się je zasiać. Wulkan staje się jednak coraz bardziej aktywny… co się stanie, gdy wybuchnie? Pełne emocji obrazkowe historie stymulują wyobraźnię dziecka i zachęcają do narracyjnych eksperymentów.
Vincent Bourgeau, Pociągiem, Arthur Geisert, Przenosiny, wyd. Zakamarki, luty 2017
Wiek: 3+

Przedmioty szkolne, takie jak matematyka, fizyka czy chemia nie zawsze spotykają się z uczniowskim entuzjazmem, a i rodzice niekoniecznie potrafią zachęcić do zgłębiania wiedzy z tych dziedzin. Na szczęście są jeszcze książki, które potrafią przedstawić różne trudne agadnienia w taki sposób, że młody człowiek czuje się zaciekawiony, zaintrygowany i ma ochotę samodzielnie sprawdzić to i owo. Książka-zeszyt „To twoja nowa książka naukowa” oferuje właśnie takie nowe, twórcze spojrzenie na klasyczną naukę. Porusza zagadnienia dynamiki ruchu, stanów skupienia, siły, elektryczności statycznej itd. (czyli zasadniczo moje najgorsze szkolne koszmary), ale w taki sposób opisane i narysowane, by było przystępnie, ciekawie, z humorem. Przede wszystkim zaś w taki sposób, by wzbudzić w czytelniku naukowy animusz i zachęcić go do przeprowadzania własnych obserwacji, doświadczeń, analiz. Laboratoryjna część książki zawiera pomoce do samodzielnych eksperymentów, m.in. do wykonania markietażu, tangramu, tellurium, a także teatrzyku cieni, papierowej piszczałki albo motorówki na mydło, wykorzystującej zjawisko napięcia powierzchniowego. Dla wszystkich ciekawych świata, nawet zatwardziałych humanistów.
To twoja nowa książka naukowa, il. Harriet Russel, wyd. Bajka, luty 2017
Wiek: 8+

Jestem wielką entuzjastką talentu Catariny Sobral i z radością przyjmuję kolejną wydaną po polsku książkę portugalskiej artystki. Tym razem uwagę, oprócz wspaniałych ilustracji w pastelach i ołówku, przyciąga sam tytuł – czymże bowiem jest „aciumpa”? Czy słowo to jest rzeczownikiem, czy może czasownikiem? Do kogo lub czego się odnosi? W jakich sytuacjach je stosować? Czy jeśli nazwać kogoś aciumpą, to się obrazi? Książka z humorem i lekką ironią pokazuje, jak żywy i elastyczny jest język, którym posługujemy się na co dzień i jak często słowa wymykają się z szufladek, do których próbowano je na stałe przypisać.  Każdy, kto miał okazję obserwować jego rozwój u dziecka, wie, z jaką swobodą i rozmachem malec tworzy własne neologizmy. Zadziwiają także krótkotrwałe, ale głośne kariery słów nagle uznanych za modne. A że języka uczymy się  całe życie i nie wiadomo, czym nas jeszcze zaskoczy, dołączmy do słowotwórczej, aciumpastycznej zabawy.
Catarina Sobral, Aciumpa, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Dwie Siostry, luty 2017
Wiek: 5+

wtorek, 14 lutego 2017

Przepis na miłość

Każdy z nas pewnie pamięta taki czas, kiedy jako dziecko rozmyślał nad tym, czy kiedyś, w przyszłości, w odległej dorosłości, spotka swoją tak zwaną drugą połówkę. Minęły lata, czas zweryfikował marzenia, ale książka „Przepis na miłość” niezmiennie pozostaje aktualna. Nie dlatego, że oferuje tytułowy przepis – takowy przecież nie istnieje – lecz ze względu na przepięknie ukazany stan szczęśliwego zakochania, w którym dwie różne osobowości harmonijnie się uzupełniają.



Opowiedziana z perspektywy małego chłopca historia miłości jego rodziców to bardzo ciepła, pozytywna opowieść o dwojgu ludziach, którzy pewnego dnia przypadkowo wpadli na siebie na rogu ulicy. W sensie dosłownym – zderzyli się. I kiedy spojrzeli na siebie, masując obolałe głowy: „Tata trochę się zaczerwienił, mama nieco zbladła”. Tak to się zaczęło.



Dwie bardzo różne osobowości, dwa krańcowo odmienne światy. Mama od zawsze była bałaganiarą, otaczał ją chaos, kolory, pośpiech. Tata, od dziecka poukładany, ubranie zawsze składał w kostkę i cenił porządek. Oboje trochę w tym przesadni, trochę pogubieni, czuli się samotni i tęsknili za czyjąś kojącą obecnością. Wydawało im się, że musi to być ktoś im podobny, z kim będą mogli wspólnie robić to samo. Okazało się jednak, że spełnieni poczują się dzięki swoim przeciwieństwom.  


Dzieci bardzo lubią historie, które pozwalają zadawać rodzicom pytania typu: „Jak się poznaliście?”, „Jak to się stało, że się w sobie zakochaliście?”. „Przepis na miłość” zachęca nie tylko do odpowiedzi na takie pytania, lecz także do dłuższej rozmowy z dzieckiem o uczuciach, o potrzebie bliskości, znalezienia tej drugiej połówki i stworzenia związku opartego na miłości i zaufaniu. Pokazuje, że miłość drugiego człowieka pozwala nam wydobyć z siebie nasze najlepsze cechy.

Uwielbiam ilustracje do tej książki. Katharina Grossmann-Hensel stworzyła bardzo przekonywujące obrazy kolorowego i czarno-białego świata bohaterów, z dużą wrażliwością oddając malowniczy rwetes maminej codzienności i poukładaną monotonię taty, zestawione z identycznym dla obu stron smutkiem samotnie spędzanych wieczorów.


Bardzo to piękna lektura na walentynki. Pozwala zatrzymać się na chwilę w pośpiechu codzienności i docenić wartość szczerego uczucia i głębokiej relacji z drugim człowiekiem.

Przepis na miłość, Katharina Grossmann-Hensel, tłum. Alicja Oczko, wyd. Nasza Księgarnia 2006.
Wiek: 4+



środa, 8 lutego 2017

Dlaczego sztuka pełna jest golasów?

Któregoś dnia w połowie lat 90. trafiłam do księgarni mieszczącej się w paryskim Centrum Pompidou. Oszołomił mnie i zachwycił widok niezliczonych książek o sztuce, stworzonych specjalnie z myślą o młodym czytelniku: od niemowlęcia po późnego nastolatka. Wówczas pierwszy raz zetknęłam się z takimi publikacjami. Miałam ochotę kupić wszystkie! (i kilka rzeczywiście kupiłam; moje dzieci skorzystały z nich dwadzieścia lat później). Do dziś wypatruję tego typu książek na polskim rynku i z radością wyławiam je z oferty wydawniczej.



Wydana na początku tego roku przez PWN książka „Dlaczego sztuka pełna jest golasów?” to przewodnik po sztuce kierowany do dzieci w wieku szkolnym. Jego autorka, Susie Hodge, znana i ceniona popularyzatorka sztuki, mająca na koncie ponad 70 książek dla dzieci i dorosłych, w interesujący i bardzo przystępny sposób podejmuje z czytelnikiem dyskusję o sztuce. Książka podzielona jest na 22 rozdziały, z których każdy otwiera pytanie wprowadzające do danego zagadnienia. Na przykład: „Po co te wszystkie owoce?”, „Dlaczego dzieła sztuki są takie drogie?”, „Czy aby oglądać obrazy, trzeba być mądrym?”, „Czy artyści ściągają od siebie?”.



Tak postawione pytania dotykają określonego problemu, wokół którego snute są rozważania. Autorka udziela odpowiedzi, sięgając do różnych epok i do rozmaitych dzieł, od malowideł naskalnych po sztukę tworzoną na tabletach, prezentując je dziecku i często także zestawiając ze sobą, aby zachęcić do obserwacji, analizy i wyciągania własnych wniosków. Za każdym razem młody człowiek zachęcany jest do główkowania, pytany o zdanie i prowokowany do stawiania kolejnych, bardziej szczegółowych pytań: „Jak sądzicie, o czym myśli ta kobieta?”, „Czy uważacie, że ta twarz wygląda dziwnie albo  nawet brzydko?”, „Skąd wiadomo, że ten obraz jest dobrze ustawiony?”.



Czytelnik ma poczucie, że zwiedza znajdującą się na kartach książki galerię u boku wysoce kompetentnej i zaangażowanej przewodniczki. Nie zostaje sam z pokazanym mu obrazem i krótką o nim notką, jak to bywa w wielu albumach. Tutaj jest w pewnym sensie prowadzony za rękę, a czujna autorka-narratorka kieruje jego uwagę na określone detale dzieł lub zadaje pomocnicze pytania, które pozwalają dostrzec to, co inaczej mogłoby zostać pominięte. Przykładowo obraz Hansa Holbeina „Ambasadorowie” mógłby wydać się dziecku średnio interesujący, jednak gdy wie ono, na co patrzeć i jak interpretować dane przedmioty (a nawet w ogóle móc je dostrzec – czaszka, krucyfiks), pojawia się ciekawość i chęć eksplorowania.



Podobną funkcję, jak objaśnienia i wskazówki pełnią różne smaczki i anegdoty, pojawiające się obok podstawowych informacji. Na przykład: „Millais kazał swojej modelce leżeć w ubraniu w wannie pełnej wody. Przeziębiła się od tego!” lub: „Choć na obrazie [Hoppera] miały się znaleźć dwie nieznajome, do obu postaci pozowała artyście żona!” Dzięki temu dzieło sztuki staje się bliższe, mniej anonimowe, łatwiej zapada w pamięć.



Na tyle, na ile to możliwe w niebezpośrednim kontakcie, Susie Hodge poświęca wiele uwagi młodemu odbiorcy i nadaje na wspólnych z nim falach. Przejawia się to w młodzieżowym, potocznym języku („bez owijania w bawełnę”, „robicie sobie selfie?”,  „Sztuka […] czasem jest szurnięta” ) w przyjętym przez autorkę tonie luźnej rozmowy o malarstwie, rzeźbie i fotografii oraz w zwrotach, takich jak: „Spójrzcie!”, „Znajdźcie!”, „Poznajecie?”. Dodatkowo w podróży przez książkę towarzyszą dziecku dwie rysunkowe postaci stworzone przez Claire Goble, stylizowane na francuskich artystów-malarzy. Ich pojawianie się na stronach jest humorystycznym komentarzem do omawianych zagadnień.


Cennym dodatkiem do książki jest zamieszczony na końcu glosariusz, objaśniający ważniejsze pojęcia (synestezja, petroglify, kubizm, op-art., mobile…), a także spis ilustracji, informujący, w jakim miejscu na świecie można obejrzeć oryginał prezentowanego w książce dzieła.

Książka wydana w poręcznym formacie B5, z grubą, tekturową okładką jest pozycją atrakcyjną zarówno dla indywidualnego, jak i zbiorowego odbiorcy. Można z nią zasiąść na kanapie (jak zrobiłyśmy to z córką) i przy kawie i ciastku pooglądać, poczytać, porozmawiać… Nauczyciele mogą wykorzystać ją jako pomoc w zajęciach plastycznych czy z historii sztuki.  Warto też zajrzeć do książki przed wizytą w którymś ze słynnych muzeów sztuki, by przypomnieć sobie historię danego dzieła przed zobaczeniem go „na żywo”.


Dlaczego sztuka pełna jest golasów?, Susie Hodge, il. Claire Goble, tłum. Grzegorz Kulesza, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017
Wiek: 9+




wtorek, 31 stycznia 2017

Królik i Misia

Było tak: siedzieliśmy sobie, ja – spokojnie, z książką w ręku, oparta na poduszkach, pełen relaks. Syn – też zrelaksowany, a jakże, ale cały w wyskokach i przysiadach, biegał po łóżku w lewo i prawo. Ja czytałam na głos. On niby słuchał, ale nieco wybiórczo, bo uwagę zaprzątała mu wspomniana aktywność własna. I tak to mniej więcej szło, aż do momentu, w którym przeczytałam:
„Potem zrobił małą kupę i ją też zjadł”.
Zapadła cisza. Czas stanął w miejscu. Syn zatrzymał się w pół skoku. Wlepił we mnie zdumione spojrzenie.
- Co zrobił? – zapytał, niepewny, czy się aby nie przesłyszał. – Zjadł? Kupę?
Od tej chwili aż do końca książki uważnie słuchał.


Od razu rozwieję Wasze wątpliwości: to nie jest książka o kupie. W każdym razie nie bezpośrednio. Nie to, żebym miała cokolwiek przeciwko takiej tematyce. Odkąd jestem matką syna, wiem, że można być wielbicielem książek „fizjologicznych” i czerpać niekłamaną radość z ich (wielokrotnej) lektury. Ale „Królik i Misia. Niesmaczne zwyczaje Królika” to inna bajka. Tak naprawdę to książka o przyjaźni. Takiej, która trwa mimo fizycznych różnic, odmiennych charakterów i zaskakujących (a nawet odpychających) upodobań. 



Tytułowi bohaterowie, Królik i niedźwiedzica zwana Misią, zamieszkują wielki gęsty las, otoczony górami (wzorem dla ilustratora był Park Narodowy Yosemite i Park Narodowy Kings Canyon w USA). Być może nigdy by się nie spotkali, gdyby Misia nie obudziła się za wcześnie z zimowego snu. A pewnie by się nie zbudziła, gdyby Królik nie ukradł jej zapasów jedzenia i nie nadepnął na nos, uciekając. Niewyspany niedźwiedź ma prawo być zły, ale Misia to uosobienie spokoju. Kiedy odkrywa, że cały las pokryty jest grubą warstwą śniegu, dochodzi do wniosku, że ulepi bałwana. W końcu nieczęsto miewa ku temu okazję. I kiedy z zadowoleniem toczy kulę śniegu, nagle słyszy wrzaski dobiegające gdzieś spod ziemi. To krzyczy Królik, któremu śnieżna kula zasłoniła wejście do nory. Tak się poznają, a początki tej znajomości nie są ani łatwe, ani szczególnie sympatyczne.



Ale wiadomo przecież, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. To przysłowie sprawdza się także w przypadku Misi i Królika, a ich historia jest dla małego czytelnika doskonałą lekcją tolerancji, otwartości, troski o innych, współdziałania. Oraz dowodem na to, że wiedza jako taka nie przekłada się na mądrość w działaniu (patrz Królik versus Misia). Atutem książki jest lekkość, z jaką podsuwa ona dziecku te prawdy. Wśród chichotów i parsknięć wzbudzonych śmiesznymi dialogami oraz pełną ekspresji mimiką bohaterów na ilustracjach, autor sprytnie przemyca wiedzę o rozmaitych zjawiskach przyrodniczych. Nie tylko tę o królikach zjadających swoje odchody, lecz także o grawitacji czy lawinach. 


Na koniec koniecznie trzeba wspomnieć o staranności, z jaką wydano książkę. Nieduży, poręczny format, twarda oprawa, staranne szycie,  bardzo przyjemna zimowa kolorystyka okładki, na wyklejce padający śnieg. A w środku pełnostronicowe ilustracje w mroźnym błękicie i odcieniach szarości. Ze spokojnym tłem zimowego lasu i dynamicznymi kreskówkowymi sylwetkami zwierzęcych bohaterów. Na stronie ilustratora Jima Fielda można podpatrzeć, jak przebiegały kolejne fazy pracy nad książką i kształtowanie ostatecznego wizerunku postaci..

Wkrótce kolejna część serii – „Utrapienie Królika”. Czekamy!

Julian Gough, Królik i Misia. Niesmaczne zwyczaje Królika, il. Jim Field, tłum. Teresa Bielecka, wyd. Zielona Sowa 2017
Wiek: 4+
'

Źródło ilustracji: http://www.jimfield.co.uk/Rabbit-Bear, http://www.zielonasowa.pl, archiwum własne

piątek, 27 stycznia 2017

Popatrz w niebo

Zadanie konkursowe było następujące: stworzyć projekt trzech książek dla dzieci, które będą rosły razem z małymi czytelnikami. Koncepcja musiała być spójna, atrakcyjna wizualnie, wartościowa merytorycznie, wszystko po to, by osiągnąć założony cel: wprowadzenie najmłodszych w świat książek.  Wysoko postawiona poprzeczka, czyż nie?



Wyzwanie zostało podjęte, a laureatami pierwszej edycji konkursu TRZY/MAM/KSIĄŻKI zorganizowanego przez Instytut Książki w ramach narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa  zostały Joanna Gębal i Monika Zborowska. Stworzony przez nie  książkowy trójpak „Popatrz w niebo”  właśnie trafia do rąk małych czytelników dzięki wydawnictwu Muchomor.
Osią tematyczną książeczek jest niebo – nieodłączny element otaczającego dziecko świata.


Część pierwsza to barwne plamy, kształty, kontury przedmiotów.  Duże, uproszczone wzory w kontrastowych kolorach, które noworodek, mający jeszcze ograniczone możliwości percepcji wzrokowej dostrzeże, i na których się skupi. Czerwona planeta, czarne niebo z żółtymi kropkami gwiazd, świetlistobiały ogon komety. Kartonowe karty książki można wykorzystać także do zabawy w tworzenie własnych kompozycji  - wystarczy je wyciąć i w dowolny sposób ze sobą zestawiać, aby stworzyć maluszkowi zestaw najbardziej przykuwający jego uwagę.
Jest w tych ilustracjach spokój i jednocześnie energia Wszechświata, niezmienność rytmów, przestrzeń nieba nad głową, nieogarniony rozmach gwiezdnych konstelacji.



Część druga, kierowana do dzieci między pierwszym a drugim rokiem życia, wprowadza w świat podstawowych zjawisk przyrody i zachęca do świadomej obserwacji zachodzących na Ziemi procesów: W nocy na niebie świeci księżyc, za dnia – słońce. Z chmur pada deszcz. Gwiazdy migocą wysoko nad naszymi głowami etc.
Kształty powoli się dookreślają, przybierając formę, którą dziecko będzie operować przez najbliższe lata – słońce to wesoła kula z żółtymi promykami, deszcz – grube szaro-niebieksie kreski, gwiazdy to kanciaste wieloramienne figury z mrugającym oczkiem.
Pojawiają się też pierwsze pojęcia, odzwierciedlone na ilustracjach: gorące/zimne; jasne/ciemne; puste/tłoczne. A po niebie płyną obłoki, fruwają ptaki, gdzieś wysoko latają samoloty, a jeszcze wyżej – rakiety. Dziecko doświadcza tej wysokości, oglądając książeczkę w pionie: samolot jest już na skraju stronicy, ptak spogląda w niebo, rakieta wznosi się pionowo.



Trzecia część to już opowieść. Jej bohaterem jest Księżyc, który u progu nocy wyrusza na poszukiwania towarzysza zabaw. Obserwując wędrówkę Księżyca, dziecko poznaje najbliższe otoczenie człowieka: las i jego mieszkańców (drzewa, ptaki, myszki) oraz miasto, gdzie w domach ludzie już ułożyli się do snu. Na szczęście pewien mały chłopiec jeszcze nie śpi i będzie mógł pobawić się z Księżycem. Wspólne liczenie gwiazd ukoi ich obu i wyciszy, podobnie jak małego odbiorcę tej historii, opowiedzianej prostymi, nastrojowymi zdaniami (w pierwotnej wersji utwór był wierszowany, uważam jednak, że zdecydowanie zyskał w prozie). 


Książki wydano bardzo starannie:  grube kartonowe strony, przyjazny format 17x17 cm, matowy papier, zaokrąglone rogi. Graficznie – dla mnie zachwyt. Szczególnie ilustracje w trzeciej części.


Wszystkie trzy książeczki „rosną” razem z dzieckiem, towarzysząc mu na każdym etapie rozwoju. Od pierwszych dni, kiedy maluch uczy się dostrzegać i rozpoznawać najważniejsze dla niego obiekty, aż po samodzielną aktywność wieku przedszkolnego, kiedy to dziecko wychodzi poza obręb domowej przestrzeni ku światu i interakcjom społecznym, nawiązując pierwsze koleżeńskie relacje i ucząc się wspólnego z innymi działania.

Popatrz w niebo, część 1., 2., 3., Joanna Gębal, Monika Zborowska, wyd. Muchomor 2017
Wiek: 0–3