środa, 23 września 2020

Co robią uczucia?

 

Temat uczuć w książkach dla dzieci był i jest potrzebny, teraz pewnie jeszcze bardziej niż kiedyś. W biegu życia i pod presją sukcesu jakoś niezręcznie nam otwarcie rozmawiać o uczuciach. Boimy się zranienia, pokazania swoich słabości. Chcemy wychować dzieci na silne i pewne siebie, ale często nie wiemy, jak prowadzić je przez mrok, zwątpienie i smutek. 


Nic więc dziwnego, że na rynku pojawia się dużo poradników dla rodziców i książek non-fiction dla dzieci, które podpowiadają jednym i drugim, jak przepracować trudne emocje, jak rozmawiać o uczuciach, co robić, by wspierać dziecko w rozpoznawaniu i nazywaniu emocji. Świetnie, że takie publikacje istnieją, kłopot z nimi polega jednak na tym, że nie można z nich skorzystać natychmiast, tu i teraz, mając tylko kilka minut, i spodziewać się jakiegoś efektu. Wymagają one wnikliwej lektury, planu działania, wdrożenia pewnych schematów zachowań.
Tymczasem z książki Tiny Oziewicz „Co robią uczucia?” można skorzystać w „trybie instant”!

Na przykład:

Otwieramy książkę na stronie przedstawiającej rozwścieczonego stwora. Z dzikim spojrzeniem małych oczek przegryza kabel, którym miała zostać przekazana wiadomość. Z drugiej strony tego zepsutego kabla inny, roztrzęsiony stworek daremnie próbuje coś tłumaczyć, wyjaśniać. „Nienawiść przegryza łącza i niszczy kontakty” – czytamy na głos. – „Brak połączenia! Brak połączenia!” – wołamy z żalem, dramatycznym gestem rozkładając ręce.


To bardzo czytelny przekaz. Ładunek emocjonalny zawarty w ilustracjach i w naszym modulowanym głosie skupia uwagę dziecka. Możemy wtedy coś dodać od siebie, powiedzieć na przykład: „Nienawiść sprawia, że już nic do nas nie dociera. Nawet dobre rzeczy”. Możemy podać jakiś przykład z naszego życia, gdy tak nas zaślepiło to uczucie, że coś straciliśmy.

Na innej stronie przerażony puchaty stworek żongluje piłeczkami, jadąc na mizernym, rozchwianym monocyklu. „Niepokój żongluje” – czytamy. Możemy dodać: „Gdy odczuwasz niepokój, ciągle się boisz. Jesteś niepewny, obawiasz się, że zaraz coś się wydarzy, drżysz i spodziewasz się najgorszego”.


Starszym dzieciom nie trzeba mówić nic. Ilustracje i lakoniczne teksty są dla nich wystarczająco wymowne. Książkę można potraktować jako przewodnik po uczuciach, gdy chcemy je poznać, dowiedzieć się, co (z nami) robią, albo jako poradnik, gdy zależy nam, by skupić się na jednym, aktualnym dla nas uczuciu. 

Na przykład po ataku złości możemy sięgnąć po książkę, otworzyć na stronie, gdzie rozzłoszczony stworek wrzeszczy ile sił w płucach, i zapytać dziecko: „Gdy się złościsz, tak jak przed chwilą, czujesz się pewnie jak ten jeżyk? Widzę jak wybuchasz”. 

Autorki książki nie pokazują uczuć w podziale na dobre i złe. Wszystkie uczucia są tu równouprawnione, mały czytelnik odnajduje je w sobie i akceptuje ich obecność, ale zyskuje też  informację o konsekwencjach, jakie się z tą obecnością wiążą: „Strach udaje, że go nie ma”, „Samotność brnie przez pustynię”, „Życzliwość ucisza burzę”, „Cierpliwość ma piękny ogród” itd.

To filozoficzne podejście (Tina Oziewicz jest filozofką) daje odbiorcy przestrzeń na własną refleksję i wybrzmienie zawartych w książce haseł. Ilustracje Aleksandry Zając pomagają w identyfikacji uczuć, dzięki zastosowanej antropomorfizacji (uczucia to stworki, które robią różne rzeczy) ukonkretniają się w wyobraźni dziecka. Zresztą nie tylko dziecka – patrząc na zgarbione plecy stworka tulącego do siebie szalik należący niegdyś (jak się domyślamy) do utraconej drogiej osoby, także dorosły realnie doświadcza uczuć mistrzowsko uchwyconych w krótkim tekście: „Nostalgia wącha szalik”.


Mogę sobie wyobrazić setki zastosowań  dla tej wyjątkowej książki – od przedszkolnego projektu „Poznaj mieszkańców krainy Uczuć”, przez pomoc terapeutyczną w pracy z dziećmi ze spektrum autyzmu po poczytajkę-oglądajkę przed snem albo refleksyjny cofee table book dla zupełnie dorosłego czytelnika.

Tina Oziewicz, Co robią uczucia?, il. Aleksandra Zając, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Wiek: 3+

czwartek, 17 września 2020

Sekretne życie smarków

 

Mimo bardzo ciepłych wrześniowych dni, jesień już czeka za rogiem. Nawet zdążyła już się zapowiedzieć, wysyłając do nas kataralnego wirusa, który przez cały tydzień nie ustawał w smarkatych wysiłkach. Opróżniwszy czwarte pudełko chusteczek higienicznych przestałam wierzyć, że jeszcze kiedyś odetchnę przez nos, a mój syn, z fascynacją słuchając kanonady kichnięć, zaczął zadawać pytania natury poznawczej (czy kiedy patrzy się w słońce, to zaczyna się kichać?). Wtedy przypomniałam sobie o tej książce.

 


„Sekretne życie smarków” wzięłam pierwszy raz do rąk na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie i pomyślałam, że oto coś, co siedmiolatek przyjmie z satysfakcją. Wielbiciel wszystkich książek z serii „Moje ciało” wydawnictwa Tako, wciąż nie ma dość tematów fizjologicznych. Brzydzą go i fascynują jednocześnie.

 


Autorska książka Mariony Tolosy Sisteré od pierwszej strony wytacza grube działa, ku dzikiej radości małych czytelników. Oto z uroczej rozkładówki przedstawiającej dzieci siedzące w szkolnych ławkach dowiemy się, co można zrobić ze smarkiem, gdy się odkryje na lekcji, że się go ma w nosie.

Otóż można ulepić z niego babolek. Albo przykleić go pod ławką.
Albo zjeść.

 


Rozumiecie więc, że książka zapewnia wiele okazji do śmiechu. Ale oferuje też porcję wiedzy, podaną lekko, konkretnie i w akuratnych proporcjach dla 4–7-latków. Dziecko dowie się, że katar zaczyna się w zatokach, że określony kolor wydzieliny niesie za sobą określone informacje chorobowe. Pozna także „kataralne” zwyczaje zwierząt oraz wyrazy dźwiękonaśladowcze, którymi opisuje się dźwięk kichnięcia w różnych językach – francuskim, włoskim, portugalskim, chińskim… Na ten fragment zawołałam starszą córkę, która interesuje się różnymi językami i kulturami. Ciekawie było także dla niej dowiedzieć się, że w Meksyku na pierwsze kichnięcie odpowiada się „Zdrowia!”, na drugie „Pieniędzy!”, a na trzecie: „Miłości!”.

 


Książkę wieńczy zabawa – „Prawda czy fałsz”, z kluczem odpowiedzi i wyjaśnieniami. I powiem szczerze, że pytania wcale nie są oczywiste i banalne, i również dorosłego zmuszają do wysilenia przez chwilę szarych komórek.

Doceniam stronę graficzną książki – zabawne, celowo po dziecięcemu koślawe rysunki utrzymane w ciepłej tonacji kolorystycznej.

 Mariona Tolosa Sisteré, Sekretne życie smarków, tłum. Karolina Jaszecka, wyd. Debit, Katowice 2019.

Wiek: 4+

 

czwartek, 3 września 2020

Tosia i przygoda na plaży

 

Mieliście kiedyś tak, że postanawialiście, że od jutra będziecie kimś zupełnie innym? Jeśli nie lepszą, to przynajmniej odmienną wersją siebie? Tosia u progu wakacji wpada wraz z dwiema koleżankami na podobny pomysł: Hania zdecydowała, że przestanie być taka śmiała i trochę się wycofa, Marysia – że zacznie oglądać telewizję, a Tosia obiecała sobie, że przestanie folgować swojej bujnej wyobraźni i stanie się dzieckiem rozumującym zupełnie prostoliniowo.

 


Na szczęście Tosia, którą czytelnicy mogli poznać już w pierwszym tomie jej przygód („Tosia i tajemnice geodety” – o książce pisaliśmy w zeszłym roku w KL dzieciom) nie wyzbyła się całej swojej ciekawości i zmysłu obserwacji i w czasie wakacji nadal skrzętnie z nich korzysta. A żeby być fair wobec siebie i dotrzymać postanowienia, obserwacje zwyczajne, bez podtekstów i domysłów zapisuje w dzienniku zwykłym pisakiem, swoje domysły zaś i dociekania notuje po kryjomu – niewidocznym atramentem sympatycznym.

 


A jest co notować, bo na niby zwyczajnej plaży zaczynają się dziać wcale niezwyczajne rzeczy. Oto za ogrodzeniem na prywatnej posesji przesiaduje samotna dziewczynka, mimo upału ubrana w gruby sweter. Najwyraźniej jest też pod stałym nadzorem, pilnuje jej bowiem strażnik. Tosia, gorliwie zachęcana do przyjrzenia się sprawie przez Gerarda, chłopaka mamy, który jest detektywem i właśnie przygotowuje wykład o tajnych metodach obserwacji, daje się ponieść przygodzie. Ani się obejrzy, a już jest po drugiej stronie ogrodzenia i rozmawia z tajemniczą dziewczynką. Jak widać, nie jest łatwo wyprzeć się własnego „ja”.

 


„Tosia i przygoda na plaży” to zabawna, błyskotliwa, napisana lekkim piórem książka dla młodszego czytelnika (pierwsze klasy podstawówki).  Sprawdzi się zarówno w samodzielnym czytaniu, jak i tym wspólnym, na głos – choćby dzięki dużej liczbie zręcznie napisanych dialogów. Edytorsko starannie dopracowana – ma czytelny font, przyjazną interlinię i takież marginesy, „ciepły”, łagodny dla oka papier i poręczny nieduży format. No i ilustracje!

 


Wyobrażam sobie, że nie każdemu musi pasować styl Weroniki Tarki – proste czarno-białe ilustracje o lekkiej, żartobliwej kresce, mnie one jednak urzekły. Świetnie pasują do tej z pozoru niefrasobliwej, ale jednak przemycającej istotne treści (wartość bycia sobą, borykanie się z ciężką chorobą, potrzeba przyjaźni i dzielenia z innymi radości i smutków) o zaskakującym finale.

 

Magdalena Miecznicka, Tosia i przygoda na plaży, il. Weronika Tarka, wyd. Dwie Siostry 2020.
Wiek: 6+

 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Pate


Chwilę nam zeszło, zanim sięgnęliśmy po książek o Patem, a dochodziliśmy do nich drogą okrężną i na dodatek karkołomnie.
Był więc wypadek. Rower kolegi złapany przez Tadzia tylko na chwilkę, na „jedno okrążenie” wokół placu zabaw. Wystarczyło. Bez kasku wystarczy chwila, kilka sekund. Pamiętajcie o tym. Była karetka, tomografia, pęknięta czaszka, wstrząśnienie mózgu, leżenie w szpitalu. A teraz rekonwalescencja. Żadnych szaleństw, ograniczenie bodźców. A więc detoks telewizyjny i komputerowy. Na szczęście ZAWSZE są KSIĄŻKI.



Czytamy więc, czytamy, czytamy… nowości i starości, książki kupione dawno temu, czekające na swoją kolej na półkach, i te kupione w minionym tygodniu, książki wypożyczone z biblioteki i nadesłane przez wydawców, książki podrzucone przez znajomych i lektury mojego dzieciństwa wyszperane u dziadków.

Książki z serii „Pate” Tima Parveli z ilustracjami Pasi Pitkänena przysłało kiedyś wydawnictwo Widnokrąg. Czekały cierpliwie na właściwy moment. Któregoś dnia na początku lipca uczestniczyłam w spotkaniu online poświęconemu skandynawskiej literaturze dziecięcej. I tam tłumaczka Iwona Kiuru opowiadała między innymi właśnie o Patem. Oraz o Elli (wspaniałej serii, niestety w Polsce tylko dwutomowej, tego samego autora), Ryśku (Krzyśku) Raperze i innych arcyciekawych postaciach książkowych. Skrzętnie notowałam, a potem pojechałam do biblioteki. Wróciłam z Ellą, Ryśkiem, a Patego znalazłam na półce we własnym domu. Nadal cierpliwie czekał. 



Odkrycie Tima Parveli i stworzonych przez niego bohaterów to była naprawdę wielka frajda dla Tadzia. Tego właśnie potrzebował – solidnej dawki poczucia humoru, która ociera się o głupawkę, ale nie przekracza granicy, zręcznie zarysowanych (i narysowanych) postaci rówieśników, wartkiej akcji, którą mógłby śledzić bez wysiłku, ale na tyle wciągającej, by oderwać go od smutnych myśli, że nie może biegać, grać w piłkę i uczestniczyć w półkoloniach sportowych (z których musieliśmy zrezygnować, podobnie jak z rodzinnego wyjazdu na Mazury). 


Pate to chłopiec z jednej strony trochę gapowaty i głupkowaty na tle rówieśników, ale z drugiej strony zdarza mu się dokonać bystrych obserwacji, potrafi też stanąć na wysokości zadania, jeśli trzeba. Wołałby bawić się na przykład z psem niż z dziewczyną, ale w razie konieczności tworzą team i działają ramię w ramię. Dorośli w fabułach Parveli (rodzice, nauczyciele) nie stoją po drugiej stronie barykady, raczej z boku, momentami trochę nieporadnie próbując wspierać dzieci i odczytywać ich świat. Zdecydowanie nie są pozbawieni wad i nie mają wyłączności na wiedzę. A może po prostu brakuje im wyobraźni i odrobiny wiary w to, czego nie da się ogarnąć rozumem.



Przygody Patego zilustrował brawurowo Pasi Pitkanen, a w zasadzie stworzył równolegle z Timem, bo jego czarno-białe prace dopowiadają, twórczo dopełniają napisane historie w sposób wykraczający poza standardowe zilustrowanie. Mamy tu więc na przykład rysunkowe (wyłącznie) teorie przebiegu zdarzeń, całe komiskowo-rysunkowe rozdziały, złożone rysunkowe analizy postaci z najdrobniejszymi szczegółami, portrety bohaterów obrazujące przykładowo ich style zarzucania wędki, wiązania węzłów, robienia kanapek itp.



Cztery tomiki: „Pate pisze bloga”, „Pate gra w piłkę”, „Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby” to pisane z perspektywy tytułowego bohatera wpisy na blogu. Początkowo będące tylko przymusowym pisaniem wakacyjnego dziennika w ramach pracy zadanej przez nauczyciela, stają się dla Patego ciekawym sposobem uwieczniania własnych przygód. Czytelnik ma wgląd w myśli chłopca, czynione przez niego ciekawe, okraszone dowcipem obserwacje, i snute wątpliwości. Dużo tu humoru i bystrych spostrzeżeń, szczególnie na temat świata dorosłych i skandynawskiego (zdrowego) dystansu do siebie i innych. Choć więc seria zasadniczo przeznaczona jest do samodzielnego czytania, bardzo fajnie czyta się ją też na głos, z przerwami na wnikliwe oglądanie ilustracji.

Timo Parvela, „Pate pisze bloga”, „Pate gra w piłkę”, „Pate szuka skarbów”, „Pate łowi ryby”, il. Pasi Pitkänen, wyd. Widnokrąg, Warszawa 2018–2020.
Wiek: 6+





sobota, 18 lipca 2020

Klub Opiekunek (The Baby-Sitters Club)


Gdyby seria The Baby-Sitters Club ukazywała się w Polsce na przełomie lat 80. i 90., bez wątpienia byłabym jej wierną czytelniczką. Uwielbiałam wszelkie kluby, stowarzyszenia i zgrupowania, i przez ładnych kilka lat dorabiałam sobie do kieszonkowego, opiekując się dziećmi. No i kusiło mnie życie nastolatek z Zachodu J



W Stanach Zjednoczonych słynna seria autorstwa Ann M. Martin zaczęła wychodzić w roku 1986. Wydawnictwo Scholastic uznało, że jest zapotrzebowanie na książki, których bohaterkami byłyby młodsze nastolatki dorabiające sobie po szkole jako babysitterki. Początkowo umowa z Martin stanowiła o czterech tomach, ale szybko okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę i czytelniczki domagają się kolejnych książek. W efekcie do roku 2000, kiedy to serię oficjalnie zakończono, powstało ich… 213. Z tego Ann M. Martin napisała 36 tomików, pozostałe części stworzyli ghostwriterzy, po jej konsultacji i redakcji. 

W roku 1990 na podstawie książek powstał serial telewizyjny, w roku 1995 film pełnometrażowy, a w tym roku Netflix, na fali nostalgii za latami 80. i 90. wypuścił własną, uwspółcześnioną produkcję kultowej serii. W latach dwutysięcznych zaczęły się także ukazywać przyzwoite komiksowe adaptacje książkowej serii – wciąż powstają kolejne tomy.



W Polsce możemy poznać klasyczną serię BSC dzięki wydawnictwu Mamania – do tej pory ukazały się trzy tomy, na sierpień planowany jest kolejny.

Dla osoby dorosłej „Klub opiekunek” to swoisty flashback, powrót do świata zabaw na podwórku, sygnałów puszczanych w okna latarkami, wielogodzinnego okupowania stacjonarnego telefonu i długich wspólnych z rówieśnikami powrotów ze szkoły. Czasów, w których dzieci miały więcej domowych, a nie tylko szkolnych obowiązków, ale też więcej wolności.

Dla współczesnych dzieci to po prostu lekko napisana, zabawna,  dobrze czytająca się książka – poruszająca wciąż aktualne problemy, takie jak rozwód rodziców, kłótnie między przyjaciółkami, pierwsze uczucie, relacje z rodzicami itp.


W pierwszej części serii – „Świetny pomysł Kristy” – poznajemy cztery założycielki Klubu Opiekunek. To Kristy, Claudia, Mary Anne i Stacey. Wszystkie mają po 12 lat i chodzą do tej samej szkoły. Każda też w czasie wolnym opiekuje się dziećmi w okolicy, zarabiając w ten sposób własne drobne pieniądze. Pewnego dnia Kristy słyszy, jak jej matka wykonuje zdesperowana kolejne telefony w poszukiwaniu opiekunki dla młodszego brata Kristy. To sprawia, że dziewczynka wpada na pomysł zebrania kilku babysitterek w jeden klub, co wszystkim ułatwi życie.

Jak można było przypuszczać, prowadzenie klubu wiąże się z masą zabawnych sytuacji, nieporozumień i wpadek. Już tylko w pierwszym tomie młode opiekunki muszą dać sobie radę ze zgłoszeniem, w którym zamiast nad dziećmi przyjdzie im opiekować się… psami, z nagłą koniecznością zatroszczenia się nie o jedno, lecz o czworo dzieci, a także uporania się z  agresywnym kotem i wiedźmowatą sąsiadką.


Oprócz tego jednak dziewczyny po prostu spotykają się ze sobą, przeżywają radości, smutki, mają tajemnice, kłócą się i godzą. Mama Kristy planuje ponowne małżeństwo, Mary Anne jest wychowywana przez surowego, nadopiekuńczego ojca, Stacey ma cukrzycę, a Claudia siostrę-geniuszkę, z którą wszyscy ją porównują… Życie domowe, szkolne i rówieśnicze dziewczyn toczy się wartko i obfituje w ciekawe zdarzenia, co bez wątpienia stanowi o sukcesie serii. Podobnie jak przesłanie, że w pędzącym naprzód świecie i chaosie codzienności dobrze mieć grupkę sprawdzonych przyjaciół i wspólnie robić różne rzeczy.

P.S.
Ciekawostka: Na zdjęciach autorka BSC i ja. Zaskakujące podobieństwo, czyż nie? Hihi

Ann M. Martin, Klub Opiekunek (The Baby Sitters Club, BSC). Świetny pomysł Kristy, tłum. Małgorzata Masełko-Swędrak, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 9+

środa, 15 lipca 2020

Dwie Księżniczki z Bamarry


W tym tekście głos oddaję córce:
Ostatnio w moje ręce wpadła książka o tytule Dwie Księżniczki z Bamarry. Zaciekawiła mnie okładka i blurb, które mówiły, że głównymi bohaterkami są dwie siostry, księżniczki, żyjące w magicznej krainie. Rzadko się spotyka powieści dla młodzieży o takiej tematyce, bo zazwyczaj jest ona przeznaczona dla młodszych czytelników. Niesłusznie!


Książkę bardzo mnie wciągnęła i przeczytałam ją w trzy dni (co jest dla mnie niezwykle szybkim tempem). Pewnie dlatego, że jest też lekko napisana i ma niezwykły klimat.

Głównymi bohaterkami są dwie siostry, Addie i Meryl, księżniczki Bamarry. Pierwsza spokojna, nieśmiała i bojaźliwa. Druga – odważna, przebojowa, gotowa w każdej chwili pomóc siostrze. Jednak, kiedy to Meryl zachoruje na najstraszniejszą chorobę w królestwie – Szarą Śmierć – siostry będą musiały zamienić się rolami i to Addie wyruszy na wyprawę w poszukiwaniu leku. Stawi czoła wielu przeszkodom i stoczy bitwy z potworami.

Źródło: https://twoprincessesofbamarre.tumblr.com/

Opisane w książce przygody kojarzą mi się z Hobbitem z powodu umieszczenia akcji w obcym nam świecie, występowania smoków, elfów i krasnoludów, jednak ta książka zawiera zdecydowanie mniej opisów i szczegółów, przez co ma formę podobną do baśni. Łatwo mi było ją sobie wyobrazić jako taką właśnie opowieść, pewnie przez jednowątkowość fabuły.

Ważnym aspektem jest ukazanie księżniczki jako bohaterki pokonującej smoki, gryfy i ogry. Nie jest to wymuszone zbyt widocznym mottem „patrzcie, dziewczyny TEŻ potrafią”. Nie, postawa Addie została opisana jako bohaterska, jednak nikt nie kładł nacisku na fakt, że to księżniczka (a nie rycerz czy książę) pokonała smoka. Po prostu uznany został jej akt odwagi, miłości do siostry i przełamanie własnych lęków. Jak powinien zostać uznany każdemu, niezależnie od płci.

Zuza Zaborek

Cytat z książki

Gail Carson Levine, "Dwie Księżniczki z Bamarry", wyd. Poradnia K, Warszawa 2020.
Wiek: 10+