piątek, 15 grudnia 2017

Przygoda Marlenki

Kilkuletnia Marlenka, znudzona samotnym przesiadywaniem w oknie, wybiega z domu w zimowy dzień, aby pobawić się na śniegu. Jego płatki zdają się wołać do niej zupełnie jak dzieci i zachęcać do wspólnej zabawy. Dziewczynka wpada radośnie w wirującą na wietrze białość. Jest trochę jak Kaj Andersena, gdy wsiada na srebrne sanki i pozwala zabrać się  do śnieżnego ogrodu Królowej Zimy.



Władczyni tej krainy, podobnie jak Królowa Śniegu, mieszka we wspaniałym lodowym zamku, który oszałamia swą majestatycznością. Marlenka „z zachwytem spogląda na błyszczące mury, / na sklepienia wież krągłe jakby cukru głowy, / i na ściany wyniosłe jakby szklane góry”.
Sprowadzenie Marlenki to prezent urodzinowy dla córki Królowej Zimy. Maleńka księżniczka chce zawłaszczyć sobie dziewczynkę jak Mała rozbójniczka Gerdę, ale na szczęście nad wszystkim czuwa miłościwa królowa.


To dobra monarchini, serdeczna i czuła. Cieszy się radością swojej córki, ale dba także o Marlenkę. Obserwuje zabawy dziewczynek ze śnieżynkami, wspólnie z nimi rusza w tanecznym korowodzie, kiedy jednak widzi zmęczenie małego gościa, każe natychmiast przygotować  sanie zaprzężone  w cztery polarne niedźwiedzie. Marlenka wraca do domu, prosto w ramiona wyczekującej jej matki.


Matki, która, nie bacząc na zimno, w samej tylko sukni wybiega ku dziewczynce, uśmiecha się i  jest taka szczęśliwa! Jak bardzo musiała się martwić, gdy po powrocie z miasta nie zastała w domu swojej córeczki! Teraz „Wyciąga ręce, tuli Marlenkę w ramionach. / - Wróciłaś wreszcie do mnie, córeczko kochana!”. Dziewczynka opowiada coś o „płatkach – jak żywych, / o Królowej Zimy i małej królewnie…”, fantazja miesza się z rzeczywistością, może mała błąkała się gdzieś po polach, może przysnęła w śniegu i przywołuje teraz senne obrazy…


Marlenka przeżyła czarodziejską przygodę, podążywszy za roztańczonymi śnieżynkami jak Alicja za pędzącym Białym Królikiem. Z perspektywy dziecka słuchającego tej baśniowej opowieści bohaterka książki wspaniale się bawiła, poznała niezwykłe postaci, zobaczyła wyjątkową, niedostępną innym krainę. Dorosły może jednak interpretować  tę przygodę całkiem inaczej. W zastygłym niebiesko-białym ogrodzie i zimnych komnatach zamku dziewczynka mogła równie dobrze błąkać się w zdumieniu, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, jak daleko zawędrowała i co właściwie ją spotkało.


Ilustracje  Sibylle von Olfers, która właśnie „Przygodą Marlenki” debiutowała w 1905 roku, są typowo dla niej pogodne i delikatne, a mieszkańcy zimowej krainy to istoty o krągłych dziecięcych kształtach i pyzatych zaróżowionych policzkach. A jednak wysmukłe milczące stalaktyty ozdabiające stropy lodowych komnat i gładkie lustrzane posadzki zasiewają w dorosłym czytelniku ziarenko niepokoju.


Mnie obrazy  von Olfers przyniosły wspomnienie „Pałacu lodowego” Tarjei Vesaasa – norweskiej baśniowej opowieści, którą przeczytałam kiedyś jako nastolatka i która głęboko mnie poruszyła. Do dziś pamiętam opisy lodowych, koronkowych białości, sennych cichych przestrzeni pałacu, pustki, który przyciąga i pochłania. W krainie rządzonej przez Królową Zimy dostrzegłam je na nowo.



I nawet jeśli założymy, że takie postrzeganie bardzo prostej w gruncie rzeczy fabuły jest pewną nadinterpretacją, tym bardziej warto docenić wielowymiarowość tej opowieści i jej kunsztowną prostotę, która otwiera przed czytelnikami ich własne, osobiste  światy wyobraźni.

Sibylle von Olfers, Przygoda Marlenki, tłum. Eliza i Andrzej Karmińscy, wyd. Przygotowalnia, Kraków 2017.
Wiek: 3+


O innej, najsłynniejszej książce von Olfers – „Dzieci korzeni” przeczytacie w mojej recenzji dla tygodnika „Kultura Liberalna”. 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Nakręceni (Cogheart)

„Gdyby nie było wszystkich tych złych ludzi, nie mielibyśmy szans na czynienie dobra” – w taki sposób Lily próbuje spojrzeć na swoje życie. W którym aż roi się od złych ludzi i ich jeszcze gorszych uczynków. Dziewczyna ma dopiero 13 lat, a już zdążyła otrzeć się o śmierć i poznać,  czym jest ludzka zawiść, chciwość, nienawiść. Jej ojciec jest niezwykle uzdolnionym wynalazcą. Jedno z jego urządzeń okazało się mieć niezwykłą moc, i właśnie ten wynalazek sprowadził nieszczęście na rodzinę Hartmanów. Niektórzy ludzie nie cofną się bowiem przed niczym, by dostać to, czego nie ma nikt inny.




Lily Grantham  (właść. Hartman) – główną bohaterkę książki – poznajemy w chwili, gdy sztywno kroczy z książkami na głowie długim korytarzem Akademii dla Młodych Dam Panny Octavii Scrimshaw. A w zasadzie próbuje to robić, bo nie jest łatwo iść wyprostowanym jak struna, jednocześnie po kryjomu kartkując  powieść sensacyjną w odcinkach, które Lily czytuje pasjami.  Takie powieści były bardzo popularne w dziewiętnastowiecznej Anglii i nosiły nazwę Penny Dreadful. Kosztowały dokładnie pensa i nie miały dobrej reputacji, za to co tydzień każdy kolejny odcinek przykuwał uwagę wiernych czytelników. Szkoda, że nie ma o tym słowa w polskiej wersji książki (ba, zniknęło nawet samo określenie Penny Dreadful), tym bardziej, że na swojej stronie internetowej autor udostępnia czytelnikom gotowy schemat do stworzenia własnej sensacyjnej historyjki. Możecie pobrać go tutaj).


Jak się pewnie domyślacie po dobrze lektury, w naturze Lily nie leży bycie cichą i posłuszną, w najmniejszym stopniu nie jest też zainteresowana nabyciem praktycznych umiejętności niezbędnych wiktoriańskim damom. Oczekuje od niej tego właścicielka akademii, a także opiekunka Madame Verdigris, która po śmierci matki Lily zajmuje się domem. Ukochany ojciec oczekuje tego natomiast w znacznie mniejszym stopniu – on kocha Lily dokładnie taką, jaka jest: odważną, wojowniczą, pomysłową, logicznie myślącą, otwarcie wyrażającą swoje zdanie, marzącą o byciu podniebną piratką. Ale John Hartman jest trochę jak kapitan Crewe z „Małej księżniczki” Burnett – uwielbia swoją córeczkę i chce dla niej jak najlepiej, tyle że nie za bardzo wie, jak to osiągnąć.


Kiedy zdarzenia kolejny raz w rodzinie Hartmanów przybierają fatalny obrót, to Lily będzie tą osobą, która zachowa trzeźwość umysłu i podejmie zdecydowane działania, nie wahając się stawić czoła zagrożeniu. Wieść o tajemniczym zaginięciu ojca pchnie ją nie tylko do wszczęcia iście detektywistycznej akcji poszukiwawczej, lecz także do odkrycia mrocznej tajemnicy urządzenia skonstruowanego kiedyś przez Hartmana, a będącego obiektem tak obsesyjnego pożądania, że ludzie są skłonni dopuszczać się najokrutniejszych czynów, by go zdobyć.


U boku Lily staje rząd oryginalnych, by nie powiedzieć osobliwych postaci: Malkin, inteligentny mechaniczny lis, stworzony specjalnie dla Lily przez jej ojca; Robert, trzynastoletni syn wybitnego zegarmistrza oraz Anna, aeronautka, dziennikarka i powieściopisarka, od lat śledząca sprawę rodziny Hartmanów.
Tłem dla dramatycznych perypetii czworga bohaterów jest dziewiętnastowieczny Londyn, ale nie taki, jaki znamy z lekcji historii.  To jest Londyn z wyobraźni Petera Bunzla, jego ”Victorian alternative universe” pełen dziwacznych urządzeń i konstrukcji mechanicznych, będących niewątpliwie owocem rewolucji naukowo-technicznej, ale nie tej, o której czytamy w podręcznikach. 


Pokryte sadzą niebo nad Londynem wypełniają kolejki statków powietrznych, a po ulicach przemieszczają się szybko i niestrudzenie służące ludziom mechanikony i mechanimale. Są one urządzeniami mechanicznymi o naciągu manualnym, co oznacza, że trzeba je regularnie nakręcać. I stąd właśnie polski tytuł książki – „nakręceni” w sensie dosłownym, nie w potocznym znaczeniu „bycia nakręconym”, czyli podekscytowanym.  Tytuł oryginału brzmi „Cogheart”, co można przetłumaczyć jako „mechaniczne serce” – w książce „mechaserce”. To tytuł zdecydowanie bardziej dosłowny, w przeciwieństwie do polskiego, który wprowadza dwuznaczność znaczeniową. Możliwe, że był to zabieg celowy, mający przyciągnąć młodego czytelnika luźnym pozytywnym skojarzeniem.

Ale wracając do fantastycznego świata stworzonego przez autora – jest w tej kreacji Bunzla pociągający urok minionych ludzkich wyobrażeń o tym, jak może wyglądać „świat za 100 lat” i w jakim kierunku będzie podążać cywilizacja. Dawno temu, gdy byłam w pierwszej klasie, mieliśmy na plastyce przedstawić „Świat w roku 2000”, i pamiętam, że narysowałam dzieci latające do szkoły dzięki tornistrom z silniczkiem na plecach, a w domu – pomagające w codziennych pracach roboty. Wizja Bunzla jest mi więc sentymentalnie bliska.

Książka brytyjskiego autora udanie łączy wątki detektywistyczne, sensacyjne, fantastyczne, przygodowe, nie zapominając o wiarygodnej psychologicznie kreacji bohaterów.  W Lily Hartman, fajterce, która mimo przeciwności losu ciągle wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę,  niejeden młody człowiek znajdzie bratnią duszę, podobnie jak w nieco niepewnym siebie, ale uparcie walczącym z własnymi słabościami Robercie.



Powieść jest dobrze skonstruowana, zgrabnie napisana, dialogi brzmią żywo i realistycznie. Na ostatnich stronach znajduje się  „Słowniczek dziwnych słów”, czyli terminów takich jak perpetum mobile, zeppelin, hybryda, Kraken itp. na uwage zasługują ilustracje Bekki Stadtlander, jednej z moich ulubionych artystek – czarno-białe w bloku książki i fantastyczna kolorowa okładka.
Pod koniec książki wartka akcja nabiera takiego tempa, że czytelnik ani się obejrzy, a już jest na ostatniej stronie. I okazuje się, że to jeszcze nie koniec! Przygoda będzie trwać, a lubiani bohaterowie powrócą niebawem w drugiej części pt. „Księżycowy medalion”.

Peter Bunzl, Nakręceni, il. Becca Stadtlander, tłum. Tomasz Illg, wyd. Akapit Press, Wrocław 2017.

Wiek: 11+

czwartek, 7 grudnia 2017

Co robi język za zębami?

Chcielibyśmy wierzyć, że dbałości w posługiwaniu się językiem polskim nasze dzieci nauczą się w szkole. Jeśli trafią na dobrych nauczycieli – zapewne w znacznym stopniu to się uda. Ale nasze działanie, dające codzienny przykład, jest ważniejsze. 



Dziecko poznaje język i reguły nim rządzące poprzez rozmowę, aktywność, uczestnictwo w sytuacjach społecznych. Obserwuje, naśladuje, trenuje, testuje. Ta nauka może, a na wczesnym etapie rozwoju nawet powinna, mieć formę zabawy i rozmowy. Z poznawania ludzkiej mowy i zasad nią rządzących naprawdę można czerpać wielką przyjemność. Jak to zrobić? Na przykład sięgając po książkę Agaty Hąci „Co robi język za zębami?”!


To wyjątkowa publikacja na naszym rynku, która podejmuje zagadnienia z różnych obszarów: gramatyki, słowotwórstwa, frazeologii, artykulacji, komunikacji językowej i innych, a wszystko to w formie niezwykle przystępnej, specjalnie pomyślanej pod kątem młodego czytelnika, również tego zaledwie kilkuletniego.

niedziela, 3 grudnia 2017

"Świerszczyk" pod choinkę

Już zaraz święta, poszukiwanie prezentów więc trwa! To dobry moment, aby przypomnieć, że wspaniałym upominkiem dla dziecka, oprócz książek, jest także prenumerata ulubionego czasopisma.





Na przykład „Świerszczyka”, który moim zdaniem wciąż pozostaje bezkonkurencyjnym pismem w swojej kategorii wiekowej (4 – 9 lat) To naprawdę wielka frajda dla dziecka co dwa tygodnie wyjąć ze skrzynki zaadresowaną do siebie dużą kopertę, a z niej – własny kolorowy magazyn.

Zagraniczne pisma dla dzieci oferują specjalne karty do wydruku, oznajmiające młodemu czytelnikowi, że już za chwileczkę, już za momencik wpadnie w jego ręce pierwszy numer nowo zaprenumerowanego pisma. U nas chyba takiej praktyki nie ma, ale możemy przecież zadbać o to sami. Przygotujmy własnoręcznie taką kolorową spersonalizowaną kartkę, włóżmy ją do egzemplarza „Świerszczyka”, zapakujmy w świąteczny papier i zostawmy pod choinką. To miły i oryginalny prezent, który w dodatku będzie przynosił radość przez cały rok!