poniedziałek, 27 maja 2019

Trzy książki na Dzień Dziecka


Dzień Dziecka już za kilka dni. Czyż może być coś przyjemniejszego, niż obdarowanie kochanego małego człowieka książką w jego święto? W tym minizestawieniu polecam Waszej uwadze trzy wspaniale ilustrowane książki dla przedszkolaków. To krótkie historie – zabawne, wzruszające, bliskie codziennym sprawom kilkulatków.


Siedem łóżek malutkiej popielicy
W sam środek miłego snu wkrada się odgłos człapania bosych stóp. Człap, człap, coś szura i jest coraz bliżej. Próbujesz spać, ale człapanie nie ustaje. Otwierasz jedno oko i w świetle księżyca widzisz ją. Drobną dziecięcą postać, która właśnie gramoli się do twojego łóżka. Dostajesz kuksańca pod żebra, kopniaka w łydkę, i budzisz się na dobre. Twoje dziecko dla odmiany słodko zasypia.


Prawie każdy rodzic doświadczył tych nocnych wizyt dzieci, które nie chcą same spać, boją się ciemności, miewają koszmary. Różnie sobie z tym radzimy i każda rodzina ma własne sposoby na przetrwanie tego okresu. Ważne jest jedno – działać tak, by dać dziecku poczucie, że się je rozumie i wspiera.


Przepięknie wydana opowieść Susanny Isern „Siedem łóżek malutkiej popielicy” z czarodziejskimi ilustracjami Marco Somy to właśnie taka historia – dziecko symbolizuje w niej malutka popielica. A nieco zirytowanymi powtarzającą się sytuacją rodzicami są zwierzęta zamieszkujące Zielony Las. Królik, Rudzik, Jeleń, Niedźwiedź, żółwica, Wiewiórka – to do ich domków popielica zakrada się cichaczem, by uciec od mroków nocy. Mości się w pojemniku na marchew, w etui na okulary albo szufladzie z krawatami, co jest z jednej strony urocze i roztkliwiające, z drugiej zaś – burzy spokój i porządek. Brzmi znajomo?

Nie zdziwi więc Was zapewne, że zwierzęta postanawiają dać do zrozumienia popielicy, że ma przecież swoje łóżko i to w nim powinna spać. Na nic się zdają jej niezdarne próby tłumaczenia. Tę noc popielica spędza więc samotnie we własnym łóżeczku. A następnego ranka okazuje się, że… malutkie zwierzątko zniknęło.


W tej pełnej uroku i czułości opowieści wielu rodziców i dzieci przejrzy się jak w lustrze. Wszystkich bez wyjątku zachwycą spokojne, pastelowe ilustracje, utrzymane w nieco jesiennej tonacji i onirycznym klimacie. Do wielokrotnego oglądania i zachwytów.

Susanna Isern, Marco Somà, Siedem łóżek malutkiej popielicy, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Tako, Toruń 2019.
Wiek: 4+


Niedźwiedź i pianino
Prawie cztery lata trzeba było czekać, aby „Bear and the Piano” ukazała się w Polsce, ale oto jest, i zapewniam Was, że to wspaniały książkowy prezent na Dzień Dziecka – z rodzaju tych, którymi sami się zachwycicie.


Mnie ta książka oczarowała przede wszystkim ilustracyjnie. Obserwowałam proces jej powstawania na blogu autora i szczerze kibicowałam Davidowi Litchfieldowi, by świat docenił jego warsztat oraz wybór życiowej drogi – artysta zrezygnował bowiem z kariery akademickiej i zdecydował, że poświęci się całkowicie pracy ilustratora. A kto choćby krótko był freelancerem, wie, jaki to niepewny los. Do takiej decyzji zachęciły twórcę entuzjastyczne reakcje na jego ilustracje, które na bieżąco tworzył i publikował każdego dnia w sieci w projekcie Drawing a Day. Pisałam już o tym na blogu [klik] – tam też nieco więcej o wydaniu oryginalnym książki.


Tymczasem mamy wydanie polskie, które ujrzało światło dzienne dzięki wydawnictwu Zielona Sowa.  Papier o ciekawej gramaturze znakomicie oddaje tu głębię ilustracji Litchfielda, co nie jest takie oczywiste ani łatwe do uzyskania – czy zwróciliście kiedyś uwagę, że niektóre ilustracje tworzone komputerowo wyglądają znacznie lepiej na monitorze niż później w druku? Źle dobrany papier „połyka” kolory i zabiera głębię, co w przypadku prac artystów takich jak Litchfield rujnuje znacząco efekt finalny. Bo tym, co najbardziej w nich zachwyca jest gra światłem. Wystarczy, że zerkniecie na wyklejki „Niedźwiedzia i pianina”, a zorientujecie się, co mam na myśli. Kto lubi ilustracje Emilii Dziubak, ten doceni Litchfielda, bo jego maniera jest podobna – długie smugi światła, miękko kładące się cienie, odbicia, falowania. Ilustracje te, choć kolorowe i pogodne, są też bardzo nastrojowe i nostalgiczne. Tak jak zresztą i sama historia.

Jej bohaterem jest tytułowy niedźwiedź, który odkrywa na leśnej polanie pianino i tak często z zaciekawianiem manipuluje jego klawiszami, że zaczyna całkiem dobrze grać. I odkrywa w sobie talent muzyczny. Po czym, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, staje przed dylematem: opuścić bezpieczną przystań leśnego życia i rozpocząć artystyczną karierę w mieście, nie mając gwarancji, że doprowadzi to do czegoś dobrego, czy też pozostać w znanym sobie, przyjaznym, akceptującym i bezpiecznym, aczkolwiek nieco nudnym otoczeniu. Wraz z koniecznością wyboru pojawiają się różnorodne emocje – entuzjazm i duma, ale też poczucie osamotnienia i tęsknota.


Podobne życiowe decyzje musi  podejmować każdy z nas, warto więc przygotować do nich dziecko, rozmawiając z o plusach i minusach wyboru, jakiego dokonał niedźwiedź – a jednych i drugich jest pod dostatkiem. Książka podkreśla potrzebę realizowania swoich ambicji, ale też wartość przyjaźni, przynależności i bycia we wspólnocie. Każdy sam dla siebie musi się przekonać, która z tych dróg bardziej go uszczęśliwia.

David Litchfield, Niedźwiedź i pianino, tłum. Natalia Galuchowska, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Wiek: 4+

Mama Mu na zjeżdżalni
Mama Mu pomieszkuje sobie w naszym domu (na półce z książkami oczywiście) od ponad dekady. Moja córka się śmieje, że mimo upływu lat, gdy wpisze swoje dane w Google, pierwsze wyszukanie prowadzi do jej zdjęcia z Mamą Mu w muzeum Junibacken w Sztokholmie (z 2011 roku). Jeśli macie chęć je zobaczyć, kliknijcie w link (wybacz, kochanie). Znajdziecie tam także moją recenzję jednego ze zbiorków opowiadań o Mamie Mu.


Ale może wcale nie znacie jeszcze tej sympatycznej, mądrej krowy? Zatem kilka słów ogólnej prezentacji: Mamę Mu stworzyło szwedzkie małżeństwo, Jijja i Tomas Weslanderowie, początkowo jako bohaterkę słuchowiska radiowego dla dzieci. Entuzjastycznie nastawiona do życia rezolutna krowa oraz będący jej całkowitym przeciwieństwem, wiecznie na wszystko narzekający Pan Wrona, szybko podbili serca małych odbiorców.

W 1991 powstała pierwsza książka z przygodami tej sympatycznej pary, którą  na papierze uwiecznił w niepowtarzalnym stylu Sven Nordqvist. Od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, a wciąż powstają nowe historie, przysparzające serii kolejnych wielbicieli.

Nic zresztą dziwnego. Mama Mu ma w sobie spokój krowy z namysłem przeżuwającej każdą myśl, a jednocześnie nie brakuje jej zwariowanych pomysłów i odwagi do ich realizowania. Jej pogodna natura cudownie kontrastuje z mrukliwym charakterem Pana Wrony, stając się niekończącym się źródłem humorystycznych wypadków. Ale nie tylko o gagi tutaj chodzi. Relacja tych dwojga to także piękny portret nieoczywistej przyjaźni, w których różnice łączą, a nie dzielą.


W najnowszym opowiadaniu „Mama Mu na zjeżdżalni” krowa postanawia ni mniej ni więcej, tylko zjechać ze zjeżdżalni wybudowanej właśnie nad wodą. Co też czyni, choć zdegustowany Pan Wrona próbuje ją odwieść od tego pomysłu. W końcu jednak sam pomaga jej wleźć na szczyt zjeżdżalni. Co dzieje się potem, musicie sprawdzić sami. Nastawcie się w każdym razie na dobrą zabawę!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, tłum. Michał Wronek-Piotrowski, wyd. Zakamarki, Poznań 2019.
Wiek: 3+

czwartek, 16 maja 2019

Rok, w którym nauczyłam się kłamać


Książki nie należy oceniać wyłącznie po okładce, ale czasami to właśnie okładka decyduje o tym, czy w ogóle weźmiemy jakąś książkę do ręki. Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź nowego tytułu Dwóch Sióstr z przepiękną, malarską okładką projektu Oli Cieślak, wiedziałam, że chcę (bardzo, bardzo) przeczytać tę powieść. Choćby po to, by co jakiś czas móc spojrzeć na ów wąwóz w jesiennych kolorach, z niknącą w oddali sylwetką dziewczynki, równie półprzejrzystą i rdzawo-żółtą jak zeschłe liście, które opadły z drzew i teraz wtapiają się w poszycie grubym kobiercem.


W tym przypadku jednak okładka jest zaledwie początkiem. Książka Lauren Wolk oferuje  pełnię wrażeń czytelniczych, której próżno by się domyślać w pierwszym kontakcie z książką. Jest to powieść wielopłaszczyznowa, wieloadresowa, która porusza w odbiorcy czułe struny, skłaniając do zadawania sobie i innym niełatwych pytań. Odpowiedzi na nie szukali najwięksi filozofowie, etycy, psycholodzy i socjolodzy. Czy dziecko rodzi się z natury dobre, czy złe, czy umysł pozbawiony doświadczeń można uznać za „niezapisany”, ile zawdzięczamy genom, a ile wychowaniu? Co budzi w nas demony, wyzwala okrucieństwo w czynach? I gdzie jest „cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”?

Polski tytuł książki nie jest, jak to często się zdarza u Dwóch Sióstr, zbieżny z oryginałem. Wilczy Jar (Wolf Hollow – w wersji angielskiej) jest ważnym miejscem w książce, milczącym świadkiem zdarzeń, ale polskie tłumaczenie kładzie akcent na bohaterkę książki i przemianę jaka w niej zachodzi w wyniku przeżytych doświadczeń. Zdarzenia te rozegrały się w roku, w którym dziewczynka skończyła 12 lat, kreśląc wyraźną granicę między dzieciństwem a dorosłością. Tym samym książkę Lauren Wolk można uznać za powieść inicjacyjną.

Anabelle mieszka z rodziną na farmie na amerykańskiej prowincji. Wszyscy się tutaj znają i wszystko o sobie wiedzą. Rytm życia wyznaczają obowiązki – praca w polu, przy hodowli zwierząt, w obejściu. Na pierwszy rzut oka jest spokojnie – zupełnie jakby nie był to rok 1943, a na świecie właśnie nie toczyła się najbardziej okrutna z wojen. Wydawać by się mogło, że świadczą o niej tylko kolejne złote gwiazdy wyszywane przez dziewczęta na fladze, symbolizujące tych, którzy zginęli na froncie albo pękate worki trojeści zbieranej na polach przez dzieci, przeznaczonej na kapoki dla żołnierzy marynarki wojennej. A jednak w powietrzu unosi się coś, co burzy pozory sielanki – nieufność, obawa, podejrzliwość, niewypowiadane na głos oskarżenia.


Lont zapala się wraz z przybyciem Betty, która zostaje przysłana z miasta na farmę swoich dziadków z powodu „niesubordynacji”. Wkrótce okazuje się, jak wielki jest to eufemizm w odniesieniu do czynów tej ponurej, pełnej nienawiści dziewczyny „o mrocznym sercu”. Betty to postać wstrząsająca i tragiczna, która sprawia, że nawet dorosły czytelnik zaczyna podważać własne przekonania na temat człowieczeństwa. Choć na oko to tylko niepozorna dziewczynka w grzecznej sukience i w schludnym sweterku zapinanym na guziczki…

Dla kontrastu – druga postać,  jakby rewers Betty. Toby. Zarośnięty, brudny, obdarty bezdomny mężczyzna. Zgarbiony pod ciężarem trzech karabinów, które wszędzie dźwiga ze sobą w bezcelowych wędrówkach po okolicy. Samotnik i dziwak, kryjący się w leśnej głuszy. Psychologiczna ofiara pierwszej wojny. Z głową wypełnioną przerażającymi obrazami, które nie chcą zniknąć.

Komu byście zaufali, gdyby te dwie osoby stanęły na Waszej drodze? W czyje słowa byście uwierzyli, mając świadomość, że tylko jedna z tych osób mówi prawdę?

Takie wąwozy uwielbiam nie tylko na ilustracjach. Tu Wąwóz Królowej
Jadwigi w Sandomierzu

Tamtej jesieni i zimy 1943 roku Annabelle zrozumiała, że prawda nie jest ani oczywista, ani też zawsze pożądana. Dramatyczne zdarzenia, które rozegrały się na jej oczach, zmusiły ją do opuszczenia bezpiecznej krainy dzieciństwa i zmierzenia się z nową, znacznie doroślejszą rzeczywistością. „Chowanie się na stryszku z książką i jabłkiem” jest tu metaforą niefrasobliwego dzieciństwa, z którego Annabelle rezygnuje świadomie, by poczuć własne sprawstwo i „wywalczyć swoje miejsce w świecie”.
Że jej się to udaje, dowiadujemy się z pięknego prostego gestu jej matki, która pod koniec książki nalewa córce, jak dorosłej osobie, „kawy do małej filiżanki, dodając mnóstwo śmietanki i cukru”.

„Rok, w którym nauczyłam się kłamać” to piękna, mądra i niełatwa emocjonalnie powieść, z wyraziście nakreślonymi bohaterami, do których bardzo się przywiązujemy, z mnóstwem plastycznych opisów przyrody. Napisana (i tłumaczona!) językiem prostym, przejrzystym, a jednocześnie subtelnym i poetyckim. Zapada w pamięć, każe szukać współczytelników do podzielenia się emocjami, do dyskusji. Zostawia w nas coś na długo.

Lauren Wolk, Rok, w którym nauczyłam się kłamać, tłum. Sebastian Musielak, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 10+


piątek, 10 maja 2019

Chłopiec, dziewczynka i mur


Mur jest szary, wysoki, ponury. I nie chce zniknąć, mimo że Adham i Sulafa właśnie o tym marzą najbardziej. Bo za murem jest to, co kochali, ale musieli zostawić – przytulny dom, szkoła, piękny ogród, a przede wszystkim spokojne, dobre rodzinne życie. Jeszcze czuć w ustach smak słodkich pomarańczy rosnących wokół dawnego domu. Gdyby mieć tutaj choć jeden taki owoc, byłoby to trochę jak odzyskanie fragmentu utraconego świata.



Taką myślą dzieli się Sulafa ze swoim bratem, kiedy bawią się na brudnym, pozbawionym  światła podwórku. Adham bardzo kocha młodszą siostrę i dokłada wszelkich starań, by codzienność nie była dla niej tak trudna, mimo niepełnosprawności – dziewczynka porusza się na wózku z powodu choroby nóg. Adham pragnie uszczęśliwić siostrę, podejmuje więc różne próby zdobycia upragnionego owocu. W końcu robi to, co wydaje się niemożliwe. Razem z wiernym psem Kyszem wydostaje się poza mur, żeby przynieść siostrze pomarańczowe słońce.


Wzruszająca, poetycka książka Ulfa Starka I Anny Höglund powstała po wizycie autorów w Palestynie. Choć nie zostało to wprost w książce powiedziane, po ilustracjach możemy domyślić się, że tytułowy mur to kilkunastometrowa, zwieńczona drutem kolczastym bariera bezpieczeństwa między Palestyną a Izraelem, którą zaczęto wznosić w 2002 roku, teoretycznie w celu ochrony ludności izraelskiej. 


Wielu Palestyńczyków zostawiło za murem dotychczasowe życie, do którego nie mają już dostępu. Stracili domy, pracę, przyjaciół, często rodzinę, a także możliwość pobierania nauk, korzystania z dobrej jakości opieki medycznej. Trybunał Sprawiedliwości w Hadze potępił powstawanie muru i określił go mianem muru apertheidu.


Oczywiście mur ma także wymiar symboliczny. Pokazuje naszą tendencję do odgradzania się, separowania, nieufność wobec innych, nieumiejętność współpracy, nietolerancję, ksenofobię. Sami tworzymy te bariery, które nas sztucznie dzielą i które tak trudno później pokonać. A przecież  pragniemy w gruncie rzeczy tego samego: miejsca, które moglibyśmy nazwać domem, bliskich ludzi wokół i odrobiny pomarańczowego słońca w codzienności. Nigdy nie jest za wcześnie, by opowiedzieć o tym dziecku.

Ulf Stark, Anna Höglund, Chłopiec, dziewczynka i mur, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki 2019, wiek: 5+


niedziela, 28 kwietnia 2019

Banda Czarnej Frotté


Minęły czasy, w których cerowaliśmy skarpetki. Dzisiaj po prostu się je wyrzuca i kupuje nowe. Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka trzeciej części skarpetkowej opowieści Justyny Bednarek, Czarna Frotté, dowiaduje się, że w koszu na pranie trzeba zrobić porządek („Tego starocia nie będziemy dłużej przechowywać!”), podejmuje decyzję o ucieczce. Nie ma wyboru, jeśli chce ujść z życiem!



Na szczęście ciągle istnieje dziura pod pralką. Pamiętacie? To tamtędy wydostawały się na wolność wszystkie poprzednie skarpetki, których perypetie można poznać w dwóch poprzednich częściach przygód: „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” i „Nowe przygody skarpetek”.

Czarna Frotté należała kiedyś do małej Be i miała oczywiście swoją parę, Lewą Czarną Frotté. Ta jednak bardzo szybko wyrwała się ku wielkiemu światu i, jak wieść niosła, robiła tam oszałamiającą karierę. Czarna Frotté wyrusza w podróż poszukiwawczą, mając nadzieję na odnalezienie brakującej połówki i wygarnięcie jej prosto w skarpetkowy pyszczek tego, co sądzi o porzucaniu najbliższych.


Zanim jednak do tego dojdzie, wydarzy się bardzo wiele. Jeśli znacie poprzednie książki Justyny Bednarek, z pewnością nie spodziewaliście się zresztą niczego innego. Akcja przyspiesza z każdym rozdziałem, dołączają nowe postaci, a zdarzenia piętrzą się lawinowo, by doprowadzić do spektakularnego finału. Tempo jest tak zawrotne, że ja – przyznam szczerze – traciłam momentami wątek, nie gubił go za to nigdy mój syn, który z pamięci recytował całe fragmenty tekstu. Na czele z ulubionym: „Dla ciebie wszystko, Bożenko!”.

Justyna Bednarek jest bystrą obserwatorką ludzkich charakterów – zręcznie wychwytuje rozmaite ludzkie osobliwości i dziwactwa, i mości dla nich miejsce w skarpetkowej duszy. To dlatego jej bohaterowie są tak ciekawi i niesztampowi, a czytelnik – zarówno mały, jak i dorosły – może łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie.


Dużą rolę w każdej książkach Bednarek odgrywa także humor – sytuacyjny i słowny, jak również wyraźne pozostawanie po „jasnej stronie mocy” głównych bohaterów.
Opowieść wspaniale dopełniają ilustracje Daniela de Latoura. W zasadzie nie da się wyobrazić sobie skarpetek w innym wydaniu, jak tylko tych uroczych glistopodobnych istot z wyłupiastymi oczami. Wystarczy spojrzeć na wyklejkę, na której Czarna Frott
é dryfuje samotnie po wodnych przestworzach, by zapałać sympatią do skarpetostworków.


Na koniec coś, co mnie bardzo ujęło  w „Bandzie Czarnej Frotté”, urocza wisienka na torcie, czyli dzieła poety wybitnego, Kubarata z Bukaresztu, jednego z pobocznych bohaterów opowieści:

Już był w takim miejscu, gdzie zachód i wschód
ogarnąć się da ramionami.
Łagodni olbrzymi tam mają swój gród
i w kręgle grywają gwiazdami.

I spotkał stworzenia dziwniejsze niż w snach:
garuki i ptakoryby.
Gdy oczy zamyka, dopada go strach
że wszystko się dzieje na niby.

No i powiedzcie sami, czyż można nie kochać TAKICH Skarpetek?


Justyna Bednarek, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, il. Daniel de Latour, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 5+


środa, 17 kwietnia 2019

Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń


Patrząc tylko na okładkę – na wypełniony błękitem kształt psiej sylwetki na tle nieba usianego złocistymi gwiazdkami – można mieć różne wyobrażenia o treści książki Paula Griffina. Kolejna chwytająca za serce historia psa, który jeździł koleją? Tkliwa opowiastka w stylu zwierzaczkowych czytadeł Holly Webb? Najtrudniej domyślić się prawdy i zgadnąć, ile życiowej mądrości (w pakiecie z emocjami) niesie ze sobą ta książka.



Przede wszystkim to nie jest opowieść (wyłącznie) o psie. Zbłąkany kundelek Flip znajduje się co prawda w centrum zdarzeń, ale to ludzie i ich działania są tym, co nadaje książce gęstości. A na 270 stronach dzieje się bardzo dużo.
Zacznijmy jednak od psa. Dwunastoletni Ben przygarnia wygłodniałego psiaka, który się do niego przyczepił. Chłopak świetnie rozumie, co to znaczy nie mieć domu –dziesięć pierwszych lat życia spędził, tułając się po różnych rodzinach zastępczych. Szczęśliwie trafił w końcu na wspaniałą adopcyjną matkę, i teraz chce podzielić się tym szczęściem, spokojem i miłością, których doświadcza.
Przez krótki, bardzo krótki czas, trwa idylla. Której nie jest w stanie zakłócić nawet codzienne widmo przemocy ze strony szkolnego oprawcy. Ale potem nadchodzi znacznie groźniejszy wróg. Wkrótce Ben znowu nie ma domu.

Może by się zamknął w sobie i przestał mówić, jak mu się już zdarzyło, gdyby nie moc przyjaźni:  psiej, z Flipem i bardzo ludzkiej, szczerej i głębokiej z Halley, Tęczową Dziewczyną.
Halley otrzymała imię na cześć słynnej komety i tak samo jak ona jest fascynująca i wyjątkowa. Przemknie przez życie Bena właśnie jak świetlista kometa i pozostawi po sobie wyrazisty ślad.

Każda z postaci ukazanych w tej książce, nieważne, pierwszoplanowa, czy zupełnie epizodyczna, jest zdecydowanie „jakaś” – z miejsca przykuwa uwagę, porusza jakąś strunę. A mamy tu niezłą kolekcję ludzkich typów: od skłonnego do przemocy pijaczka z niskim poczuciem własnej wartości, przez nieco zwariowaną, ale ogarniającą życiowy chaos matkę ośmiorga dzieci, po zawodowego magika o gołębim sercu. Ta różnorodność osobowościowa jest cenna dla młodego czytelnika, podobnie jak bardzo współczesne portrety rodzin zaprezentowane w książce – rodzina wielodzietna, nuklearna, bezdzietna, czy związek partnerski osób tej samej płci.

„Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń” to także książka o przyjaźni z książkami. Takiej an całe życie. O ich niezaprzeczalnej terapeutycznej mocy. Znajdziemy tu młodszych i starszych książkowych nerdów, przykłady zachwytów konkretnymi tytułami, wspaniałe biblioteczne i księgarskie tła, a nawet konkretne przykłady akcji czytelniczych.

Paul Griffin jest cenionym amerykańskim pisarzem książek dla młodzieży. Do niedawna parał się głównie prozą YA, „Gdy do domu przyszła przyjaźń” to jego debiut w segmencie Middle grade books, a konkretnie Upper Middle grade books, czyli powieści kierowanych do młodszych nastolatków. W czasie lektury czuje się zręczny warsztat tego autora i wieloletnie doświadczenie pisarskie. Pisarze amerykańscy, odmiennie niż w tradycji europejskiej, są przede wszystkim rzemieślnikami słowa. Kursy creative writing uczą tworzenia powieści według określonego wzorca przypisanego do konkretnej kategorii. I tak dla kategorii Upper Middle Grade (często określaną także jako tweens), ogólne wytyczne są następujące:

Wiek odbiorcy: 10 – 13 lat
Średnia liczba słów w publikacji: 45.000 – 55.000
Podjęcie w sposób ogólny tzw. tematów trudnych (przemoc, śmierć, niepokoje nastolatków). Kwestie zawsze opisywane są z uwzględnieniem etapu rozwoju i poziomu wrażliwości odbiorcy.
Pierwsza miłość opisana w sposób niewinny, flirtowanie, randki, zwykle bez pocałunków

Książkę Paula Griffina można uznać za majstersztyk tego segmentu i przyszli adepci sztuki pisarskiej z pewnością mogliby się na niej wzorować. Wielu osobom przyzwyczajonym do roli pisarza jako natchnionego artysty, dla którego proces tworzenia jest aktem wręcz boskim, może się to wydawać bezduszne i przyziemne. A jednak to też sztuka, sprawić, by każdy trybik precyzyjnie i z polotem zarysowanej fabuły wskoczył na swoje miejsce i rozbłysnął wspaniałą historią, która wzruszy czytelnika, zachwyci i pozwoli dostrzec kilka ważnych spraw w innym świetle.

Dziękuję Sawyerowi, że podzielił się z Zuzą swoją ulubioną powieścią w oryginalnej wersji językowej, a wydawnictwu Nasza Księgarnia za jej polskie wydanie!

Paul Griffin, Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń, tłum. Anna Nowak, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Wiek: 10+


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Subiektywny przegląd książkowych nowości /marzec 2019/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.

  
Córka Księżyca… szczęśliwe dziecko wioskowego bębniarza i pieśniarki, kochane, hołubione, oczko w głowie całej wioski. Zostaje utalentowaną tancerką i przy okrzykach zachwytu „tańczy życie i przyszłość wioski”. Ale jest też kimś więcej. Nie tylko niesie radość, pocieszenie, współczucie, jej taniec to dar przebłagania dla kapryśnej natury: „Jeśli rzeka występowała z brzegów, / proszono córkę Księżyca, by zatańczyła, / i wody się uspokajały. Jest więc Córka Księżyca wunderkindem tej małej, zintegrowanej społeczności, a potem jej czarodziejką, dobrą wróżką. Daje siebie innym, gdy tańczy „dla mężczyzn, dla kobiet i dzieci. Dla drzew i dla ptaków”. Płyną łzy, śmieją się oczy. Tyle emocji wyzwala jej taniec! Co jednak z uczuciami samej dziewczyny? Czego ona potrzebuje, jakie są jej pragnienia? Okazuje się, że droga do osobistego szczęścia, gdy jest się tą zawsze uwielbianą, najlepszą, najcudowniejszą, jest wyboista. „Tańcz, Córko Księżyca!” to piękna opowieść – zaskakująco smutna, niosąca ze sobą wiele refleksji. To rzecz o dawaniu, braniu, o miłości i jej sile, budującej i destrukcyjnej jednocześnie. Język kameruńskiego autora jest poetycki, emocjonalny, dajemy się mu ponieść jak fali, i jest to też bez wątpienia zasługą tłumaczki, Katarzyny Skalskiej. A wokół krążą, wibrują, wręcz wyskakują ze stronic egzotycznie kolorowe, roztańczone ilustracje Freda Socharda. Wspaniała książka, bardzo uniwersalna w odbiorze. Polecam nie tylko dzieciom!

Kouam Tawa, Tańcz, Córko Księżyca!, il. Fred Sochard, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki, Poznań 2019.
Wiek: 3+



Książki interaktywne, w których czytelnik decyduje o przebiegu fabuły cieszą się ostatnio dużą popularnością. Nastolatki chętnie sięgają po komiksy paragrafowe, młodsi czytelnicy mają do dyspozycji książki-gry o różnym stopniu trudności. Wydawnictwo Tako swoją propozycję nazywa bajką-wybierajką, a określenie to nawiązuje oczywiście do wyborów podejmowanych przez dziecko w trakcie lektury. To ono decyduje o kolejności zdarzeń w książce, o tempie akcji, o tym, czy pewne elementy fabuły się pojawią, czy też zostaną pominięte. Decyzja zapada poprzez wybór strony – kolorowe strzałki na dolnym marginesie podsuwają różne możliwości. Czasami sugerują też coś nieoczekiwanego, co wywołuje u dziecka radosny chichot, na przykład: „Jeśli jesteś już zmęczony czytaniem, to zrób krótką przerwę i dwa przysiady”. Dziecku podoba się, że może wybierać bohatera, za którego historią podąży, że niektóre postaci, takie jak wilk, lis czy strażacy będą pojawiać się jednym razem częściej, innym rzadziej, że historia o misiu próbującym dobrać się do miodku będzie raz krótka, a innym razem dłuższa. Naszym faworytem od początku była niezwykle sympatyczna mrówka, nosząca imię Ferdynand – „dosyć rzadkie jak na mrówkę. W mrowisku Ferdynanda było tylko osiem tysięcy mrówek o takim imieniu”.
Dobrze się bawiliśmy z tą książką, i tylko jeden raz zaliczyliśmy impas, mianowicie na stronie 12, gdy mój uparty syn odmówił posłuchania lisiej rady, co doprowadziło do tego, że miś przez dobrych dziesięć minut na przemian skakał o tyczce i na trampolinie w bezskutecznych próbach zdobycia miodu.

Maciej Jasiński, Tomasz Kaczkowski, O bardzo głodnym misiu. Bajka wybierajka, wyd. Tako, Toruń 2019.
Wiek: 5+


Detektywi z Feralnego Biura Śledczego powracają! Tym razem ich zadaniem jest odkrycie, kto i dlaczego ukradł w Kłopotkowie… lodowisko! Inspektor Zamęt kupił sobie właśnie nowiutkie łyżwy, a trzeba powiedzieć, że oszczędzał na nie od wielu miesięcy („odmawiając sobie wody toaletowej i lepszych parówek”), i właśnie kiedy wybrał się wreszcie, by je przetestować, okazało się, że lodowisko zniknęło. Sprawa jest zdecydowanie śliska, a żeby było bardziej tajemniczo i jeszcze dziwniej, pojawia się w niej pingwin przylądkowy z ubytkiem piórek pod skrzydłami oraz diament, który Kot Biurowy Biały toczy niewinnie po podłodze jak szklaną kulkę.
Ekipa Feralnego Biura Śledczego kolejny raz staje na wysokości zadania i drugą sprawę rozwiązuje popisowo. Rzecz jasna z pomocą dzielnych młodych czytelników, którzy, tak jak w poprzednim tomie, muszą zadbać o rzetelny raport końcowy.
Seria skąpana w oparach absurdu, pełna gagów, kąśliwego poczucia humoru i zabawnych porównań („Czajka robi się blady jak kotlet schabowy bez panierki”) trafia w gusta współczesnych dzieci. A mnie oczy się śmieją do ilustracji Zosi Dzierżawskiej.
Trzecia książka w serii – „Telefon Oliwki” właśnie trafia na księgarskie półki.

Sven Jönsson, Feralne Biuro Śledcze. Śliska sprawa, il. Zosia Dzierżawska, wyd. Bajka, Warszawa 2019.
Wiek: 5+


Jest trzecia część Dworu! Słynna seria francuskiej powieściopisarki Evelyne Brisou-Pellen, także w Polsce ma rzesze zagorzałych wielbicieli, którzy od miesięcy przebierali nogami w oczekiwaniu na polskie tłumaczenie kolejnego tomu. Moja córka jest zachwycona serią, czemu w zeszłym roku dała wyraz na swoim blogu. Wkrótce napisze tam o najnowszej części, ja więc ograniczę się tylko do ogólnego przypomnienia Wam, z czym mamy do czynienia i gorącego zachęcenia Was do podsunięcia nastolatkom całego cyklu. Otóż „Dwór” to znakomicie napisana, zaskakująca i trzymająca w nieustannym napięciu opowieść z pogranicza kryminału i fantastyki, z bogatym tłem historycznym. Tytułowy dwór jest tylko z pozoru zaciszną sanatoryjną rezydencją, do której w pierwszym tomie trafia po ciężkiej chorobie piętnastoletni Liam. Im dłużej chłopak tam przebywa, tym mroczniejsze wydaje mu się to miejsce, toteż rozwikłanie zagadki z nim związanej wydaje się koniecznością. W najśmielszych wyobrażeniach Liam nie podejrzewałby jednak, jaka okaże się prawda. Wraz z jej poznaniem historia się jednak nie kończy, nie kończą się także tajemnice –cały cykl składa się z dwóch serii, liczących razem 11 tomów…

Evelyne Brisou-Pellen, Dwór. Liam i mapa wieczności (1); Clea i wrota do świata duchów (2); Alisanda i ognisty krąg (3), tłum. Przemysław Szczur, wyd. Widnokrąg 2017 – 2019.
Wiek: 12+


Książka L. Franka Bauma pt. „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”, w Polsce  wydana po raz pierwszy w latach sześćdziesiątych pod tytułem „Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu”, to opowieść wielbiona i wciąż na nowo czytana przez Amerykanów, będąca ich flagowym literackim produktem, który z dumą zestawiają z brytyjską klasyką literatury angielskiej. W Polsce znana, ale nie aż tak popularna. Gdy dyskutowaliśmy o niej podczas zajęć na studiach podyplomowych Literatura dla Dzieci i Młodzieży, okazało się, że nie zawsze to książka była źródłem naszej wiedzy o przygodach Doroty, jej psa Tota, Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala i Lwa. Ja na przykład najmocniej zapamiętałam krainę czarnoksiężnika Oza dzięki oglądanemu w latach osiemdziesiątych serialowi animowanemu kanadyjsko-japońskiej produkcji Ozu no mahôtsukai. Książkę przeczytałam później, zainspirowana adaptacją. Kiedy wróciłam do niej ostatnio, po trzydziestu latach (!) i przeczytałam od deski do deski, zdziwiłam się przede wszystkim tym, jak zupełnie opowieść ta się nie zestarzała. Mimo że ma już ponad 100 lat, bo Baum opublikował ją w roku 1900. Wciąż znakomicie się czyta, także na głos, a jej przesłanie, życiowe przemyślenia bohaterów, ewolucja ich postaw nadal inspirują. To coś więcej niż tylko „bajeczka” o dziewczynce, która niesiona huraganem trafia z Kansas do zaczarowanej krainy. To fantazja o potężnym dziecku, które musi przybyć, by ocalić świat i jego mieszkańców.
Warto znać i przeczytać z dzieckiem (lub zachęcić je do samodzielnego przeczytania) tę książkę. Tym bardziej, że właśnie w serii Mistrzowie Ilustracji wydawnictwa Dwie Siostry otrzymaliśmy reedycję pierwszego wydania z niezwykłymi, niezapomnianymi ilustracjami Adama Kiliana, w najbardziej znanym, znakomitym tłumaczeniu Stefanii Wortman.

L. Frank Baum, Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu, tłum. Stefania Wortman, il. Adam Kilian, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 7+