czwartek, 22 października 2020

Książki na Halloween /2020/

 W tym roku rzeczywistość straszy i bez Halloween. Ale przecież bawiąc się tego dnia z dziećmi, chcemy właśnie przegnać, obśmiać w karykaturze nasze strachy i lęki, może jest więc to tym bardziej potrzebny czas. Tematycznie na rynku zadziałało się mniej w tym roku niż zwykle, mimo to wypatrzyłam kilka ciekawych nowości „z dreszczykiem” wartych polecenia.

 


Pola i Buster. Tajemnica magicznych kamieni

Pola Progget jest zupełnie przeciętną młodą wiedźmą, na dodatek kiepsko radzi sobie z zaklęciami, co nie raz już sprawiło, że stawała się obiektem kpin szkolnych koleżanek. Średnio układa się jej też z innymi wiedźmami – za to prawdziwa przyjaźń łączy ją z maszkaronem. Mieszkający po sąsiedzku Buster ma złote serce i przy nim Pola nie obawia się okazać swoich słabości. Niestety w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności to właśnie ona doprowadza do zaostrzenia wieloletnich nieporozumień między wiedźmami a maszkaronami zamieszkującymi miasteczko Zaklętynowo. Pretensje i wzajemne oskarżenia na nowo ożywają i Pola i Buster nie mogą już otwarcie się przyjaźnić. Mało tego, wszystko wskazuje na to, że tym razem dojdzie do otwartego konfliktu, który nie skończy się, póki jedna ze stron nie wygra.


Czy dwoje dzieci może coś zrobić w tak poważnej sprawie? Przywrócić stabilność światu, w którym oboje chcą spokojnie żyć? Wydaje się, że tak. Przy pomocy magii (Pola ze zdumieniem odkrywa w sobie moce, o które nikt by ją nie podejrzewał, łącznie z nią samą), wsparciu mądrych dorosłych (takich jak nauczycielka Poli panna Spinnaker) i własnej wrażliwości, zaradności i umiejętności współdziałania. 
Pola i Buster ruszają na ryzykowną wyprawę, u kresu której znajduje się rozwiązanie nie tylko konfliktu targającego Zaklętynowem. To także finał bardzo ważnej dla Poli prywatnej sprawy. Oto wreszcie znowu spotka ojca, który zaginął kilka lat temu po wypadku w kopalni. Czy jednak będzie to takie spotkanie, o jakim marzyła?


Podobnie jak w pierwszej części trylogii, także i „W tajemnicy magicznych kamieni” Sally Rippin nie stroni od trudnych tematów i emocji. Bohaterowie zmagają się z własnymi słabościami, są dla siebie niemili, podli, okrutni, a świat nie zawsze jest bezpiecznym i przyjaznym miejscem. Czasem nie da się polegać nawet na tych najbliższych z najbliższych, którzy dotkliwie ranią i zawodzą na całej linii. Opowieść jednak pokazuje, że dla kontrastu zawsze znajdzie się pomocna dłoń, czasem wyciągnięta przez zupełnie obcą osobę.

Sally Rippin, Pola i Buster. Tajemnica magicznych kamieni, tłum. Aleksandra Weksej, wyd. Mamania, Warszawa 2020. 
Wiek: 7+

 

Selfie ze Stolemem

„Legenda głosi, że dawno temu na Kaszubach żyły stolemy i istoty przypominające ludzi, lecz znacznie od nich większe” – czytamy na początku książki „Selfie ze Stolemem”.  Rzeczywiście w Tychowie, Grabówku czy Świecinie można natknąć się na wielkie kamienie zwane stolemowymi. Ponoć legendarne olbrzymy porozrzucały je podczas walk.


Ludzie bali się stolemów, przypisując im nie tylko wielką siłę, ale i okrucieństwo. Krzysztof Kochański odwraca w swojej książce tę sytuację – jej protagonista jest życzliwym, spokojnym olbrzymem, a ludzie okazują się pozbawionymi litości niegodziwymi istotami.

Oczywiście nie wszyscy. Zosia, którą stolem Stolko spotyka pewnej nocy w Kaszubskim Lesie, jest dobrą i serdeczną osóbką. Dziewczynka i stolem szybko rewidują pokutujące przesądy o ich rasach i z ciekawością uczą się siebie. Są bardzo różni – ona mała i drobna, on – wielki i potężny, ona funkcjonuje w dzień – on tylko w nocy, to, co dla niego pyszne, dla niej jest obrzydliwe itd. Łączy ich jednak wspólne zagrożenie. Chcą ocalić nie tylko siebie, ale także spokój lasu i jego mieszkańców. Będą musieli zjednoczyć siły, by w mroku nocy walczyć z żądnymi bogactw bandziorami. Dobrze, że jest ścieżka do Tam, Gdzie Pieprz Rośnie, z której nie można zawrócić – „Wchodzisz na nią i już po tobie…”.


Tajemnicza, odrobinę mroczna, ale też lekka w odbiorze i niepozbawiona humoru książka z charakterystycznymi ilustracjami Zosi Dzierżawskiej. Nagrodzona w tegorocznym Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.

Krzysztof Kochański, „Selfie ze Stolemem”, il. Zosia Dzierżawska, wyd. Literatura, Łódź 2020. 
Wiek: 7+

 

Opowieści z dreszczykiem. Disney

Upodobanie dzieci do opowieści z dreszczykiem jest nie tylko sprawą indywidualną – ewoluuje też w czasie. I to niekoniecznie wprost proporcjonalnie do wieku. Oto mój syn, który jako cztero- czy pięciolatek uwielbiał słuchać strasznych opowieści i przez cały październik w oczekiwaniu na Halloween, kazał sobie czytać o duchach i wampirach, jako ośmiolatek stwierdził nagle, że „nie lubi takich książek”. Nie powiedział, że się boi, ale wyczułam wyraźny dyskomfort. Pomyślałam więc, że nic na siłę, i zaczęłam się rozglądać za czymś w klimacie Halloween, ale strasznym tylko odrobinkę.


Seria „Opowieści z dreszczykiem” wydana przez Harper Collins sprawdza się tu idealnie – to znani bohaterowie i „oswojony” poprzez baśnie, filmy i seriale świat przedstawiony, jedynie podany w nieco mroczniejszym anturażu i okraszony klimatyczną przygodą.

W tomie Disneyowskim zawarto osiem opowieści – ich bohaterowie to m.in. Kubuś Puchatek, Piotruś Pan, Miki, Alicja w Krainie Czarów, Śpiąca Królewna. Przygody, które stają się ich udziałem są bardziej zabawne niż straszne, choć mają w sobie ten cliff hanger, który na moment rozszerza strachem oczy malucha. Oto na przykład Miki, Minnie, Daisy i Donald bawią się w teatrzyk cieni i w mrocznym pokoju opowiadają emocjonującą historię o magiku, który potrafi sprawić, by ludzie znikali, gdy nagle drzwi otwierają się z hukiem i staje w nich wysoka zakapturzona postać… (nie jest to zły magik, lecz Goofy, który wpadł z wizytą).


Wydawałoby się, że niełatwo wystraszyć Królową Kier, ale w opowiadaniu z tego zbiorku zaczyna ona drżeć ze strachu, gdy budzi się w środku nocy i dostrzega, że jej fotel tajemniczo się buja, a drzwi szafy skrzypią straszliwie, by ujawnić wysuwające się z niej „nogi, ale bez stóp, i ręce, ale bez dłoni” (byli to Szarak bez Piątej Klepki i Suseł zaplątani w prześcieradło).

Disney. Opowieści z dreszczykiem, il. Disney Storybook Art Team, tłum. Regina Mościcka, wyd. Harper Collins (HarperKids), Warszawa 2020. 
Wiek: 4+

 

Opowieści z dreszczykiem. Straszne historie Maszy

Wydane w tej samej, świecącej w ciemnościach, serii „Straszne historie Maszy” oparte są na innym pomyśle. Każde z dziewięciu opowiadań dotyka jakiegoś dziecięcego lęku i pokazuje, jak sobie z nim poradzić. Narratorką tych historii, pomyślanych jako opowieści do poduszki, kończących się zawsze hasłem „dobranoc!”, jest świetnie znana dzieciom serialowa Masza, a ich bohaterami chłopcy, dziewczynki i zwierzęta. 


Ich lęki i obawy są bardzo różne: od powszechnych wśród dzieci lęków przed ciemnością, zasypianiem, zgubieniem się, przez obawę przed podjęciem wyzwania, zmierzeniem się z trudnościami (i ewentualną porażką), po niespecyficzne lęki, jak w historii chłopca, który bał się być mały. Jego lęk nie miał racjonalnych podstaw, a jednak dla niego był bardzo realny; chłopiec bał się więc długich schodów, które mogłyby się nigdy nie skończyć, z przerażeniem myślał o tym, co by było, gdyby mama nie zakręciła na czas kranu (z kąpieli zrobi się morze i wielkie fale porwą go do oceanu i poniosą na bezludną wyspę). Masza podsumowuje każdą ze swoich historii dodającym otuchy przesłaniem, które pokazuje, że w swoich lękach dziecko nie jest osamotnione i że może sobie z nimi poradzić. 

Zaskoczyło mnie pozytywnie, że wszystkie opowieści zawarte w tomie są napisane ładnym, zgrabnym, przystępnym językiem (na podstawie odcinków serialu napisała je Beata Żmichowska) i zdecydowanie bliskie perspektywie małego (a także nieco starszego, bo Tadzio ma przecież już osiem lat) dziecka. Oczywiście najbardziej lubię oryginalne książki z autorskimi ilustracjami, ale potrafię docenić przemyślany produkt licencyjny, który wspiera dziecko, zarówno w nauce czytania, jak i w rozwoju emocjonalnym, tak jak historie Maszy.

 Opowieści z dreszczykiem. Straszne historie Maszy, tekst na podstawie odcinków Straszne historie Maszy: Beata Żmichowska, wyd. Harper Collins (Harper Kids), Warszawa 2020. 

Wiek: 4+

 

wtorek, 13 października 2020

Wieloryb w kąpieli i inne kartonówki od Tako

Kartonówki są nie tylko dla bobasów! To pełnoprawne książki, których czytanie i oglądanie może dać wielką frajdę wszystkim członkom rodziny: od najmłodszych po tych w okresie późnej dorosłości.  

 


Wydawnictwo Tako w ramach serii BIM-BAM-BOM wydało w październiku trzy kartonówki z tekstem i ilustracjami Susanne Straßer, i gdy tylko wzięłam je do rąk, pomyślałam: „O rany, teraz to się wydaje kartonówki!”. Cały czas pamiętam okres wczesnego dzieciństwa mojej córki (początek lat dwutysięcznych) i polowanie na książeczki kartonowe, które by jednocześnie nie straszyły tandetnymi kolorami czy irytująco infantylnym tekstem. Efekty poszukiwań były zwykle mizerne. Na półkach księgarskich dominowały wówczas kartoniki w jaskrawych kolorach, a ich treść skupiała się na braku treści. Zdarzały się wydane na kartonie (np. w formacie leporello) wiersze (Brzechwa, Tuwim), ale mikrofabuły przeznaczone specjalnie dla maluchów w zasadzie się nie trafiały.

 


Z tym większym uznaniem spoglądam na takie książki kartonowe, jak „Na huśtawce”, „Wieloryb w kąpieli” i „Jak tu zasnąć?”. Pierwsze co przykuwa uwagę, to staranne wydanie: dobrej jakości tektura, wygodny format, zaokrąglone rogi. Książki łatwo rozkładają się na płasko i pozostają w tym rozłożeniu, dziecko może więc do woli wodzić palcami po stronach; książka się nie zamknie. Na ten moment nie wydaje się też, by kartki miały tendencję do rozklejania się.

 


Po drugie, zachwycają kolory. Ciepłe, nasycone barwy, świetne zestawienie zgaszonego turkusu z bursztynową żółcią sprawiają, że książeczki są bardzo przyjemne dla oka i ma się ochotę do nich wracać ot tak, żeby sobie pooglądać ilustracje. Dzieciom z pewnością spodobają się urocze i zabawne zwierzęta pojawiające się w książkach: potężny wieloryb, zwalisty słoń, maleńki jeżyk. Jest też DZIECKO, które pojawia się we wszystkich trzech książkach. Ta płowowłosa postać okazała się w moim domu absolutnym hitem, bo tak się składa, że DZIECKIEM pieszczotliwie nazywamy naszego Tadzia, który w dodatku wygląda podobnie do malca z ilustracji. Autorka zręcznie posłużyła się figurą DZIECKA, nie nadając mu imienia ani nie określając płci, tak aby każde realne dziecko-odbiorca książek mógł się z nim utożsamić.

 


Po trzecie wreszcie, opowieść. Tak jak wspomniałam, każda z kartonówek opowiada prostą, zabawną historię: „Wieloryb w kąpieli” to rzecz o odprężającej kąpieli wieloryba, a raczej próbie zażycia takowej. Do wypełnionej pianą wanny gramolą się bowiem coraz to inne zwierzęta zwabione obietnicą kąpielowego relaksu. Na koniec przybywa dziecko i wtedy o spokojnym wylegiwaniu się w wodzie już w ogóle nie ma mowy!


Bohaterem „Na huśtawce” jest słoń, który marzy o tym, by pohuśtać się na huśtawce typu „moja–twoja”, co z oczywistych powodów nie jest łatwe. Ale z pomocą przychodzą zaprzyjaźnione zwierzęta, a w końcu, oczywiście, także DZIECKO. Podoba mi się, że w polskim tłumaczeniu nie ma kalki tytułu „So leicht, so swer”, który od razu wkłada książeczkę na półkę non-fiction pt. książki o pojęciach, różnicach, liczeniu. Polski tytuł „Na huśtawce” przekierowuje uwagę małego czytelnika na samą opowieść, w której można skupić się na przykład na kwestii przyjacielskiej pomocy i powiedzeniu „w grupie siła”.

 


„I jak tu zasnąć?” przyjmuje konwencję typowej dziecięcej wyliczanki, gdzie w każdej rundzie odpada kolejna postać – w tym przypadku zwierzę, które nie może zasnąć, wymyka się ze wspólnego łóżka i wychodzi z pokoju. Gdzie się udaje? Finał jest oczywiście bardzo zabawny, z drobnym skatologicznym żarcikiem do dokładkę.

 

Susanne Straßer, Na huśtawce, Wieloryb w kąpieli, I jak tu zasnąć?, tłum. Iwona Mączka, wyd. Tako, Toruń 2020.  Wiek: 1+

 

piątek, 2 października 2020

Subiektywny przegląd książkowych nowości /wrzesień 2020/

 

Oto pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto przyjrzeć się bliżej.


Pion i poziom

To ważne, umieć trzymać poziom, a i utrzymać się w pionie też nie zawadzi! Zabawna, błyskotliwa, i całkiem praktyczna publikacja Bartosza Sztybora i Łukasza Golędzinowskiego zgrabnie o tym przypomina. Ta kartonikowa książka w niewielkim, poręcznym formacie, przyciąga wzrok ciepłą, nasyconą żółcią oraz postacią kogoś, kto znajduje się częściowo w pionie, a częściowo w poziomie, bo wiatr chce go właśnie porwać niczym Mary Poppins na parasolce.
W środku jest jeszcze więcej pionu i poziomu, zgodnie z tym, co zapowiada tytuł. Książka, pomyślana przede wszystkim jako pomoc dla dziecka w nauce orientacji przestrzennej, jest też okazją do dobrej zabawy dla całej rodziny. Trudno przecież nie roześmiać się, czytając: „Rodzice wychodzą do pracy w pionie, ale jak z niej wracają, to są w poziomie”, i oglądając dwie kolejne rozkładówki, na których wspomniani rodzice rzeczywiście najpierw są bardzo pionowi, gotowi i uśmiechnięci, a potem już w zasadzie leżą i miny też mają leżące. Tu jest miejsce na rozmowę, śmiech i wspólne wygłupy, a przy okazji zapamiętanie wcale niełatwych dla małego dziecka pojęć (orientacja przestrzenna, rozróżnianie kierunków i umiejscawianie swojego ciała w przestrzeni to proces, który kształtuje się do 6 roku życia). Niełatwa sztuka, stworzyć taką publikację w sposób sprawiający frajdę i dużym, i małym. Tu się udało.

Bartosz Sztybor, Łukasz Golędzinowski, Pion i poziom, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Wiek: 3+

środa, 23 września 2020

Co robią uczucia?

 

Temat uczuć w książkach dla dzieci był i jest potrzebny, teraz pewnie jeszcze bardziej niż kiedyś. W biegu życia i pod presją sukcesu jakoś niezręcznie nam otwarcie rozmawiać o uczuciach. Boimy się zranienia, pokazania swoich słabości. Chcemy wychować dzieci na silne i pewne siebie, ale często nie wiemy, jak prowadzić je przez mrok, zwątpienie i smutek. 


Nic więc dziwnego, że na rynku pojawia się dużo poradników dla rodziców i książek non-fiction dla dzieci, które podpowiadają jednym i drugim, jak przepracować trudne emocje, jak rozmawiać o uczuciach, co robić, by wspierać dziecko w rozpoznawaniu i nazywaniu emocji. Świetnie, że takie publikacje istnieją, kłopot z nimi polega jednak na tym, że nie można z nich skorzystać natychmiast, tu i teraz, mając tylko kilka minut, i spodziewać się jakiegoś efektu. Wymagają one wnikliwej lektury, planu działania, wdrożenia pewnych schematów zachowań.
Tymczasem z książki Tiny Oziewicz „Co robią uczucia?” można skorzystać w „trybie instant”!

Na przykład:

czwartek, 17 września 2020

Sekretne życie smarków

 

Mimo bardzo ciepłych wrześniowych dni, jesień już czeka za rogiem. Nawet zdążyła już się zapowiedzieć, wysyłając do nas kataralnego wirusa, który przez cały tydzień nie ustawał w smarkatych wysiłkach. Opróżniwszy czwarte pudełko chusteczek higienicznych przestałam wierzyć, że jeszcze kiedyś odetchnę przez nos, a mój syn, z fascynacją słuchając kanonady kichnięć, zaczął zadawać pytania natury poznawczej (czy kiedy patrzy się w słońce, to zaczyna się kichać?). Wtedy przypomniałam sobie o tej książce.

 


„Sekretne życie smarków” wzięłam pierwszy raz do rąk na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie i pomyślałam, że oto coś, co siedmiolatek przyjmie z satysfakcją. Wielbiciel wszystkich książek z serii „Moje ciało” wydawnictwa Tako, wciąż nie ma dość tematów fizjologicznych. Brzydzą go i fascynują jednocześnie.

 

czwartek, 3 września 2020

Tosia i przygoda na plaży

 

Mieliście kiedyś tak, że postanawialiście, że od jutra będziecie kimś zupełnie innym? Jeśli nie lepszą, to przynajmniej odmienną wersją siebie? Tosia u progu wakacji wpada wraz z dwiema koleżankami na podobny pomysł: Hania zdecydowała, że przestanie być taka śmiała i trochę się wycofa, Marysia – że zacznie oglądać telewizję, a Tosia obiecała sobie, że przestanie folgować swojej bujnej wyobraźni i stanie się dzieckiem rozumującym zupełnie prostoliniowo.

 


Na szczęście Tosia, którą czytelnicy mogli poznać już w pierwszym tomie jej przygód („Tosia i tajemnice geodety” – o książce pisaliśmy w zeszłym roku w KL dzieciom) nie wyzbyła się całej swojej ciekawości i zmysłu obserwacji i w czasie wakacji nadal skrzętnie z nich korzysta. A żeby być fair wobec siebie i dotrzymać postanowienia, obserwacje zwyczajne, bez podtekstów i domysłów zapisuje w dzienniku zwykłym pisakiem, swoje domysły zaś i dociekania notuje po kryjomu – niewidocznym atramentem sympatycznym.

 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Pate


Chwilę nam zeszło, zanim sięgnęliśmy po książek o Patem, a dochodziliśmy do nich drogą okrężną i na dodatek karkołomnie.
Był więc wypadek. Rower kolegi złapany przez Tadzia tylko na chwilkę, na „jedno okrążenie” wokół placu zabaw. Wystarczyło. Bez kasku wystarczy chwila, kilka sekund. Pamiętajcie o tym. Była karetka, tomografia, pęknięta czaszka, wstrząśnienie mózgu, leżenie w szpitalu. A teraz rekonwalescencja. Żadnych szaleństw, ograniczenie bodźców. A więc detoks telewizyjny i komputerowy. Na szczęście ZAWSZE są KSIĄŻKI.



Czytamy więc, czytamy, czytamy… nowości i starości, książki kupione dawno temu, czekające na swoją kolej na półkach, i te kupione w minionym tygodniu, książki wypożyczone z biblioteki i nadesłane przez wydawców, książki podrzucone przez znajomych i lektury mojego dzieciństwa wyszperane u dziadków.

Książki z serii „Pate” Tima Parveli z ilustracjami Pasi Pitkänena przysłało kiedyś wydawnictwo Widnokrąg. Czekały cierpliwie na właściwy moment. Któregoś dnia na początku lipca uczestniczyłam w spotkaniu online poświęconemu skandynawskiej literaturze dziecięcej. I tam tłumaczka Iwona Kiuru opowiadała między innymi właśnie o Patem. Oraz o Elli (wspaniałej serii, niestety w Polsce tylko dwutomowej, tego samego autora), Ryśku (Krzyśku) Raperze i innych arcyciekawych postaciach książkowych. Skrzętnie notowałam, a potem pojechałam do biblioteki. Wróciłam z Ellą, Ryśkiem, a Patego znalazłam na półce we własnym domu. Nadal cierpliwie czekał. 



Odkrycie Tima Parveli i stworzonych przez niego bohaterów to była naprawdę wielka frajda dla Tadzia. Tego właśnie potrzebował – solidnej dawki poczucia humoru, która ociera się o głupawkę, ale nie przekracza granicy, zręcznie zarysowanych (i narysowanych) postaci rówieśników, wartkiej akcji, którą mógłby śledzić bez wysiłku, ale na tyle wciągającej, by oderwać go od smutnych myśli, że nie może biegać, grać w piłkę i uczestniczyć w półkoloniach sportowych (z których musieliśmy zrezygnować, podobnie jak z rodzinnego wyjazdu na Mazury). 


Pate to chłopiec z jednej strony trochę gapowaty i głupkowaty na tle rówieśników, ale z drugiej strony zdarza mu się dokonać bystrych obserwacji, potrafi też stanąć na wysokości zadania, jeśli trzeba. Wołałby bawić się na przykład z psem niż z dziewczyną, ale w razie konieczności tworzą team i działają ramię w ramię. Dorośli w fabułach Parveli (rodzice, nauczyciele) nie stoją po drugiej stronie barykady, raczej z boku, momentami trochę nieporadnie próbując wspierać dzieci i odczytywać ich świat. Zdecydowanie nie są pozbawieni wad i nie mają wyłączności na wiedzę. A może po prostu brakuje im wyobraźni i odrobiny wiary w to, czego nie da się ogarnąć rozumem.



Przygody Patego zilustrował brawurowo Pasi Pitkanen, a w zasadzie stworzył równolegle z Timem, bo jego czarno-białe prace dopowiadają, twórczo dopełniają napisane historie w sposób wykraczający poza standardowe zilustrowanie. Mamy tu więc na przykład rysunkowe (wyłącznie) teorie przebiegu zdarzeń, całe komiskowo-rysunkowe rozdziały, złożone rysunkowe analizy postaci z najdrobniejszymi szczegółami, portrety bohaterów obrazujące przykładowo ich style zarzucania wędki, wiązania węzłów, robienia kanapek itp.



Cztery tomiki: „Pate pisze bloga”, „Pate gra w piłkę”, „Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby” to pisane z perspektywy tytułowego bohatera wpisy na blogu. Początkowo będące tylko przymusowym pisaniem wakacyjnego dziennika w ramach pracy zadanej przez nauczyciela, stają się dla Patego ciekawym sposobem uwieczniania własnych przygód. Czytelnik ma wgląd w myśli chłopca, czynione przez niego ciekawe, okraszone dowcipem obserwacje, i snute wątpliwości. Dużo tu humoru i bystrych spostrzeżeń, szczególnie na temat świata dorosłych i skandynawskiego (zdrowego) dystansu do siebie i innych. Choć więc seria zasadniczo przeznaczona jest do samodzielnego czytania, bardzo fajnie czyta się ją też na głos, z przerwami na wnikliwe oglądanie ilustracji.

Timo Parvela, „Pate pisze bloga”, „Pate gra w piłkę”, „Pate szuka skarbów”, „Pate łowi ryby”, il. Pasi Pitkänen, wyd. Widnokrąg, Warszawa 2018–2020.
Wiek: 6+





sobota, 18 lipca 2020

Klub Opiekunek (The Baby-Sitters Club)


Gdyby seria The Baby-Sitters Club ukazywała się w Polsce na przełomie lat 80. i 90., bez wątpienia byłabym jej wierną czytelniczką. Uwielbiałam wszelkie kluby, stowarzyszenia i zgrupowania, i przez ładnych kilka lat dorabiałam sobie do kieszonkowego, opiekując się dziećmi. No i kusiło mnie życie nastolatek z Zachodu J



W Stanach Zjednoczonych słynna seria autorstwa Ann M. Martin zaczęła wychodzić w roku 1986. Wydawnictwo Scholastic uznało, że jest zapotrzebowanie na książki, których bohaterkami byłyby młodsze nastolatki dorabiające sobie po szkole jako babysitterki. Początkowo umowa z Martin stanowiła o czterech tomach, ale szybko okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę i czytelniczki domagają się kolejnych książek. W efekcie do roku 2000, kiedy to serię oficjalnie zakończono, powstało ich… 213. Z tego Ann M. Martin napisała 36 tomików, pozostałe części stworzyli ghostwriterzy, po jej konsultacji i redakcji. 

W roku 1990 na podstawie książek powstał serial telewizyjny, w roku 1995 film pełnometrażowy, a w tym roku Netflix, na fali nostalgii za latami 80. i 90. wypuścił własną, uwspółcześnioną produkcję kultowej serii. W latach dwutysięcznych zaczęły się także ukazywać przyzwoite komiksowe adaptacje książkowej serii – wciąż powstają kolejne tomy.



W Polsce możemy poznać klasyczną serię BSC dzięki wydawnictwu Mamania – do tej pory ukazały się trzy tomy, na sierpień planowany jest kolejny.

Dla osoby dorosłej „Klub opiekunek” to swoisty flashback, powrót do świata zabaw na podwórku, sygnałów puszczanych w okna latarkami, wielogodzinnego okupowania stacjonarnego telefonu i długich wspólnych z rówieśnikami powrotów ze szkoły. Czasów, w których dzieci miały więcej domowych, a nie tylko szkolnych obowiązków, ale też więcej wolności.

Dla współczesnych dzieci to po prostu lekko napisana, zabawna,  dobrze czytająca się książka – poruszająca wciąż aktualne problemy, takie jak rozwód rodziców, kłótnie między przyjaciółkami, pierwsze uczucie, relacje z rodzicami itp.


W pierwszej części serii – „Świetny pomysł Kristy” – poznajemy cztery założycielki Klubu Opiekunek. To Kristy, Claudia, Mary Anne i Stacey. Wszystkie mają po 12 lat i chodzą do tej samej szkoły. Każda też w czasie wolnym opiekuje się dziećmi w okolicy, zarabiając w ten sposób własne drobne pieniądze. Pewnego dnia Kristy słyszy, jak jej matka wykonuje zdesperowana kolejne telefony w poszukiwaniu opiekunki dla młodszego brata Kristy. To sprawia, że dziewczynka wpada na pomysł zebrania kilku babysitterek w jeden klub, co wszystkim ułatwi życie.

Jak można było przypuszczać, prowadzenie klubu wiąże się z masą zabawnych sytuacji, nieporozumień i wpadek. Już tylko w pierwszym tomie młode opiekunki muszą dać sobie radę ze zgłoszeniem, w którym zamiast nad dziećmi przyjdzie im opiekować się… psami, z nagłą koniecznością zatroszczenia się nie o jedno, lecz o czworo dzieci, a także uporania się z  agresywnym kotem i wiedźmowatą sąsiadką.


Oprócz tego jednak dziewczyny po prostu spotykają się ze sobą, przeżywają radości, smutki, mają tajemnice, kłócą się i godzą. Mama Kristy planuje ponowne małżeństwo, Mary Anne jest wychowywana przez surowego, nadopiekuńczego ojca, Stacey ma cukrzycę, a Claudia siostrę-geniuszkę, z którą wszyscy ją porównują… Życie domowe, szkolne i rówieśnicze dziewczyn toczy się wartko i obfituje w ciekawe zdarzenia, co bez wątpienia stanowi o sukcesie serii. Podobnie jak przesłanie, że w pędzącym naprzód świecie i chaosie codzienności dobrze mieć grupkę sprawdzonych przyjaciół i wspólnie robić różne rzeczy.

P.S.
Ciekawostka: Na zdjęciach autorka BSC i ja. Zaskakujące podobieństwo, czyż nie? Hihi

Ann M. Martin, Klub Opiekunek (The Baby Sitters Club, BSC). Świetny pomysł Kristy, tłum. Małgorzata Masełko-Swędrak, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 9+

środa, 15 lipca 2020

Dwie Księżniczki z Bamarry


W tym tekście głos oddaję córce:
Ostatnio w moje ręce wpadła książka o tytule Dwie Księżniczki z Bamarry. Zaciekawiła mnie okładka i blurb, które mówiły, że głównymi bohaterkami są dwie siostry, księżniczki, żyjące w magicznej krainie. Rzadko się spotyka powieści dla młodzieży o takiej tematyce, bo zazwyczaj jest ona przeznaczona dla młodszych czytelników. Niesłusznie!


Książkę bardzo mnie wciągnęła i przeczytałam ją w trzy dni (co jest dla mnie niezwykle szybkim tempem). Pewnie dlatego, że jest też lekko napisana i ma niezwykły klimat.

Głównymi bohaterkami są dwie siostry, Addie i Meryl, księżniczki Bamarry. Pierwsza spokojna, nieśmiała i bojaźliwa. Druga – odważna, przebojowa, gotowa w każdej chwili pomóc siostrze. Jednak, kiedy to Meryl zachoruje na najstraszniejszą chorobę w królestwie – Szarą Śmierć – siostry będą musiały zamienić się rolami i to Addie wyruszy na wyprawę w poszukiwaniu leku. Stawi czoła wielu przeszkodom i stoczy bitwy z potworami.

Źródło: https://twoprincessesofbamarre.tumblr.com/

Opisane w książce przygody kojarzą mi się z Hobbitem z powodu umieszczenia akcji w obcym nam świecie, występowania smoków, elfów i krasnoludów, jednak ta książka zawiera zdecydowanie mniej opisów i szczegółów, przez co ma formę podobną do baśni. Łatwo mi było ją sobie wyobrazić jako taką właśnie opowieść, pewnie przez jednowątkowość fabuły.

Ważnym aspektem jest ukazanie księżniczki jako bohaterki pokonującej smoki, gryfy i ogry. Nie jest to wymuszone zbyt widocznym mottem „patrzcie, dziewczyny TEŻ potrafią”. Nie, postawa Addie została opisana jako bohaterska, jednak nikt nie kładł nacisku na fakt, że to księżniczka (a nie rycerz czy książę) pokonała smoka. Po prostu uznany został jej akt odwagi, miłości do siostry i przełamanie własnych lęków. Jak powinien zostać uznany każdemu, niezależnie od płci.

Zuza Zaborek

Cytat z książki

Gail Carson Levine, "Dwie Księżniczki z Bamarry", wyd. Poradnia K, Warszawa 2020.
Wiek: 10+

środa, 17 czerwca 2020

Trzy życzenia


Baśń O rybaku i złotej rybce zawsze mnie przygnębiała – rybka się napracowała, a wszystkie jej dary zostały zmarnowane przez ludzkie chciejstwo. Lekko więc zrobiło mi się na duszy, gdy wzięłam do rąk „Trzy życzenia”, bo w tej opowieści role zostały odwrócone. To już nie ludzie sobie czegoś życzą – o swoich pragnieniach opowiada rybka, a człowiek próbuje jej pomóc.



Książka Anny Paszkiewicz i Joanny Bartosik jest nie tyle retellingiem znanej baśni, co wykorzystaniem głównego jej motywu – z zamysłem proekologicznym. „Trzy życzenia” pokazują młodym czytelnikom, że teraz przyszła kolej na ich działanie i odwdzięczenie się naturze.

Historia jest prosta: Pola i jej tata łapią w jeziorze złotą rybkę. Ze zdziwieniem patrzą, jak pływa w wiaderku, a ich zdumienie staje się jeszcze większe, gdy rybka odzywa się do nich i stwierdza, że owszem, ma trzy życzenia, ale to oni powinni je spełnić.


W ten sposób rybka komunikuje, że przyroda nie da rady dłużej sama się bronić przed zniszczeniami, za które odpowiada człowiek. Zwierzęta nie są w stanie walczyć z zaśmiecaniem i zatruwaniem jezior, rzek, lasów. To ludzie muszą zmienić swoje nawyki i zadziałać na rzecz wspólnego dobra.

Co to oznacza w praktyce? W rozmowie z rybką Pola wpada na wiele dobrych pomysłów: używanie toreb materiałowych zamiast plastikowych, częstsze korzystanie z rowerów czy komunikacji miejskiej, pisanie po obu stronach kartek, zakręcanie wody podczas mycia zębów… dziewczynka postanawia też, że razem z klasą zorganizuje akcję sprzątania jeziora.


To całkiem konkretne przykłady, które prowadzą do wyrażonej w końcówce książki optymistycznej konkluzji: „Jest sporo rzeczy, które można zrobić, by zmienić świat na lepsze. Większość z nich nie wymaga wiele zachodu”.
Jest to krzepiący i motywujący przekaz, choć w warstwie tekstowej nie rozbrzmiewa tak mocno, jak w ilustracyjnej. Nie da się przejść obojętnie obok obrazu ryby, której głowa utknęła w dziurce od klucza albo żaby rozpaczliwie wyciągającej łapy, by wyrwać się ze spowijającej ją reklamówki, posępny jest pełen czarnego humoru obraz węgorza sklejonego z gumową uszczelką, w której ten nieszczęśliwie się zakochał, biorąc ją za żywe stworzenie…


Zielenie i brązy, naturalne, ciepłe plamy barw na ilustracjach Joanny Bartosik przenoszą czytelnika na łono przyrody i wzbudzają pragnienie bycia jej częścią. Dzieciom z pewnością spodoba się też pełna ekspresji rozkładówka ukazująca przebieg akcji sprzątania zainicjowanej przez Polę.


„Trzy życzenia” to udane połączenie fiction i non-fiction. Książka oferuje zarówno baśniowość, jak i fakty. Nie rezygnując z literackości i artystycznego przekazu, może być jednocześnie pierwszym ekoporadnikiem dla młodego  miłośnika przyrody.

Anna Paszkiewicz, Joanna Bartosik, „Trzy życzenia”, wyd. Widnokrąg, Piaseczno 2020.
Wiek: 5+


poniedziałek, 1 czerwca 2020

Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności


Opublikowana po raz pierwszy siedem lat temu książka Marcina Wichy „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” doczekała się kolejnego wydania. W edycji wydawnictwa Mamania w tytule graficznie wyeksponowano „Lekcje niegrzeczności”, bo też właśnie ta niegrzeczność jest tematem wokół którego koncentrują się opisane w książce zdarzenia.


Wszystko zaczyna się od przedmiotu o złowróżbnej nazwie „grzecznościomierz”. To element programu promocji grzeczności, a jego działanie polega na naliczaniu punktów za grzeczne zachowanie. W tym celu dziecko musi przez cały czas nosić grzecznościomierz zawieszony na szyi. Zielone światełko informuje, że dane zachowanie jest poprawne, czerwony sygnał – że wręcz przeciwnie.

Dyrektor Dora Dyra (przypominająca nieco panią Pałkę z „Matyldy” Roalda Dahla) zgłasza do programu promocji grzeczności siedmioletnią Strusię – dziewczynkę zawsze tak grzeczną, że już w przedszkolu wychowawczyni nie mogła się nadziwić: „to dziecko jest ciche jak trusia” – stwierdziła kiedyś, a dzieci przekręciły to po swojemu i tak się narodziła Strusia.


Strusia jest posłuszna, miła i spokojna, zupełnie jak bohaterka książki „Grzeczna” Gro Dahle i Svena Nyhusa. Jest równie niewidzialna, a także niezbyt lubiana. Nikt się nie liczy z jej zdaniem.

Na szczęście pojawia się Łysol – wielki kudłaty pies, który też kiedyś chodził do szkoły, ale go z niej wyrzucono za obsikanie pokoju nauczycielskiego. Został więc trenerem niegrzeczności – psem ratunkowym, który pojawia się tam, gdzie grzeczność bynajmniej nie wychodzi dzieciom na dobre.

Strusia jest zdziwiona tym, że niegrzeczności w ogóle trzeba uczyć. Ale szybko okazuje się, że grzeczność w swej definicji jest dla niej czymś zupełnie innym niż dla Łysola:
- Grzeczność to jest, kiedy robisz coś, co inni by chcieli, żebyś zrobiła, a oni mówią „O, jaka grzeczna dziewczynka”
- Zawsze tak robisz?
- Zazwyczaj. Na przykład w zeszłym roku chciałam się przebrać za wielbłąda na Jasełkach, ale pani od religii powiedziała, że wielbłąd jest zbyt humorystyczny, więc zostałam wołem.

Łysol unaocznia Strusi, wciągając ją w coraz to dziwniejsze i bardziej karkołomne przygody, że bycie grzecznym nie oznacza ślepego posłuszeństwa, braku własnego zdania, odzywania się tylko wtedy, gdy ktoś zapyta i nieustannych prób zadowolenia innych. Niegrzeczność w wydaniu Łysola, pokazywana Strusi na licznych przykładach własnych i w działaniu, to posiadanie własnej, również odmiennej opinii, odwaga bycia sobą, otwartość, działanie zamiast biernego trwania oraz dystans do siebie samego i podchodzenie do wielu spraw z humorem.


Jak można się domyślić, program promocji grzeczności kończy się zdecydowanie nie tak, jak życzyłaby sobie Dora Dyra. Ale dla Strusi (i wielu innych jej podobnych dzieci) jest to prawdziwie wyzwalające doświadczenie.

Już sama fabuła wystarczyłby, by uznać książkę Marcina Wichy za wartą lektury, ale to, co mnie w niej porwało, to metatekstualność. „Kiepski ze mnie narrator” – marudzi narrator między jednym a drugim rozdziałem, bo przypomina mu się, że zapomniał o czymś poinformować czytelnika. W połowie opowieści macha do niego spomiędzy kartek: „Halo, tu narrator. Staram się mówić jak najmniej, ale czasem muszę się odezwać. Na przykład teraz”. A czasem zagaduje pozornie bez związku: „Pamiętacie takie momenty, kiedy pod koniec filmu leci smutna piosenka, bohaterka snuje się po ekranie, a kamera pokazuje kalendarz albo listki na drzewach (dla pokazania upływu czasu)?”. To podgadywanie i komentowanie narratora ponad głównym tekstem tworzy bliską więź z czytelnikiem i sprawia, że czuje się on nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem całego spisku przeciwko byciu przesadnie grzecznym dzieckiem.

Dodatkową atrakcją książki są rysunki Wichy-grafika, i to nie tylko te ilustrujące konkretną scenkę, podpisane fragmentem tekstu, lecz także, może nawet bardziej, humorystyczne wstawki komiksowe umieszczone pomiędzy rozdziałami – pozornie bez związku, w istocie wiele mówiące o osobowości bohaterów.


I jeszcze humor, humor, dużo humoru – wspaniale absurdalnego, purnonsensowego. Jest obecny niemal na każdej stronie tej książki i daje mnóstwo frajdy czytelnikom. Satyra na szkołę, na domorosłe biznesy, internetowe mody, rozdmuchane medialne afery, celebrytów – zdecydowanie nie tylko dzieci będą tu miały okazję do głośnych chichotów.

Marcin Wicha, „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności”, wyd. Mamania, Warszawa 2020.
Wiek: 6+



sobota, 23 maja 2020

„Książkowy Ulf to ja”


Wielu dorosłych, czytających trylogię opartą na wspomnieniach Ulfa Starka, poczuje się tak, jakby wskazówki zegara zaczęły się cofać, coraz szybciej i szybciej, aż do dzieciństwa.Brązowe strupy znowu będą znaczyć kolana, a bąble po pokrzywach jeszcze raz zapieką. Skóra zyska ten słodko-słony zapach letniego wieczornego powietrza. Gdzieś z oddali dobiegną nawoływania dzieciaków z podwórka.



Ulf Stark urodził się w 1944 roku, jego wspomnienia dotyczą więc Szwecji z lat 50. XX wieku, a mimo to wiele momentów trylogii o Stureby brzmi znajomo dla mojego pokolenia, którego dzieciństwo przypadło na lata 80. Popołudnia spędzane na włóczeniu się z rówieśnikami po okolicy, brawurowe zakłady, durne wygłupy, wojny podwórkowych gangów, pierwsze wakacyjne miłości, dyskoteki pod gołym niebem, przyjaźnie pieczętowane braterstwem krwi…
Dla współczesnego dziecka to może być świat już nieco egzotyczny, ale bez wątpienia arcyciekawy. Ulf Stark potrafi bowiem uczynić go uniwersalnym, koncentrując się na przeżyciach, emocjach, uczuciach swoich bohaterów, które są bardzo ludzkie i przez to niezmienne.

Część pierwsza trylogii to opowieść o codzienności dzieciństwa spędzonego w dzielnicy Stureby na przedmieściach Sztokholmu. Rzecz o szkole, rywalizacji w grupie rówieśniczej, relacjach z rodzicami i rodzeństwem, a przede wszystkim o przyjaźni. Przyjaźni Ulfa z Percym, nowym uczniem w klasie. Dziwny to chłopak. Niesamowicie wysportowany, mocny w gębie, rwie się nawet do bicia, jeśli z nim kto zadrze, ale uwielbia też robótki ręczne i sam piecze ciasta. Stark w fascynujący sposób opisuje powolne rodzenie się prawdziwej, trwałej chłopięcej (męskiej!) przyjaźni. Postać Percy’ego mocno ewoluuje w kolejnych tomach, a obserwacja tych zmian dostarcza czytelnikowi licznych zaskoczeń.


W części drugiej przyglądamy się najbliższej rodzinie Ulfa – zwłaszcza ojcu, jego zamiłowaniu do języka francuskiego i pasji zapalonego radioamatora, która doprowadza do niezwykłego wydarzenia: oto do Stureby na zaproszenie ojca przybywa książę Talal z Arabii Saudyskiej. To spotkanie okaże się ważne nie tylko dla rodziny Ulfa, lecz także Percy’ego i zaważy na dalszych losach przyjaźni chłopców.

W trzeciej części Ulf spędza lato na wyspie, a czytelnik poznaje kolejnych członków jego rodziny oraz wakacyjnych przyjaciół. Dojrzewanie właśnie puka do drzwi i Ulf doświadcza cierpień nieodwzajemnionego uczucia oraz ukłuć zazdrości. Dostrzega też coraz wyraźniej złożoność relacji międzyludzkich – tego lata inaczej spojrzy na swego wiecznie złoszczącego się dziadka i dostrzeże drzemiące w nim pokłady czułości, troski i żalu. A Percy znowu będzie tym, który pomoże mu osiągnąć poznanie.


Stark, zapytany w jednym z wywiadów o to, ile jest w książkowym Ulfie prawdziwego Ulfa, odpowiedział: „Ulf w książkach to zdecydowanie ja. Dzieli wiele moich uczuć i wczesnych doświadczeń, mamy tego samego brata i wychowaliśmy się w tym samym domu z piekarnią i domem starców po sąsiedzku. Ale oczywiście szczegóły autobiograficzne są interesujące dla czytelników nie dlatego że są prawdziwe, tylko dlatego, że są interesujące”.

Trylogię o Stureby czyta się wspaniale, lekko, z zaangażowaniem. Stark zadbał zarówno o wartką akcję, żywe dialogi, jak i o emocje czytelnika. Pojawiają się śmiech, wzruszenie, złość, oburzenie, współczucie, tęsknota, melancholia… Wielbiciele twórczości szwedzkiego autora wiedzą, że nie unikał trudnych kwestii i uważał, że w literaturze dziecięcej jest jak najbardziej miejsce na tematy takie jak śmierć czy seksualność. Mawiał, że woli pisać o nich w książkach kierowanych do dzieci, bo wtedy może to zrobić, nie ocierając się o patos. W trylogii o Stureby życie jest więc po prostu życiem, z całym bagażem nieuniknionych problemów i smutków, ale też zadziwień i radości, z których wiele jest nam tak dobrze znanych. I kiedy zamykamy ostatni tom, ten odległy i nieistniejący już przecież świat jest nam tak bliski, że mamy ochotę sięgnąć po pierwszą książkę i zacząć czytać od nowa.
Co też zresztą zrobiliśmy.

Ulf Stark, „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby”, „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”, tłum. Katarzyna Skalska, il. Magdalena Kucharska, wyd. Zakamarki, Poznań 2011–2020.
Wiek: 9+