poniedziałek, 1 czerwca 2020

Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności


Opublikowana po raz pierwszy siedem lat temu książka Marcina Wichy „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” doczekała się kolejnego wydania. W edycji wydawnictwa Mamania w tytule graficznie wyeksponowano „Lekcje niegrzeczności”, bo też właśnie ta niegrzeczność jest tematem wokół którego koncentrują się opisane w książce zdarzenia.


Wszystko zaczyna się od przedmiotu o złowróżbnej nazwie „grzecznościomierz”. To element programu promocji grzeczności, a jego działanie polega na naliczaniu punktów za grzeczne zachowanie. W tym celu dziecko musi przez cały czas nosić grzecznościomierz zawieszony na szyi. Zielone światełko informuje, że dane zachowanie jest poprawne, czerwony sygnał – że wręcz przeciwnie.

Dyrektor Dora Dyra (przypominająca nieco panią Pałkę z „Matyldy” Roalda Dahla) zgłasza do programu promocji grzeczności siedmioletnią Strusię – dziewczynkę zawsze tak grzeczną, że już w przedszkolu wychowawczyni nie mogła się nadziwić: „to dziecko jest ciche jak trusia” – stwierdziła kiedyś, a dzieci przekręciły to po swojemu i tak się narodziła Strusia.


Strusia jest posłuszna, miła i spokojna, zupełnie jak bohaterka książki „Grzeczna” Gro Dahle i Svena Nyhusa. Jest równie niewidzialna, a także niezbyt lubiana. Nikt się nie liczy z jej zdaniem.

Na szczęście pojawia się Łysol – wielki kudłaty pies, który też kiedyś chodził do szkoły, ale go z niej wyrzucono za obsikanie pokoju nauczycielskiego. Został więc trenerem niegrzeczności – psem ratunkowym, który pojawia się tam, gdzie grzeczność bynajmniej nie wychodzi dzieciom na dobre.

Strusia jest zdziwiona tym, że niegrzeczności w ogóle trzeba uczyć. Ale szybko okazuje się, że grzeczność w swej definicji jest dla niej czymś zupełnie innym niż dla Łysola:
- Grzeczność to jest, kiedy robisz coś, co inni by chcieli, żebyś zrobiła, a oni mówią „O, jaka grzeczna dziewczynka”
- Zawsze tak robisz?
- Zazwyczaj. Na przykład w zeszłym roku chciałam się przebrać za wielbłąda na Jasełkach, ale pani od religii powiedziała, że wielbłąd jest zbyt humorystyczny, więc zostałam wołem.

Łysol unaocznia Strusi, wciągając ją w coraz to dziwniejsze i bardziej karkołomne przygody, że bycie grzecznym nie oznacza ślepego posłuszeństwa, braku własnego zdania, odzywania się tylko wtedy, gdy ktoś zapyta i nieustannych prób zadowolenia innych. Niegrzeczność w wydaniu Łysola, pokazywana Strusi na licznych przykładach własnych i w działaniu, to posiadanie własnej, również odmiennej opinii, odwaga bycia sobą, otwartość, działanie zamiast biernego trwania oraz dystans do siebie samego i podchodzenie do wielu spraw z humorem.


Jak można się domyślić, program promocji grzeczności kończy się zdecydowanie nie tak, jak życzyłaby sobie Dora Dyra. Ale dla Strusi (i wielu innych jej podobnych dzieci) jest to prawdziwie wyzwalające doświadczenie.

Już sama fabuła wystarczyłby, by uznać książkę Marcina Wichy za wartą lektury, ale to, co mnie w niej porwało, to metatekstualność. „Kiepski ze mnie narrator” – marudzi narrator między jednym a drugim rozdziałem, bo przypomina mu się, że zapomniał o czymś poinformować czytelnika. W połowie opowieści macha do niego spomiędzy kartek: „Halo, tu narrator. Staram się mówić jak najmniej, ale czasem muszę się odezwać. Na przykład teraz”. A czasem zagaduje pozornie bez związku: „Pamiętacie takie momenty, kiedy pod koniec filmu leci smutna piosenka, bohaterka snuje się po ekranie, a kamera pokazuje kalendarz albo listki na drzewach (dla pokazania upływu czasu)?”. To podgadywanie i komentowanie narratora ponad głównym tekstem tworzy bliską więź z czytelnikiem i sprawia, że czuje się on nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem całego spisku przeciwko byciu przesadnie grzecznym dzieckiem.

Dodatkową atrakcją książki są rysunki Wichy-grafika, i to nie tylko te ilustrujące konkretną scenkę, podpisane fragmentem tekstu, lecz także, może nawet bardziej, humorystyczne wstawki komiksowe umieszczone pomiędzy rozdziałami – pozornie bez związku, w istocie wiele mówiące o osobowości bohaterów.


I jeszcze humor, humor, dużo humoru – wspaniale absurdalnego, purnonsensowego. Jest obecny niemal na każdej stronie tej książki i daje mnóstwo frajdy czytelnikom. Satyra na szkołę, na domorosłe biznesy, internetowe mody, rozdmuchane medialne afery, celebrytów – zdecydowanie nie tylko dzieci będą tu miały okazję do głośnych chichotów.

Marcin Wicha, „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności”, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 6+



sobota, 23 maja 2020

„Książkowy Ulf to ja”


Wielu dorosłych, czytających trylogię opartą na wspomnieniach Ulfa Starka, poczuje się tak, jakby wskazówki zegara zaczęły się cofać, coraz szybciej i szybciej, aż do dzieciństwa.Brązowe strupy znowu będą znaczyć kolana, a bąble po pokrzywach jeszcze raz zapieką. Skóra zyska ten słodko-słony zapach letniego wieczornego powietrza. Gdzieś z oddali dobiegną nawoływania dzieciaków z podwórka.



Ulf Stark urodził się w 1944 roku, jego wspomnienia dotyczą więc Szwecji z lat 50. XX wieku, a mimo to wiele momentów trylogii o Stureby brzmi znajomo dla mojego pokolenia, którego dzieciństwo przypadło na lata 80. Popołudnia spędzane na włóczeniu się z rówieśnikami po okolicy, brawurowe zakłady, durne wygłupy, wojny podwórkowych gangów, pierwsze wakacyjne miłości, dyskoteki pod gołym niebem, przyjaźnie pieczętowane braterstwem krwi…
Dla współczesnego dziecka to może być świat już nieco egzotyczny, ale bez wątpienia arcyciekawy. Ulf Stark potrafi bowiem uczynić go uniwersalnym, koncentrując się na przeżyciach, emocjach, uczuciach swoich bohaterów, które są bardzo ludzkie i przez to niezmienne.

Część pierwsza trylogii to opowieść o codzienności dzieciństwa spędzonego w dzielnicy Stureby na przedmieściach Sztokholmu. Rzecz o szkole, rywalizacji w grupie rówieśniczej, relacjach z rodzicami i rodzeństwem, a przede wszystkim o przyjaźni. Przyjaźni Ulfa z Percym, nowym uczniem w klasie. Dziwny to chłopak. Niesamowicie wysportowany, mocny w gębie, rwie się nawet do bicia, jeśli z nim kto zadrze, ale uwielbia też robótki ręczne i sam piecze ciasta. Stark w fascynujący sposób opisuje powolne rodzenie się prawdziwej, trwałej chłopięcej (męskiej!) przyjaźni. Postać Percy’ego mocno ewoluuje w kolejnych tomach, a obserwacja tych zmian dostarcza czytelnikowi licznych zaskoczeń.


W części drugiej przyglądamy się najbliższej rodzinie Ulfa – zwłaszcza ojcu, jego zamiłowaniu do języka francuskiego i pasji zapalonego radioamatora, która doprowadza do niezwykłego wydarzenia: oto do Stureby na zaproszenie ojca przybywa książę Talal z Arabii Saudyskiej. To spotkanie okaże się ważne nie tylko dla rodziny Ulfa, lecz także Percy’ego i zaważy na dalszych losach przyjaźni chłopców.

W trzeciej części Ulf spędza lato na wyspie, a czytelnik poznaje kolejnych członków jego rodziny oraz wakacyjnych przyjaciół. Dojrzewanie właśnie puka do drzwi i Ulf doświadcza cierpień nieodwzajemnionego uczucia oraz ukłuć zazdrości. Dostrzega też coraz wyraźniej złożoność relacji międzyludzkich – tego lata inaczej spojrzy na swego wiecznie złoszczącego się dziadka i dostrzeże drzemiące w nim pokłady czułości, troski i żalu. A Percy znowu będzie tym, który pomoże mu osiągnąć poznanie.


Stark, zapytany w jednym z wywiadów o to, ile jest w książkowym Ulfie prawdziwego Ulfa, odpowiedział: „Ulf w książkach to zdecydowanie ja. Dzieli wiele moich uczuć i wczesnych doświadczeń, mamy tego samego brata i wychowaliśmy się w tym samym domu z piekarnią i domem starców po sąsiedzku. Ale oczywiście szczegóły autobiograficzne są interesujące dla czytelników nie dlatego że są prawdziwe, tylko dlatego, że są interesujące”.

Trylogię o Stureby czyta się wspaniale, lekko, z zaangażowaniem. Stark zadbał zarówno o wartką akcję, żywe dialogi, jak i o emocje czytelnika. Pojawiają się śmiech, wzruszenie, złość, oburzenie, współczucie, tęsknota, melancholia… Wielbiciele twórczości szwedzkiego autora wiedzą, że nie unikał trudnych kwestii i uważał, że w literaturze dziecięcej jest jak najbardziej miejsce na tematy takie jak śmierć czy seksualność. Mawiał, że woli pisać o nich w książkach kierowanych do dzieci, bo wtedy może to zrobić, nie ocierając się o patos. W trylogii o Stureby życie jest więc po prostu życiem, z całym bagażem nieuniknionych problemów i smutków, ale też zadziwień i radości, z których wiele jest nam tak dobrze znanych. I kiedy zamykamy ostatni tom, ten odległy i nieistniejący już przecież świat jest nam tak bliski, że mamy ochotę sięgnąć po pierwszą książkę i zacząć czytać od nowa.
Co też zresztą zrobiliśmy.

Ulf Stark, „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby”, „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”, tłum. Katarzyna Skalska, il. Magdalena Kucharska, wyd. Zakamarki, Poznań 2011–2020.
Wiek: 9+

wtorek, 12 maja 2020

Leśna Gazeta i inne historie o Lisku i Prosiaczku


Jest gdzieś las pełen dziwnych mieszkańców. Zwierząt o tajemniczych nazwach – pudłońców mieszkających w pudłach, myszotyłków chodzących tyłem, guzdrających się guzdrawców; zwierząt niby powszechnie znanych, ale funkcjonujących nietypowo, jak krowa namiętnie czytująca gazety na poduszkowych drzewach. Przylatują też do lasu ptaki wędrowne, takie jak brodacze rosyjskie o czerwonych piórach w ogonach, i niezwykle piękne, ale bardzo żarłoczne głodomory.



W tym lesie mieszkają też Lis i Prosiaczek – bohaterowie serii stworzonej przez dwóch Norwegów – Bjørna F. Rørvika i Pera Dybviga, składającej się w tym momencie z trzynastu tomików przygód. Lis jest przemądrzały i wygadany, lubi grać pierwsze skrzypce. Prosiaczek jest nieco mniej pewny siebie, ale zdarza mu się czynić trafne obserwacje. Obaj są łatwowierni i naiwni w swych osądach, ale nie można odmówić im chęci do działania. W tym bywają wręcz nadgorliwi. Co sprawia, rzecz jasna!, że nie brakuje im także zaskakujących przygód i tarapatów, w które co i rusz wpadają.


W Polsce wydawnictwo Druganoga opublikowało jak dotąd trzy części przygód Liska i Prosiaczka, a są to: „Leśna Gazeta”, „Kawiarenka Pod Ptasim Ogonem” i „Bieg z zagadkami”.
W pierwszej z nich dwaj przyjaciele postanawiają stworzyć własny tytuł prasowy – co okazuje się niełatwe już na etapie wymyślania tytułu. W końcu w wyniku kompromisu powstaje „Lisi Hejnał – Kurier Prosiaczka”. Lisek jest jego Rudaktorem, a Prosiaczek – dziennikarzem. Ale… o ciekawy temat wcale nie jest łatwo, a dobry reportaż wymaga poświęceń.
W „Kawiarence Pod Ptasim Ogonem” przyjaciele otwierają z kolei w lesie kawiarnię. Inspiracją projektu nie jest bynajmniej kulinarna pasja, lecz chęć zbierania piór z ptasich ogonów… Lisek wykoncypował, że łatwo je zdobędzie, jeśli otworzy kawiarnię dla ptasiej klienteli.
W „Biegu z zagadkami” przyjaciele biorą udział w biegu organizowanym przez Pudłońce. Przyjaciół kusi zdobycie głównej nagrody, a przynajmniej wydaje im się, że właśnie o tym marzą.


Na czytelnika na każdym kroku czekają tutaj zabawne zwroty akcji, purnonsens, humor skatologiczny, komizm sytuacyjny i słowny oraz zabawy słowotwórcze, za które wypada pochwalić także tłumaczkę Iwonę Zimnicką.

„- Dzisiaj odbywa się Pudłońcowy Bieg z Zagadkami.
- Z zagadkami? – Prosiaczek się roześmiał. - To znaczy, że trzeba do kogoś zagadać?”

„Prosiaczek wziął do łapki malutkie stworzonko.
- Co to może być? – spytał.
- Na pewno zwykły żuk szyszkowy – stwierdził Lisek.  – Albo burczymucha. Czy ten robaczek burczy, kiedy położysz go na grzbiecie?
Prosiaczek odwrócił żyjątko do góry nogami. Zaburczało. Czyli była to burczymucha”.


Przyjemnie jest się zanurzyć razem z dzieckiem w absurdy rzeczywistości mieszkańców lasu: razem z krową poczytać gazetę na poduszkowym drzewie i kibicować zatrudnionemu przez Centralny Rejestr Igieł ptaszkowi, który próbuje policzyć igły na wszystkich sosnach i świerkach. Słowa takie jak „ugibujski spuk”, „myszotyłki” czy „guzdrawce” na długo zapadną w pamięci czytelnika. Tym bardziej, że towarzyszą im przykuwające wzrok ilustracje, z rozmachem kreślone szaloną, dynamiczną, rozbazgraną kreską.

Bjørn F. Rørvik, Per Dybvig, „Leśna Gazeta”, „Kawiarenka Pod Ptasim Ogonem”, „Bieg z zagadkami”, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Druganoga 2019, 2020.
Wiek: 5+

sobota, 18 kwietnia 2020

Wesoły Ryjek i wiosna


Czy jest tu ktoś, kto nie zna Wesołego Ryjka? Łapka w górę! Z wielką przyjemnością Wam go przedstawię. Ten przemiły ciekawski prosiaczek stworzony przez Wojciecha Widłaka i Agnieszkę Żelewską wrócił właśnie z kolejną serią swoich przygód. Tym razem wiosenną.



W gruncie rzeczy Wesoły Ryjek nie jest już taki malutki, bo pierwsza książka o nim powstała dziesięć lat temu, ale jako bohater dziecięcej wyobraźni jest sobie wciąż przedszkolakiem. Pogodną, rezolutną i sympatyczną świnką, która obok takich postaci jak Basia, Florka, Kicia Kocia, czy Pucio ma honorowe miejsce na półkach dziecięcych pokojów. My powoli kończymy przygodę z Ryjkiem – mój Tadzio wkrótce skończy osiem lat – bardzo chcieliśmy jednak poznać te wiosenne opowieści i w czasie #zostanwdomu pobyć z ulubionym prosiaczkiem.



Opowieści o Ryjku to migawki z codziennego życia jego rodziny: mamy, taty, żółwia przytulanki i oczywiście samego Ryjka. Bardzo ciepłe, wesołe i także trochę pouczające, ale w sposób, który nie drażni, mimo zupełnie oficjalnego podkreślenia warstwy dydaktycznej: na koniec każdego rozdziału Ryjek mówi: „Dziś dowiedziałem się…”. Jest to zresztą klamra kompozycyjna każdej historyjki, która kończy się tymi słowami, a zaczyna autoprezentacją bohatera, mówiącego: „Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek”. Dzięki temu można książkę czytać na wyrywki, dopasowując pojedyncze opowiadania do okoliczności. A biorąc pod uwagę, że mamy w serii tomiki na wszystkie pory roku, jest to świetny gotowy materiał wprowadzający dziecko w zjawiska sezonowe. Do szerokiego zastosowania w domach, przedszkolach, świetlicach.

W części „Wesoły Ryjek i wiosna” znajdziemy historyjki o budzeniu się z zimowego snu, sianiu rzeżuchy, wiosennych porządkach w garażu, pierwszych zabawach na powietrzu, ale też na przykład o bardzo trudnej grze, „w którą wszyscy dorośli muszą grać”, a która nazywa się… PIT! 


Moim ulubionym rozdziałem jest jednak historia o targach książki – również sezonowa, bo przecież zawsze w maju odbywają się Warszawskie Targi Książki, których niestety w tym roku, z powodu pandemii, nie będzie… Nie spotkamy więc na żywo autorów „Ryjka” (co zwykliśmy czynić, zerknijcie na zdjęcie poniżej!)


...ale za to możemy podziwiać w książce ich „prosiaczkowe wersje”. Na wspaniałej ilustracji Agnieszka Żelewska przedstawiła siebie i Wojciecha Widłaka jako świnki siedzące przy stoliku i podpisujące książki prosiaczkom czekającym w kolejce ze ściskanymi w raciczkach opowieściami. O Wesołym Ryjku rzecz jasna! 

Oprócz tego niewątpliwego wzruszu rozdział oferuje też jednak bardzo merytoryczne treści – dziecko dowie się, czym są targi książki, co robią na nich wydawcy, a co autorzy książek, i po co się na te targi w ogóle idzie. A także – co ma zrobić mała świnka, jeśli się nagle na wielkich tłumnych targach zgubi!

Wojciech Widłak, Agnieszka Żelewska, Wesoły Ryjek i wiosna, wyd. Media Rodzina, Poznań 2020.
Wiek: 3+


sobota, 4 kwietnia 2020

Ninja Timmy i polowanie na skradziony śmiech


Jeszcze do niedawna nie zwróciłabym pewnie uwagi na taką książkę – ninja w tytule, na okładce jakiś bojowo nastawiony kocur? Nieee… Ale podążając za czytelniczymi wyborami mojego niespełna ośmiolatka, dużo się uczę. I poznaję dość nieoczywiste dla mnie zakątki lekturowe.



Timmy jest kotem-wynalazcą i ma mały warsztacik w pięknym mieście o jeszcze piękniejszej nazwie Elizandrium. Zamieszkują je najróżniejsze uczłowieczone zwierzęta, a także ludzie, a wszyscy wiodą dość spokojne i zgodne życie. Do czasu.
Gdy nagle zaczynają ginąć dzieci – zarówno zwierzęce, jak i ludzkie, wiadomo, że trzeba działać natychmiast. Porwane pociechy wprawdzie szybko wracają, ale już nie takie jak wcześniej.
Ktoś pozbawia je śmiechu! Teraz, choćby bardzo pragnęły chichotać, ich twarzyczki i pyszczki pozostają w zastygłym ponurym grymasie.


Splot różnych zdarzeń sprawia, że to właśnie Timmy– niespodziewanie dla samego siebie – staje do walki z tajemniczym oprawcą. Zaczyna się niepozornie, od bitki z lokalnymi „karkami”, ale im dalej w opowieść, tym bardziej tajemniczo i niebezpiecznie wygląda cała sytuacja.
Timmy odkryje nie tylko swoje wyjątkowe, magiczne umiejętności. Zdobędzie też nowych przyjaciół, a nawet… miłość.

Przygodowo-fantastyczna seria o Timmy’m składa się (jak dotąd) z pięciu części. W Polsce ukazała się właśnie pierwsza – „Ninja Timmy i polowanie na skradziony śmiech”. Jej autor Henrik Tamm to znany artysta konceptualny pracujący dla Dreamworks. Toteż ilustracje do książki przypominają kadry animowanego filmu albo grafikę gry komputerowej – uwagę szczególnie przyciągają wspaniałe trójwymiarowe miejskie plenery. Elizandrium stworzone na pulpicie Tamma jest pięknym i nieco mrocznym miastem alternatywnej rzeczywistości.   


Postaci bohaterów nie robią już na mnie aż takiego wrażenia, ale podejrzewam, że dzieciakom bardzo przypadną do gustu – są wyraziste i kolorowe, o momentami celowo przerysowanych cechach (wielkie smutne oczy á la kot ze Shreka) i wyglądają jakby właśnie wyskoczyły z ekranu telewizora.
Sama opowieść biegnie wartko i pełna jest zwrotów akcji, toteż trzyma cały czas w napięciu, a kończy ją zręczny cliffhanger, który sprawia, że zaczynamy czekać na ciąg dalszy.
Jeśli chcesz wiedzieć więcej:
Strona Henrika Tamma (z niej pochodzą grafiki ilustrujące recenzję)
Wywiad z autorem


Henrik Tamm, Ninja Timmy i polowanie na skradziony śmiech, przeł. Agata Ostrowska, wyd. Tadam, Warszawa 2020.
Wiek: 7/8+

sobota, 28 marca 2020

Lody we wszystkich smakach


Kiedy nie wiemy, co przed nami, jeszcze bardziej niż zwykle potrzebujemy marzeń. Książka Pawła Mildnera podarowuje te najmilsze, dziecięce – szczere i prostolinijne, choć z pewnością nie banalne.



Oto Oskar, który mieszka obok wielkiej, dymiącej fabryki. Marzy o… pomyśleliście, że o czystym powietrzu, zielonym lesie, domku na wsi? Nie. Oskar marzy, by mieć własną norkę. Taką pod ziemią, pod korzeniami drzewa, pełną książek, przytulną i tylko jego własną…
Ola chciałaby zwiedzić skorupę ślimaka. Na ilustracji widzimy, jak jej wyobraźnia kreuje wnętrze skorupki – tu fotel, tam regalik z książkami, drabinka prowadząca na kolejne poziomy, tu lampa, tam obraz… Pamiętacie wieczorynkę o Reksiu? Kto nie wyobrażał sobie wnętrza jego budy, ręka do góry!


Marzenia dzieci w cudownie naturalny sposób łączą wielkie plany, fantastyczne pragnienia, całkowicie abstrakcyjne wizje i zupełnie zwyczajne „chciejstwa”. Zostać marynarzem, przeprowadzić się do Nowego Jorku, rozumieć język zwierząt, być niewidzialnym, nauczyć się latać, przechodzić przez ściany, zatrzymać czas, ale też być bardzo pięknym, sprzedawać w sklepie, zamieszkać w domku na drzewie i spróbować lodów we wszystkich smakach! W tej niewielkiej książeczce znajdziemy je wszystkie.


Jak to w picturebooku,  każda ilustracja w tej książce podąża ramię w ramię z tekstem, tworząc harmonijny układ. Ciepłe nasycone kolory, „anorakowa” kreska (mam na myśli charakterystyczne ze względu na design pismo dla dzieci „Anorak”, dla którego zresztą Mildner, ilustrator i projektant graficzny, także tworzył), uproszczone, „niedokończone” sylwetki postaci i przedmiotów, lekkość i energia znakomicie oddają klimat nieokiełznanych, brawurowych marzeń.

Wszystkie marzenia są równie dobre i uprawnione, i sprawiają dzieciakom jednakową radość. Ale że szczęście to „jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się dzieli” (Albert Schweitzer), jeszcze fajniej jest marzyć i cieszyć się tymi marzeniami z kimś. Jak świetnie jest zjeść lody w miłym towarzystwie i wspólnie fantazjować!


Wspaniała końcowa ilustracja przedstawiająca Olę i Oskara jadących na pomarańczowym tygryso-kocie mówi więcej niż słowa. Wszyscy dziś przecież marzymy o tej pogodnej niefrasobliwości bycia z drugim człowiekiem i robienia różnych, najzwyklejszych rzeczy RAZEM.


Paweł Mildner, Lody we wszystkich smakach, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.


  

wtorek, 24 marca 2020

Złodziejaszki


Katherine Rundell znowu to zrobiła! Wyciągnęła nas z foteli, kanap, łóżek, domowych kątów i popchnęła wprost w przygodę. W „Złodziejaszkach” przenosimy się do Nowego Jorku z czasów prohibicji, by śledzić brawurowe poczynania czworga wyjątkowych dzieci zmagających się ze złem, chciwością i okrucieństwem dorosłego świata.


Wszystkie dzieci są wyjątkowe, ale ta czwórka dobrała się jak w korcu maku: młody treser zwierząt, który jest w stanie oswoić najdzikszego rumaka, akrobata z lubością huśtający się na żyrandolach i fruwający nad dachami domów, włamywaczka, która umie otworzyć każdy zamek, oraz dziewczynka z dobrego domu bezbłędnie trafiająca do celu… nożami.

Poznali się przypadkiem, ale szybko i trwale połączyła ich silna więź przyjaźni zrodzonej z poczucia inności i pragnienia bycia wolnym. Arkadij oraz Samuel wychowali się w cyrku, i pisana im była określona droga zawodowa, typowa dla cyrkowych rodów. Jednak obaj chłopcy postanowili albo ją zmodyfikować, albo zupełnie odwrócić, za wszelką cenę starając się udowodnić słuszność swoich wyborów. Z kolei osierocona Susan, działająca w przestępczym światku jako złodziejka Silk, pragnie zerwać z tą praktyką i zacząć zwykłe życie bez ucieczek i oszustw. Vita – protagonistka powieści – w dzieciństwie ciężko przeszła polio, które pozostawiło po sobie ślad w postaci zniekształconej łydki i stopy. Mimo tej fizycznej niepełnosprawności, dziewczynka nie pozwala sobie na taryfę ulgową i to właśnie ona pierwsza rusza do nierównej walki z nieuczciwym milionerem Victorem Sorrotore.


A ma o co walczyć, chodzi bowiem nie tylko o ogólnie pojęte dobro – lecz o zdrowie i spokój ducha jej własnego dziadka. Nowojorski bogacz omotał schorowanego staruszka i podstępem zawłaszczył sobie podupadłą rodzinną posesję zwaną Zamkiem Hudson, będącą nie tylko ostatnią pamiątką po możnym rodzie – ale kryjącą też ponoć w swoich murach prawdziwy skarb…

Jak we wszystkich powieściach Rundell, również i w „Złodziejaszkach” mamy pewne stałe:
Po pierwsze: młodocianych bohaterów o szczególnych (ale nie paranormalnych) umiejętnościach.

Po drugie: świat dorosłych przeciwstawiony dziecięcemu – nawet „dobrzy” wspierający dorośli, zasadniczo nie są w stanie do końca zrozumieć świata dzieci i uzyskać do niego pełnego dostępu.

Po trzecie: wielką, szaloną, niebezpieczną, nieco naiwną przygodę rodem z najlepszych książek przygodowych i podróżniczych.

Po czwarte: akrobacje wysokościowe, chodzenie po linie i po dachach… oczywiście nie mogło zabraknąć tego, co Katherine Rundell lubi tak bardzo – w końcu to jej nietypowe hobby!

Po piąte: piękny, literacki, staranny, bogaty język, który sprawia, że również zupełnie dorosły czytelnik ma ogromną przyjemność z lektury książek Rundell. Jej powieści są jak powroty do książek Edith Nesbit czy Mary Norton, tylko w jeszcze lepszym, uwspółcześnionym wydaniu. Tłumaczenie Pauliny Braiter jest ekspresyjne, malownicze, czupurne. I przyznaję (mimo że tęsknię za poetyckością tłumaczeń Pawła Łopatki), że bardzo pasuje do klimatu tej złodziejskiej opowieści.


Katherine Rundell, Złodziejaszki, tłum. Paulina Braiter, il. Matt Saunders, wyd. Poradnia K 2020.
Wiek: 11+

 Pozostałe książki Katherine Rundell, o których pisałam:
"Dachołazy", "Odkrywca", "Wilczerka".



czwartek, 19 marca 2020

Miłość, spokój i joga - książki na trudny czas


W posłowiu do książki „Ja, miłość” czytamy: „Czasem w naszym życiu zdarza się coś, co sprawia, że odczuwamy lęk, smutek i bezradność, a wtedy tracimy umiejętność odnajdywania miłości”. Brzmi to bardzo aktualnie, bardzo adekwatnie w dniach pandemii, prawda?




Wydawnictwo Mamania wypuściło na polski rynek serię „trzech ksiąg Ja” – joga, spokój, miłość – tuż przed wybuchem epidemii koronawirusa. Dobrze, że je mamy, bo właśnie teraz szczególnie potrzebujemy wyciszenia, wsłuchania się w siebie, empatii, spokoju, dobrych myśli, umiejętności dawania siebie.

Autorka książki jest instruktorką jogi i mindfulness i w tych trzech książeczkach pokazuje, jak można przenieść niektóre praktyki tych treningów w codzienność bycia z dzieckiem. Skupia się więc na właściwym prowadzeniu oddechu, otwarciu klatki piersiowej, na skupieniu myśli i rozluźnieniu ciała. Lekka kreska i intensywne barwy ilustracji Petera H. Reynoldsa przykuwają wzrok dziecka i prowadzą go przez tekst, który w prostych słowach opowiada o bliskości, współodczuwaniu, różnorakich emocjach. 

wtorek, 25 lutego 2020

Pola i Buster


Mój syn uwielbia książki o czarownicach. Jego ukochaną serią była jak dotąd „Fatalna czarownica” Jill Murphy (więcej tutaj), ale być może wyrosła jej właśnie konkurentka! 



„Pola i Buster. Niesforna wiedźma i uczuciowy maszkaron” to pierwsza część trzytomowej opowieści Sally Rippin. Australijskie dzieci pokochały jej bohaterów – Polę Proggett, obdarzoną wyjątkowymi mocami, ale bardzo roztrzepaną początkującą czarownicę, i poczciwego Bustera, maszkarona o złotym sercu.

Tych dwoje zna się od dziecka. Buster i jego rodzina byli dla Poli wielkim wsparciem, gdy jej tata zginął w wypadku w kopalni. A jednak z biegiem czasu matka i siostra Poli zaczynają dystansować się do mieszkających po sąsiedzku maszkaronów, sugerując Poli, by zrobiła to samo. Nie wypada, by wiedźma zadawała się z maszkaronami, które są brudne, śmierdzące i głośne – twierdzi matka Poli.


Pola jako uczennica Akademii Czarów i Magii Panny Madden przeżywa więc ciężkie chwile, nie tylko dlatego, że gubi się w recepturach eliksirów i próbuje spokojnie znosić drwiny i przytyki innych uczniów w tym temacie. Męczy i boli ją fakt, że musi ukrywać swą przyjaźń z Busterem i udawać, że w ogóle się nie znają. Jest to tym bardziej trudne, że wrażliwy maszkaron bardzo źle to znosi – gdy jest mu smutno (a ma to miejsce coraz częściej) staje się coraz mniejszy i szarzeje, aż w końcu staje się małą szarą kuleczką smutku. Ta przemiana rzuca się w oczy i wzbudza niezdrowe zainteresowanie wiedźm i wiedźmaków. Właśnie w takiej sytuacji podczas szkolnej wycieczki Pola desperacko staje w obronie Bustera, nie mogąc znieść gradu upokorzeń spadających na najlepszego przyjaciela.