środa, 24 sierpnia 2016

Wielki rejs

Recenzja książki „Grandad’s Island”


Dziadek mieszka w pobliżu, w małym domku otoczonym ogrodem. Syd może przychodzić do niego, kiedy chce, wystarczy że otworzy furtkę w starym murze i wyjmie klucz schowany pod doniczką.



Tym razem jednak dziadka nie widać w zasięgu wzroku – aby go znaleźć, chłopiec musi wejść aż na strych. Nigdy wcześniej tu nie był, rozgląda się więc zadziwiony po tym miejscu wypełnionym  pamiątkami z licznych dziadkowych podróży po świecie.


W którymś momencie wisząca na ścianie zasłona opada, ukazując solidne metalowe drzwi. Prowadzą one na pokład statku, kołyszącego się wśród oceanu dachów miasteczka. Statku, którym dziadek raz jeszcze popłynie w podróż…


Piękna opowieść o przyjaźni, bliskości, o miłości dziadka i wnuczka, o ich głębokiej relacji i byciu razem. To także opowieść o przemijaniu i śmierci, jednak opowiedziana nie wprost, lecz bardzo subtelnie, metaforycznie, ledwo dostrzegalnie  – dorosły odbiorca wie od razu, dlaczego Syd nie może znaleźć dziadka, co oznacza ta wielka podróż, czym jest piękna kolorowa wyspa pełna bujnej roślinności i różnorodnych gatunków zwierząt i dlaczego dziadek postanawia tam zostać. Najmłodszy czytelnik nie wie, ten ciut starszy może się trochę domyśla. A może wcale nie. 
To zostawia wolną rękę do rozmowy z dzieckiem. Od nas zależy, jak wiele z dorosłej interpretacji zdradzimy.  Możemy pozostać tylko przy fantastycznej przygodzie dziadka i wnuczka, możemy potraktować tę historię jako ich wspólne fantazjowanie albo nawet jako sen Syda.


Jest to też oczywiście rzecz o stracie ukochanej osoby, o godzeniu się z jej odejściem, o emocjach, które towarzyszą obu stronom tego arcytrudnego doświadczenia.
Akcent zostaje jednak położony na bliskość, na wzajemne zrozumienie, radość z bycia razem,  przeżywanie, doświadczanie, odkrywanie nowego, dzielenie się swoim wewnętrznym światem. 


Skromna w słowach, książka zachwyca rozmachem ilustracyjnym. Nasycone barwy, rozległe płaszczyzny koloru, mnogość szczegółów, a jednocześnie precyzyjne rozplanowanie przestrzeni, przejrzystość i estetyka każdej ilustracji wręcz hipnotyzują. Po niezwykle chwalonym i nagradzanym „The Storm Whale” to kolejny wyjątkowy picturebook Benjiego Daviesa.


Benji Davies, Grandad’s Island, wyd. Simon and Schuster, Londyn 2015.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Subiektywny przegląd książkowych nowości /sierpień 2016/

Co miesiąc zaprezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.



Pewna rodzina nie miała zbyt wielu pieniędzy ani nawet porządnego domu, miała za to siebie nawzajem oraz całe mnóstwo książek. Zajmowały one każde wolne miejsce kempingowej przyczepy, w której mieszkali. Było ich tak dużo, że zaczęły wysypywać się drzwiami i oknami. Z ciężkim sercem postanowiono więc, że książki znikną. Szybko się jednak okazało, że wszystkim ich bardzo brakuje: nawet do tego, by wspiąć się po nich do okna czy podeprzeć krzywą nogę stołu. Przede wszystkim jednak bez książek wnętrze przyczepy było nieprzyjemnie puste, i zbyt wiele przestrzeni pojawiło się między poszczególnymi członkami rodziny (!). Na szczęście właśnie wtedy, gdy wszystkich dopadł zły humor, z torby wypadła książka. Nienależąca do nikogo z rodziny, lecz pożyczona z biblioteki…
Obrazkowa opowieść o książkach, bibliotece i bliskości, jaką daje wspólne czytanie i dzielenie się książkami.

Peter Carnavas, O dzieciach, które kochają książki, wyd. Adamada 2016
Wiek: 4+

Opowiadanie Etgara Kereta pochodzące ze zbioru „Tęskniąc za Kissingerem” znajduje w tym wydaniu ilustrowaną odsłonę. Mały chłopiec marzy o figurce Barta Simpsona na deskorolce. Matka chce kupić dziecku zabawkę, ojciec twierdzi, że to niewychowawcze, bo w życiu nic nie przychodzi ot tak, tylko dlatego, że się czegoś chce.  Zamiast figurki wręcza więc synowi porcelanową świnkę-skarbonkę i każe mu od teraz zbierać pieniążki, aż skarbonka będzie pełna. Wtedy dostanie Barta.
Chłopiec  posłusznie pije kakao, którego szczerze nie znosi, i dostaje za to monety, które wrzuca do świnki. Z każdym dniem coraz większą sympatią darzy porcelanową zabawkę i coraz mocniej się do niej przywiązuje. Kiedy więc pieniądze zostają uzbierane, i pojawia się ojciec z młotkiem w ręku, chłopiec wie tylko jedno: trzeba ratować świnkę!
Melancholijna opowieść o przyjaźni, oddaniu i wyborach, dla niektórych dzieci (nie tych bardzo wrażliwych) i dla dorosłych, z mrocznymi, surowymi ilustracjami Davida Polonsky’ego.

Etgar Keret, Stłuc świnkę, il. David Polonsky, wyd. Wilga/GW Foksal 2016
Wiek: 6+

Książka legendarnego amerykańskiego rysownika, który zawsze twierdził, że absolutnie każdy może nauczyć się rysować. Amerykanie powiadają, że „jest ich dobrem narodowym”, bo z jego instruktażowych książeczek uczą się rysować kolejne i kolejne  pokolenia.  Te aktywizujące zeszyty niezwykle przystępnie, krok po kroku pokazują, jak rysować figury, pojazdy, zwierzęta i ludzkie twarze, dużo w nich też poczucia humoru i autoironii autora, co sprawia, że od lat cieszą się niesłabnącą popularnością na całym świecie. Ed Emberley właśnie trafił do polskiego czytelnika – „Fingerprint” to książeczka, w której pokazuje, jak malować odciskami palców. Jak zawsze zaczyna od najprostszych form, by przejść do bardziej złożonych kształtów, aż po rysunki dla zaawansowanych. Pokazuje różne materiały, techniki, sposoby wykonywania odbitek. W książce znajdują się instrukcje do tworzenia rysunków podzielone na rozmaite kategorie związane z porami roku, okazjami i świętami, a także z konkretnymi postaciami (ludzie, zwierzęta, rośliny, bohaterowie itd.).

Ed Emberley, Fingerprint. Uczymy się rysować odciskami palców, wyd. Jedność 2016
Wiek: 4+


Piąty tom z serii słynnych albumów o miastach świata „Oto jest…”. Po Paryżu, Londynie, Rzymie i Nowym Jorku przyszedł czas na Monachium. Miasto dla nas niekoniecznie znajdujące się na szczycie listy miejsc, o których się marzy, ale dla Miroslava Šaška szczególne, bo to w nim zamieszkał po opuszczeniu komunistycznej Czechosłowacji w 1948 roku. Autor zabiera czytelnika w podróż sentymentalną po mniej i bardziej znanych zakątkach miasta, opowiada o jego mieszkańcach, oprowadza po zabytkach, zwraca uwagę na ciekawostki, z humorem komentuje.
Dla współczesnego czytelnika obcowanie z tą książką to także podróż w czasie, do Monachum z lat 60. Cała osiemnastotomowa seria przewodników powstała ponad 50 lat temu i stanowi to o jej wyjątkowym uroku. Kto lubi styl vintage, nie przejdzie obojętnie obok ilustracji M. Šaška i zapragnie ustawić na półce wszystkie tomy tej kolekcji.    

Miroslav Šašek, Oto jest Monachium, wyd. Dwie Siostry 2016
Wiek: 4+

Gdy moje dzieci szły do przedszkola, książki odegrały bardzo dużą rolę w przygotowaniu ich na to wydarzenie. O inne rzeczy pytał syn, o inne córka, ale oboje łaknęli wiedzy i wglądu w przedszkolną codzienność. Takich lektur nigdy za wiele, bo im więcej maluszek dowie się o miejscu, w którym wkrótce spędzi sporą część dnia, tym pewniej i swobodniej się tam poczuje. Taką przedszkolną propozycją jest właśnie kartonowy wimmelbuch „Rok w przedszkolu” Przemysława Liputa. To wyszukiwanka na cały rok – na dwunastu rozkładówkach dziecko może obserwować zdarzenia z życia przedszkola, przebiegające w rytmie kolejnych miesięcy i pór roku. Jest więc to pozycja także dla średniaków i starszaków, dla których frajdą będzie podążanie za Tosią, Frankiem, Julką, Bazylem, Fridą, Stasiem czy Zuzią i obserwowanie ich, jak robią rzeczy zwyczajne i odświętne – rysują, śpiewają, bawią się, kłócą, idą na spacer, słuchają pani albo nie, smucą się i popłakują…, gdy robią latarnię z dyni na Halloween, ubierają choinkę przed Bożym Narodzeniem i wędrują z kukłą marzanny, by zaklinać wiosnę.

Przemysław Liput, Rok w przedszkolu, wyd. Nasza Księgarnia 2016
Wiek: 0–6

sobota, 13 sierpnia 2016

Czerń, biel i wieża z czekoladowych ciastek

Recenzja książek „Młody Frank architekt” i „Młoda Charlotte filmowiec”


Nigdy nie jest łatwo wyjść przed szereg, by obronić własną oryginalność. Nie mówiąc o próbach przekonania innych do swoich poglądów czy pasji. A gdy ma się ledwie kilka lub kilkanaście lat, bywa to jeszcze trudniejsze, niemal jak walka z wiatrakami. Wygląda na to, że wszyscy inni wiedzą lepiej, co jest właściwe. Co robić, mimo tych niesprzyjających okoliczności, by pozostać wiernym sobie i swoim marzeniom?



Takie pytanie zapewne niejeden raz pojawia się w głowach Charlotte i Franka. On jest architektem, ona filmowcem i niezależnie od bardzo młodego wieku oboje są niezwykle oddani swoim zainteresowaniom. Frank całymi dniami projektuje, buduje, tworzy wyjątkowe konstrukcje. Wykorzystuje do tego przedmioty, które akurat wpadną mu w ręce i go zainspirują: makaron, łyżki, papier toaletowy albo książki dziadka. Nie przeszkadza mu wcale, że drapacz chmur jest krzywy, a na krześle nie da się usiąść.  Charlotte z kolei nie wychodzi z domu bez kamery i filmuje wszystko, co wyda jej się ciekawe, o ile jest to… czarno-białe. Właśnie takie spojrzenie na świat najbardziej jej odpowiada – „chciałaby wziąć słomkę i odessać z powietrza wszelkie kolory”!




Kłopot w tym, że otoczenie próbuje zdeprecjonować niekonwencjonalne działania zarówno Charlotte, jak i Franka. Rodzina, znajomi, nauczyciele najchętniej zaprzeczyliby ich oryginalnym wizjom. „Architekci nie projektują krzywych budynków” – krytykuje dziadek Franka, sam będący architektem. Rodzice Charlotte narzekają, że w kinie, w którym wyświetlane są czarno-białe filmy podłogi są lepkie, a popcorn rozmiękły. Rówieśnicy ignorują tych dwoje, wybierając zwyczajne dziecięce zabawy – łażenie pod drzewach, grę w klasy i w chowanego.


Mimo wszystko dziadek Franka i rodzice Charlotte próbują zrozumieć oryginalne zainteresowania dzieci i pomóc w ich kształtowaniu. W ten sposób trafiają do MoMa – nowojorskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie wspólnie mają okazję zobaczyć prace słynnych artystów, których wizje były równie nowatorskie. Frank odkrywa krzesło o miękkich konturach i powykręcaną  wieżę Franka O. Gehry’ego, model Broadcare City autorstwa Franka Lloyda Wrighta oraz obrotowe krzesło zaprojektowane przez Charlotte Perriand.
Charlotte poznaje natomiast Scarlet, pracownicę Działu Filmu MoMa, która zabiera ją na pokaz czarno-białego filmu „Przygody Księcia Achmeda” – najstarszej długometrażowej animacji nakręconej przez Lotte Reiniger. Dziewczynka znajduje w Scarlet pokrewną duszę, i ta znajomość staje się źródłem inspiracji i motywacji, jak również owocuje sukcesem filmowym młodej reżyserki.


Ostatnia strona każdej z książek zawiera informację o Muzeum Sztuki Nowoczesnej, krótkie opisy eksponatów, które przykuły uwagę Franka i Charlotte, a także biogramy artystów, którzy ich zainspirowali.


Frank Viva, ilustrator „New Yorkera” (w tym ponad dziesięciu okładek tygodnika) i autor książek dla dzieci nadaje swoim pracom charakterystyczny komiksowy styl, łączący w sobie współczesność i klimat retro. Zabawne sylwetki bohaterów, mocna kreska, ograniczona paleta barw, w niektórych miejscach monochromatyczna, do tego  wyjątkowa kombinacja słów i obrazów – wszystko to daje mocny, zapadający w pamięć efekt. Nie dziwi, że od kilku lat artysta zdobywa coraz większe uznanie w USA i na całym świecie. Sam skromny i oddany swej pracy, podkreśla często, że wciąż się uczy. Wszystkim młodym artystom radzi, by się łatwo nie poddawali i nie pozwolili wygładzić swoich drobnych dziwactw, równając do ogólnie przyjętej normy, bo właśnie w tych indywidualnych rysach tkwi największy potencjał. Takie przesłanie stara się zawierać w swoich książkach.


Oba tytuły są więc zaproszeniem do eksplorowania i pogłębiania zainteresowań, nawet tych z pozoru dziwacznych. Zachęcają do postawy otwartości i gotowości przyjmowania nowych prawd oraz odsyłania do lamusa tych, których nie udało się obronić. Oczywiście nie każdy potrafi tak otwarcie jak dziadek Franka przyznać: „Wygląda na to, że się myliłem”, ale warto zostawić sobie margines dla nowych odkryć i dać się zaskoczyć jakiejś dziecięcej pasji, która pozwoli zrewidować poglądy i czegoś się nauczyć. Także o sobie samym.

Frank Viva, Młody Frank architekt, Młoda Charlotte filmowiec, tłum. Barbara Słomka, wyd. Muzeum Sztuki Nowoczesnej MoMa, Nowy Jork; Kocur Bury, Łódź 2016
wiek: 4+

Taką makietę do własnoręcznego sklejenia otrzymacie gratis, kupując książki o Franku i Charlotte na stronie wydawnictwa

czwartek, 11 sierpnia 2016

Letnie igraszki, zimowe harce

Recenzja książek „Nad morzem” i „W górach”







– Zobacz, jak ona krzyczy! – mówię, pochylając się nad książką. Wskazuję wysoką postać w fioletowym kostiumie kąpielowym. Kobieta stoi w wodzie. Wygląda na zaniepokojoną. Przykładając dłonie do ust, woła: „Adaś!”– To pewnie jej synek – mówi mój synek i szybko przekręca kartkę. – Chodź, zobaczymy, czy go znalazła.


Złocisty piasek, morze, hotel na plaży, naleśnikarnia, lokalne muzeum, wesołe miasteczko, kemping… Takie znajome wakacyjne klimaty znajdziemy w książce „Nad morzem”. Już okładka kusi letnimi kolorami, łagodnym zarysem fali, wesołą gromadką letników wędrującą brzegiem z plażowymi akcesoriami w rękach.



A w środku… feeria barw, nagromadzenie ludzi, zwierząt, przedmiotów, jak na książkę-wyszukiwankę przystało. Bohaterowie, którzy pojawiają się na każdej rozkładówce zostali przedstawieni na tylnej okładce. To nie tylko ludzie, lecz także kosmici, superbohaterowie, zwierzaki i bliżej nieokreślone stwory, jak pewien zielony osobnik, który na każdej stronie czymś się opycha, próbując skonsumować nawet krzesło. Nazwaliśmy go w domu Żarłocznym Filipem.

Ulubienicą mojej córki jest mysz, która na pierwszej stronie dryfuje na niewielkiej tratwie. Sądząc po walizce, przybywa z wizytą i spieszno jej dotrzeć w określone miejsce. Zaintrygowany czytelnik popędzi tam za nią, śledząc przemierzającego kartki gryzonia, ciekaw odkrycia, gdzie tak bardzo zwierzakowi się spieszy.



Duże wrażenie robi postawa superbohatera, który w pełnej gotowości wypatruje zagrożenia i zawsze pojawia się na czas, kiedy trzeba: uratować ptasie jajo przed rozbiciem, podeprzeć własnym ciałem przeciążony strop albo przegnać deszczowe chmurzysko.
A dla najmłodszych jest balon! Puszczony wolno, unosi się na niebie, czasem z lewej, czasem z prawej strony kartki. Zagląda w okna, raz niemal wplątuje się w restauracyjny szyld. Malec może bez trudu go odszukać na ilustracji i śledzić jego lot, który szczęśliwie kończy się w pewnej dziecięcej dłoni.



Kiedy zapragniecie wyjść poza letnią scenerię, sięgnijcie po kartonówkę „W górach” . W innych okolicznościach przyrody będziecie mogli spotkać tych samych bohaterów – w każdym razie większość tych widzianych nad morzem. Mysz podróżuje tym razem na dachu autobusu, superbohater ratuje przed śnieżną lawiną i upadkiem z oblodzonej grani, aktorka zaś pozuje do zdjęć na stoku narciarskim i lodowisku. Mól książkowy pojawiający się w obu tytułach jest wszędzie tak samo zaczytany i niepomny tego, co się wokół niego dzieje. Tylko lektury mu się zmieniają. 

W książce „W górach” pojawia się dodatkowo filozoficzny akcent – zestaw dziecięcych pytań umieszczonych w dymkach, jak na przykład rzucone od niechcenia do matki ciągnącej sanki pod niebotyczną górę: „Dlaczego jest ci ciężko?”.


Sposób, w jaki będziecie się bawić obiema wyszukiwankami, zależy wyłącznie od Was – na tym polega zaleta tego typu książek. Można skupić się dłuższy czas na jednej stronie, przyjrzeć się danej scenie, temu co rozgrywa się w niej tu i teraz; można podążać za wybranym bohaterem przez wszystkie siedem rozkładówek, a potem, gdy już się pozna jego losy, wrócić do pierwszej strony i zacząć wędrówkę od nowa, z nową postacią. Ja lubię dodawać do obrazków tekst i dialogi, wprowadzać zabawne interakcje między bohaterami. Przykład: Kiedy mama Adasia wbiega do hotelowej restauracji, jej rozdzierający okrzyk sprawia, że kieliszek z winem niemal wypada z rąk pozującej właśnie do zdjęcia aktorki. Gwiazda nie odwraca głowy, ale syczy przez zaciśnięte usteczka: „Ciszej tam… tu się pracuje”.

Wszystkie postaci obu wimmelbuchów są nieco karykaturalne, tworzone lekką, wydłużoną kreską charakterystyczną dla stylu Albertine Zullo. Wyłaniający się z jej rysunków ludzie o pociągłych twarzach i długich smukłych ramionach przywodzą mi na myśl kobiety Modiglianiego. Warto zajrzeć na stronę artystki, żeby nacieszyć oko innymi jej pracami, także tymi tworzonymi dla dorosłych.



W obu książkach znajdziecie mnóstwo żartobliwych i uroczo nieprawdopodobnych historii, burleskowych sytuacji, emocjonalnych zwrotów akcji, a jednocześnie całość jest spójna i  uporządkowana. Gdzie trzeba zachowano umiar i wolną przestrzeń dla wzroku, nic więc nie ginie w chaosie, nie  skacze przed oczami, nie męczy. To z całą pewnością zasługa mistrzowskiego małżeńskiego duetu – Germano i Albertine od wielu lat pracują wspólnie. On tworzy historie, ona wypełnia je kolorem. Jak przyznają w wywiadach, przez lata uczyli się słuchania siebie nawzajem i chowania artystycznej dumy do kieszeni. Dziś różnorodne pomysły i natchnienia łączą w owocny dialog, którego efektem są wyjątkowe książki. Lubiane i doceniane nie tylko w Szwajcarii, z której oboje pochodzą, lecz na całym świecie. W 2016 roku zostali uhonorowani najcenniejszą dla ilustratorów dziecięcych międzynarodową nagrodą Bologna Ragazzi Award.


„Nad morzem”, „W górach”, Germano Zullo & Albertine, wyd. Babaryba 2016.
Wiek: 0+

środa, 10 sierpnia 2016

Niezwykle szczęśliwy wynalazca

Recenzja książki „Tru”


Przyznam, że tę opowieść wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Oczywiście wiedziałam, że  Tru” to historia szarych zajęcy, zamieszkujących dzielnicę emigrantów w Koniczynach Dolnych, ale spodziewałam się że będzie to raczej spokojna, wzruszająca opowiastka z przesłaniem i z milutkimi zajęczymi bohaterami. Albo coś przypominającego Piotrusia Królika „Beatrix Potter czy „Wesołe przygody królików” Geneviève Huriet. Jakżeż się myliłam!

 


Tytułowy bohater to rezolutny szarak z głową pełną pomysłów. Mieszka razem z mamą Zajęczą Wargą, siostrą Okromką i bratem Zajęczym Szczawikiem w Lesie Wysokim, do którego wyemigrowali z Lasu Niskiego jeszcze w czasach, gdy żył z nimi tata, który niedługo potem przepadł na polowaniu. Co się z nim dokładnie stało – nie wiadomo.



W każdym razie Zajęcza Warga nie załamała się po stracie męża, tylko podjęła pracę na dwa etaty w Leśnej Organizacji Porzuconych i sama zajęła się wychowaniem trójki dzieci. Jej niezłomność i zaangażowanie w sprawy społeczne budzą podziw i lekko oszałamiają, tym bardziej, że każde hasło zwykła powtarzać dwa razy. Jest wielką orędowniczką równości – zarówno na polu domowym, pomiędzy zającem i zajęczycą, jak i w szerszym kontekście społecznym – między mieszkańcami biednej i bogatej części lasu. Wszędzie jej pełno – gdy trzeba protestować w słusznej sprawie, ona pierwsza zarzuca na plecy drewniany stelaż na hasła i wędruje z nim tak długo, ile starczy jej sił.



Patrząc na zgiętą w pół matkę i przygotowując jej kąpiel z naparu rumianku, Tru doszedł do swoich własnych przemyśleń na temat tego, kim chciałby być i w jaki sposób oddziaływać na życie lokalnej społeczności. Podobnie jak Zajęcza Warga ma potrzebę walki z nierównościami, a hasła tolerancji są mu bardzo bliskie, bo, jak mówi „lubi wszystkie zające”, decyduje się jednak wybrać dla swych działań pozytywistyczną drogę.

Obserwując Kolorowych – zające mieszkające w bogatej części lasu i noszące wymyślne kolorowe futerka – oraz ich wciąż zmieniające się mody oraz nowe zabawki, na które nie stać żadnego Szaraka, Tru dochodzi do wniosku, że najrozsądniejszym wyjściem będzie zaproponowanie Kolorowym takiego gadżetu, który będą chcieli mieć, a który jednocześnie pozostanie w zasięgu skromnych możliwości finansowych Szaraków.

Korzystając ze swych technicznych uzdolnień oraz wsparcia nauczyciela i zaprzyjaźnionego stolarza, Tru rozpoczyna wynalazczą działalność.  Robota pali mu się w rękach. Powstają niezwykle oryginalne urządzenia, takie jak maszynka do mydlinek, hula-sus czy ochronna broń ucieczkowa, które przynoszą wiele pożytku nie tylko szkolnej społeczności, lecz także wszystkim biedniejszym i bogatszym mieszkańcom Wysokiego Lasu. Także sam Tru odnosi dzięki swoim poczynaniom małe duże zwycięstwo wyjątkowo uczuciowej natury…

Opowieść zająca Tru (to on jest narratorem) skrzy się od dowcipu, bystrych, czasem ironicznych spostrzeżeń, zabawnych dialogów i jeszcze zabawniejszych nazw  (jak zajobus) oraz imion (Kic-Karczycho, Słodka Dzidzia, Szus-Drapak, Hyc-Kidajło…). Dużo w niej lekkości, a jednocześnie zupełnie serio potraktowanych tematów. Co przeważy w trakcie lektury, zależeć będzie od czytelnika, jego wieku, przekonań, osobowości.




Książce towarzyszą przepiękne ilustracje Emilii Dziubak. To w zasadzie jest taka automatyczna fraza, która sama się klika na klawiaturze, gdy myślę o pracach tej artystki. Bo też trudno się nie zachwycać widokiem szkolnej sali skąpanej w słońcu, które ukośnymi smugami wpada przez okna, i wirujących w powietrzu świetlistych baniek mydlanych puszczanych przez brykające po klasie zające. A jednak… te najbardziej przeze mnie lubiane poetyckie, wypełnione grą świateł obrazy wydają się w niektórych miejscach zbyt łagodne, zbyt nostalgiczne dla rytmu opowieści Tru. Równoważą je jednak inne ilustracje, takie jak ta przedstawiająca oldskulowy, czerwony zajobus z zajęczymi uszami dumnie sterczącymi na dachu.


Barbara Kosmowska, Tru, il. Emilia Dziubak, wyd. Media Rodzina, Poznań 2016.
Wiek: 6+





środa, 3 sierpnia 2016

Czas płynie czekaniem

Recenzja książki „Czas czarodziej”


„Czas to jest wtedy, kiedy smażą się naleśniki i czekasz, żeby je zjeść” – takiej odpowiedzi udzielił mi syn, gdy go zapytałam, czym jest czas. Dzieci lubią rozmawiać o czasie, jego upływie, przemijaniu. Mają do tych kwestii czysto poznawcze i bardzo prostolinijne nastawienie. Widzą, że rosną, dmuchają przecież kolejną świeczkę na torcie, i z grupy maluchów przechodzą do średniaków. Obserwują też, że dorośli stają się coraz starsi, siwieją, łysieją. Słyszą, że wszyscy kiedyś umrzemy. „A ty już niedługo umarniesz, czy jeszcze trochę nie?” – teraz to mój czterolatek zadał pytanie, z uśmiechem niebieskich oczu utkwionym w moim nagle zasępionym obliczu. Proste pytanie, ale jaka trudna odpowiedź…




Kiedy nie wiecie, co odpowiedzieć, albo gdy po prostu nie macie akurat nastroju do takich rozmów, polecam sięgać po książki. One poprowadzą Was przez trudne tematy, częściowo przynajmniej zaspokajając ciekawość malca, i być może podsuną komfortowy sposób prowadzenia w przyszłości takich dyskusji.


Mnie z taką pomocą przyszedł  „Czas czarodziej” – książka, która w prosty i konkretny, acz niepozbawiony poetyckości sposób ukazuje dziecku czarodziejskie działanie czasu.  Czyni to za pomocą przykładów z życia wziętych, po to, by unaocznić kilkulatkowi to, co zlewa mu się w uogólnione „wczoraj” i enigmatyczne „jutro”.  


Kiedy więc upływa czas? Gdy tygrysi wzór na dywanie blaknie, niezjedzone owoce gniją, a grzywka zaczyna wpadać do oczu. „Zobacz, jak urosłeś!” – mówimy do dziecka, pokazując mu nogawki spodenek od piżamy, które niedawno sięgały ziemi, a teraz kończą się nad kostką.  




To dla niego odczuwalne dotknięcie czasu, i takich dotknięć jest w książce  więcej:  wanna staje się za mała, by w niej pływać, ołówek robi się krótszy, gumka się ściera, chleb czerstwieje i nie smakuje tak dobrze, gniją owoce leżące zbyt długo.














Jak trafnie podany to przekaz! Garść zręcznie dobranych słów, uproszczone, geometryczne obrazy, plamy kilku wyrazistych kolorów.





Czas przynosi też zmiany na lepsze, i to warto podkreślać w rozmowie z dzieckiem. Pamiętam, jak ojciec montował lustro w łazience, a ja, wówczas kilkuletnia protestowałam, że ono jest za wysoko, że widzę ledwie czubek własnej głowy. „Urośniesz ani się obejrzysz – śmiał się tata – i lustro będzie w sam raz”. Wkrótce potem ze zdziwieniem stwierdziłam, że miał rację…  To co małe, może więc stać się duże, spacer przeradza się w podroż i możemy wejść coraz głębiej w morze.



I owszem, wszystko przeminie i wszyscy kiedyś „umarniemy”, ale zestarzałe słowa zapamięta słownik, a my przetrwamy w pamięci naszych bliskich.
Czas popędzi dalej, zapętlając w nieustającym odliczaniu wskazówki zegarów, a „cienie wytańczą wokół drzew pory dnia”.


Isabel Minhós Martins, Czas czarodziej, il.  Madalena Matoso, wyd. Babaryba 2016
Wiek 4+

niedziela, 31 lipca 2016

Czas na (nie)porządki!

Recenzja książki „Szopięta”


Pranie, sprzątanie, gotowanie, mycie, układanie… obowiązki domowe rozciągają się w nieskończoność, i wciąż jest jeszcze coś ważnego do zrobienia. „Zaraz się z tobą pobawię!” – wołasz do dziecka znad stosu wysuszonego prania, pospiesznie rzuconego na fotel. Schylasz się, by podpiąć żelazko. Zanim się nagrzeje, pójdziesz nastawić jeszcze jedno pranie, takie słońce dzisiaj. Dzieci najedzone, w miarę czyste… tylko skąd te znudzone miny?



Otwierasz książkę i najpierw zastygasz w zachwycie nad wyklejką. Wpatrujesz się w kolorowe rzędy równo poskładanych materiałów . Z uznaniem kiwasz głową nad ułożeniem ich według koloru, dla miłym dla oka przejściem odcieni. Analizujesz napisy i symbole na metkach: „Think of the environment”, „Lavage main recommande” i „Seperat waschen”. Międzynarodowy zestaw tekstyliów: może ściereczek kuchennych, flanelowych pieluszek, obrusów, koszul?




Potem zerkasz na stronę tytułową, a przez nią ciągnie się sznurek, na nim ubrania: sukienki, bluzeczki, szalik. Przekręcasz kartkę, i widzisz sympatyczny portrecik: to oni, rodzinka szopów w komplecie. Z rozkoszą zagłębiasz się w pachnącą świeżym praniem opowieść.  



Szopięta praczęta to dwa wesołe urwisy, które mają tysiąc pomysłów na minutę i wielką ochotę na zabawę. Najchętniej z rodzicami. Ci jednak nie mają czasu bawić się z dziećmi, bo całymi dniami piorą: „Osobno pranie zimne, osobno gorące. Osobno pranie ręczne, a osobno w pralce bębnowej”.  Uwielbiają porządek i wielką wagę przywiązują do tego, by „biel była naprawdę biała”. Ich dzieci, przeciwnie, zamiast pomagać, dokładają wszelkich starań, by „brud był naprawdę brudny”.



Ich beztroskim dokazywaniom przygląda się mieszkająca nieopodal lisica, której w głowie dojrzewa niecny plan. Postanawia porwać szopięta i zmusić je do wysprzątania jej nory. Nie wie jednak, że te urwisy potrafią tylko brudzić…



Ewa Kozyra-Pawlak, mistrzyni „ilustrowania szmatkami”, wspaniale oddała nastrój towarzyszący poczynaniom swoich bohaterów: skupione miny rodziców,  pochłoniętych domowymi obowiązkami, nagła bezradność i lęk, gdy odkrywają, że dzieci zniknęły (sączą się do cynowej balii niteczki łez…), chytre spojrzenie lisicy, porywającej szopięta i bardzo wymowne oburzenie malujące się na jej pyszczku i w całej mowie ciała, gdy „wręcza” rodzicom ich krnąbrne dzieci.



Dużo tu emocji, bo też i emocjonalna to historia: zapracowanym rodzicom coś ważnego umyka i dopiero dramatyczne zdarzenie wyrywa ich z codziennej rutyny, powalając rozpoznać uczucia i poprzestawiać hierarchię wartości oraz obowiązki wszystkich członków rodziny w taki sposób, by to, co w istocie najważniejsze znalazło się na pierwszym planie.
Ilustracyjnie książka to prawdziwe cacko, jak to zwykle u autorki „Liczypiesków”.
Dopracowane w każdym calu patchworkowe ilustracje urzekają drobiazgami: bańkami mydlin wylatującymi z miednicy, ulotnymi siateczkowymi pyłkami dmuchawca, postrzępionym, ziemistym brzegiem lisiej nory. Do wielokrotnego czytania i oglądania, z dzieckiem młodszym, starszym… albo samemu!

Ewa Kozyra-Pawlak, Szopięta, wyd. Nasza Księgarnia 2016
Wiek: 0–6