czwartek, 16 maja 2019

Rok, w którym nauczyłam się kłamać


Książki nie należy oceniać wyłącznie po okładce, ale czasami to właśnie okładka decyduje o tym, czy w ogóle weźmiemy jakąś książkę do ręki. Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź nowego tytułu Dwóch Sióstr z przepiękną, malarską okładką projektu Oli Cieślak, wiedziałam, że chcę (bardzo, bardzo) przeczytać tę powieść. Choćby po to, by co jakiś czas móc spojrzeć na ów wąwóz w jesiennych kolorach, z niknącą w oddali sylwetką dziewczynki, równie półprzejrzystą i rdzawo-żółtą jak zeschłe liście, które opadły z drzew i teraz wtapiają się w poszycie grubym kobiercem.


W tym przypadku jednak okładka jest zaledwie początkiem. Książka Lauren Wolk oferuje  pełnię wrażeń czytelniczych, której próżno by się domyślać w pierwszym kontakcie z książką. Jest to powieść wielopłaszczyznowa, wieloadresowa, która porusza w odbiorcy czułe struny, skłaniając do zadawania sobie i innym niełatwych pytań. Odpowiedzi na nie szukali najwięksi filozofowie, etycy, psycholodzy i socjolodzy. Czy dziecko rodzi się z natury dobre, czy złe, czy umysł pozbawiony doświadczeń można uznać za „niezapisany”, ile zawdzięczamy genom, a ile wychowaniu? Co budzi w nas demony, wyzwala okrucieństwo w czynach? I gdzie jest „cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”?

Polski tytuł książki nie jest, jak to często się zdarza u Dwóch Sióstr, zbieżny z oryginałem. Wilczy Jar (Wolf Hollow – w wersji angielskiej) jest ważnym miejscem w książce, milczącym świadkiem zdarzeń, ale polskie tłumaczenie kładzie akcent na bohaterkę książki i przemianę jaka w niej zachodzi w wyniku przeżytych doświadczeń. Zdarzenia te rozegrały się w roku, w którym dziewczynka skończyła 12 lat, kreśląc wyraźną granicę między dzieciństwem a dorosłością. Tym samym książkę Lauren Wolk można uznać za powieść inicjacyjną.

Anabelle mieszka z rodziną na farmie na amerykańskiej prowincji. Wszyscy się tutaj znają i wszystko o sobie wiedzą. Rytm życia wyznaczają obowiązki – praca w polu, przy hodowli zwierząt, w obejściu. Na pierwszy rzut oka jest spokojnie – zupełnie jakby nie był to rok 1943, a na świecie właśnie nie toczyła się najbardziej okrutna z wojen. Wydawać by się mogło, że świadczą o niej tylko kolejne złote gwiazdy wyszywane przez dziewczęta na fladze, symbolizujące tych, którzy zginęli na froncie albo pękate worki trojeści zbieranej na polach przez dzieci, przeznaczonej na kapoki dla żołnierzy marynarki wojennej. A jednak w powietrzu unosi się coś, co burzy pozory sielanki – nieufność, obawa, podejrzliwość, niewypowiadane na głos oskarżenia.


Lont zapala się wraz z przybyciem Betty, która zostaje przysłana z miasta na farmę swoich dziadków z powodu „niesubordynacji”. Wkrótce okazuje się, jak wielki jest to eufemizm w odniesieniu do czynów tej ponurej, pełnej nienawiści dziewczyny „o mrocznym sercu”. Betty to postać wstrząsająca i tragiczna, która sprawia, że nawet dorosły czytelnik zaczyna podważać własne przekonania na temat człowieczeństwa. Choć na oko to tylko niepozorna dziewczynka w grzecznej sukience i w schludnym sweterku zapinanym na guziczki…

Dla kontrastu – druga postać,  jakby rewers Betty. Toby. Zarośnięty, brudny, obdarty bezdomny mężczyzna. Zgarbiony pod ciężarem trzech karabinów, które wszędzie dźwiga ze sobą w bezcelowych wędrówkach po okolicy. Samotnik i dziwak, kryjący się w leśnej głuszy. Psychologiczna ofiara pierwszej wojny. Z głową wypełnioną przerażającymi obrazami, które nie chcą zniknąć.

Komu byście zaufali, gdyby te dwie osoby stanęły na Waszej drodze? W czyje słowa byście uwierzyli, mając świadomość, że tylko jedna z tych osób mówi prawdę?

Takie wąwozy uwielbiam nie tylko na ilustracjach. Tu Wąwóz Królowej
Jadwigi w Sandomierzu

Tamtej jesieni i zimy 1943 roku Annabelle zrozumiała, że prawda nie jest ani oczywista, ani też zawsze pożądana. Dramatyczne zdarzenia, które rozegrały się na jej oczach, zmusiły ją do opuszczenia bezpiecznej krainy dzieciństwa i zmierzenia się z nową, znacznie doroślejszą rzeczywistością. „Chowanie się na stryszku z książką i jabłkiem” jest tu metaforą niefrasobliwego dzieciństwa, z którego Annabelle rezygnuje świadomie, by poczuć własne sprawstwo i „wywalczyć swoje miejsce w świecie”.
Że jej się to udaje, dowiadujemy się z pięknego prostego gestu jej matki, która pod koniec książki nalewa córce, jak dorosłej osobie, „kawy do małej filiżanki, dodając mnóstwo śmietanki i cukru”.

„Rok, w którym nauczyłam się kłamać” to piękna, mądra i niełatwa emocjonalnie powieść, z wyraziście nakreślonymi bohaterami, do których bardzo się przywiązujemy, z mnóstwem plastycznych opisów przyrody. Napisana (i tłumaczona!) językiem prostym, przejrzystym, a jednocześnie subtelnym i poetyckim. Zapada w pamięć, każe szukać współczytelników do podzielenia się emocjami, do dyskusji. Zostawia w nas coś na długo.

Lauren Wolk, Rok, w którym nauczyłam się kłamać, tłum. Sebastian Musielak, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 10+


piątek, 10 maja 2019

Chłopiec, dziewczynka i mur


Mur jest szary, wysoki, ponury. I nie chce zniknąć, mimo że Adham i Sulafa właśnie o tym marzą najbardziej. Bo za murem jest to, co kochali, ale musieli zostawić – przytulny dom, szkoła, piękny ogród, a przede wszystkim spokojne, dobre rodzinne życie. Jeszcze czuć w ustach smak słodkich pomarańczy rosnących wokół dawnego domu. Gdyby mieć tutaj choć jeden taki owoc, byłoby to trochę jak odzyskanie fragmentu utraconego świata.



Taką myślą dzieli się Sulafa ze swoim bratem, kiedy bawią się na brudnym, pozbawionym  światła podwórku. Adham bardzo kocha młodszą siostrę i dokłada wszelkich starań, by codzienność nie była dla niej tak trudna, mimo niepełnosprawności – dziewczynka porusza się na wózku z powodu choroby nóg. Adham pragnie uszczęśliwić siostrę, podejmuje więc różne próby zdobycia upragnionego owocu. W końcu robi to, co wydaje się niemożliwe. Razem z wiernym psem Kyszem wydostaje się poza mur, żeby przynieść siostrze pomarańczowe słońce.


Wzruszająca, poetycka książka Ulfa Starka I Anny Höglund powstała po wizycie autorów w Palestynie. Choć nie zostało to wprost w książce powiedziane, po ilustracjach możemy domyślić się, że tytułowy mur to kilkunastometrowa, zwieńczona drutem kolczastym bariera bezpieczeństwa między Palestyną a Izraelem, którą zaczęto wznosić w 2002 roku, teoretycznie w celu ochrony ludności izraelskiej. 


Wielu Palestyńczyków zostawiło za murem dotychczasowe życie, do którego nie mają już dostępu. Stracili domy, pracę, przyjaciół, często rodzinę, a także możliwość pobierania nauk, korzystania z dobrej jakości opieki medycznej. Trybunał Sprawiedliwości w Hadze potępił powstawanie muru i określił go mianem muru apertheidu.


Oczywiście mur ma także wymiar symboliczny. Pokazuje naszą tendencję do odgradzania się, separowania, nieufność wobec innych, nieumiejętność współpracy, nietolerancję, ksenofobię. Sami tworzymy te bariery, które nas sztucznie dzielą i które tak trudno później pokonać. A przecież  pragniemy w gruncie rzeczy tego samego: miejsca, które moglibyśmy nazwać domem, bliskich ludzi wokół i odrobiny pomarańczowego słońca w codzienności. Nigdy nie jest za wcześnie, by opowiedzieć o tym dziecku.

Ulf Stark, Anna Höglund, Chłopiec, dziewczynka i mur, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki 2019, wiek: 5+


niedziela, 28 kwietnia 2019

Banda Czarnej Frotté


Minęły czasy, w których cerowaliśmy skarpetki. Dzisiaj po prostu się je wyrzuca i kupuje nowe. Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka trzeciej części skarpetkowej opowieści Justyny Bednarek, Czarna Frotté, dowiaduje się, że w koszu na pranie trzeba zrobić porządek („Tego starocia nie będziemy dłużej przechowywać!”), podejmuje decyzję o ucieczce. Nie ma wyboru, jeśli chce ujść z życiem!



Na szczęście ciągle istnieje dziura pod pralką. Pamiętacie? To tamtędy wydostawały się na wolność wszystkie poprzednie skarpetki, których perypetie można poznać w dwóch poprzednich częściach przygód: „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” i „Nowe przygody skarpetek”.

Czarna Frotté należała kiedyś do małej Be i miała oczywiście swoją parę, Lewą Czarną Frotté. Ta jednak bardzo szybko wyrwała się ku wielkiemu światu i, jak wieść niosła, robiła tam oszałamiającą karierę. Czarna Frotté wyrusza w podróż poszukiwawczą, mając nadzieję na odnalezienie brakującej połówki i wygarnięcie jej prosto w skarpetkowy pyszczek tego, co sądzi o porzucaniu najbliższych.


Zanim jednak do tego dojdzie, wydarzy się bardzo wiele. Jeśli znacie poprzednie książki Justyny Bednarek, z pewnością nie spodziewaliście się zresztą niczego innego. Akcja przyspiesza z każdym rozdziałem, dołączają nowe postaci, a zdarzenia piętrzą się lawinowo, by doprowadzić do spektakularnego finału. Tempo jest tak zawrotne, że ja – przyznam szczerze – traciłam momentami wątek, nie gubił go za to nigdy mój syn, który z pamięci recytował całe fragmenty tekstu. Na czele z ulubionym: „Dla ciebie wszystko, Bożenko!”.

Justyna Bednarek jest bystrą obserwatorką ludzkich charakterów – zręcznie wychwytuje rozmaite ludzkie osobliwości i dziwactwa, i mości dla nich miejsce w skarpetkowej duszy. To dlatego jej bohaterowie są tak ciekawi i niesztampowi, a czytelnik – zarówno mały, jak i dorosły – może łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie.


Dużą rolę w każdej książkach Bednarek odgrywa także humor – sytuacyjny i słowny, jak również wyraźne pozostawanie po „jasnej stronie mocy” głównych bohaterów.
Opowieść wspaniale dopełniają ilustracje Daniela de Latoura. W zasadzie nie da się wyobrazić sobie skarpetek w innym wydaniu, jak tylko tych uroczych glistopodobnych istot z wyłupiastymi oczami. Wystarczy spojrzeć na wyklejkę, na której Czarna Frott
é dryfuje samotnie po wodnych przestworzach, by zapałać sympatią do skarpetostworków.


Na koniec coś, co mnie bardzo ujęło  w „Bandzie Czarnej Frotté”, urocza wisienka na torcie, czyli dzieła poety wybitnego, Kubarata z Bukaresztu, jednego z pobocznych bohaterów opowieści:

Już był w takim miejscu, gdzie zachód i wschód
ogarnąć się da ramionami.
Łagodni olbrzymi tam mają swój gród
i w kręgle grywają gwiazdami.

I spotkał stworzenia dziwniejsze niż w snach:
garuki i ptakoryby.
Gdy oczy zamyka, dopada go strach
że wszystko się dzieje na niby.

No i powiedzcie sami, czyż można nie kochać TAKICH Skarpetek?


Justyna Bednarek, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, il. Daniel de Latour, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 5+


środa, 17 kwietnia 2019

Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń


Patrząc tylko na okładkę – na wypełniony błękitem kształt psiej sylwetki na tle nieba usianego złocistymi gwiazdkami – można mieć różne wyobrażenia o treści książki Paula Griffina. Kolejna chwytająca za serce historia psa, który jeździł koleją? Tkliwa opowiastka w stylu zwierzaczkowych czytadeł Holly Webb? Najtrudniej domyślić się prawdy i zgadnąć, ile życiowej mądrości (w pakiecie z emocjami) niesie ze sobą ta książka.



Przede wszystkim to nie jest opowieść (wyłącznie) o psie. Zbłąkany kundelek Flip znajduje się co prawda w centrum zdarzeń, ale to ludzie i ich działania są tym, co nadaje książce gęstości. A na 270 stronach dzieje się bardzo dużo.
Zacznijmy jednak od psa. Dwunastoletni Ben przygarnia wygłodniałego psiaka, który się do niego przyczepił. Chłopak świetnie rozumie, co to znaczy nie mieć domu –dziesięć pierwszych lat życia spędził, tułając się po różnych rodzinach zastępczych. Szczęśliwie trafił w końcu na wspaniałą adopcyjną matkę, i teraz chce podzielić się tym szczęściem, spokojem i miłością, których doświadcza.
Przez krótki, bardzo krótki czas, trwa idylla. Której nie jest w stanie zakłócić nawet codzienne widmo przemocy ze strony szkolnego oprawcy. Ale potem nadchodzi znacznie groźniejszy wróg. Wkrótce Ben znowu nie ma domu.

Może by się zamknął w sobie i przestał mówić, jak mu się już zdarzyło, gdyby nie moc przyjaźni:  psiej, z Flipem i bardzo ludzkiej, szczerej i głębokiej z Halley, Tęczową Dziewczyną.
Halley otrzymała imię na cześć słynnej komety i tak samo jak ona jest fascynująca i wyjątkowa. Przemknie przez życie Bena właśnie jak świetlista kometa i pozostawi po sobie wyrazisty ślad.

Każda z postaci ukazanych w tej książce, nieważne, pierwszoplanowa, czy zupełnie epizodyczna, jest zdecydowanie „jakaś” – z miejsca przykuwa uwagę, porusza jakąś strunę. A mamy tu niezłą kolekcję ludzkich typów: od skłonnego do przemocy pijaczka z niskim poczuciem własnej wartości, przez nieco zwariowaną, ale ogarniającą życiowy chaos matkę ośmiorga dzieci, po zawodowego magika o gołębim sercu. Ta różnorodność osobowościowa jest cenna dla młodego czytelnika, podobnie jak bardzo współczesne portrety rodzin zaprezentowane w książce – rodzina wielodzietna, nuklearna, bezdzietna, czy związek partnerski osób tej samej płci.

„Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń” to także książka o przyjaźni z książkami. Takiej an całe życie. O ich niezaprzeczalnej terapeutycznej mocy. Znajdziemy tu młodszych i starszych książkowych nerdów, przykłady zachwytów konkretnymi tytułami, wspaniałe biblioteczne i księgarskie tła, a nawet konkretne przykłady akcji czytelniczych.

Paul Griffin jest cenionym amerykańskim pisarzem książek dla młodzieży. Do niedawna parał się głównie prozą YA, „Gdy do domu przyszła przyjaźń” to jego debiut w segmencie Middle grade books, a konkretnie Upper Middle grade books, czyli powieści kierowanych do młodszych nastolatków. W czasie lektury czuje się zręczny warsztat tego autora i wieloletnie doświadczenie pisarskie. Pisarze amerykańscy, odmiennie niż w tradycji europejskiej, są przede wszystkim rzemieślnikami słowa. Kursy creative writing uczą tworzenia powieści według określonego wzorca przypisanego do konkretnej kategorii. I tak dla kategorii Upper Middle Grade (często określaną także jako tweens), ogólne wytyczne są następujące:

Wiek odbiorcy: 10 – 13 lat
Średnia liczba słów w publikacji: 45.000 – 55.000
Podjęcie w sposób ogólny tzw. tematów trudnych (przemoc, śmierć, niepokoje nastolatków). Kwestie zawsze opisywane są z uwzględnieniem etapu rozwoju i poziomu wrażliwości odbiorcy.
Pierwsza miłość opisana w sposób niewinny, flirtowanie, randki, zwykle bez pocałunków

Książkę Paula Griffina można uznać za majstersztyk tego segmentu i przyszli adepci sztuki pisarskiej z pewnością mogliby się na niej wzorować. Wielu osobom przyzwyczajonym do roli pisarza jako natchnionego artysty, dla którego proces tworzenia jest aktem wręcz boskim, może się to wydawać bezduszne i przyziemne. A jednak to też sztuka, sprawić, by każdy trybik precyzyjnie i z polotem zarysowanej fabuły wskoczył na swoje miejsce i rozbłysnął wspaniałą historią, która wzruszy czytelnika, zachwyci i pozwoli dostrzec kilka ważnych spraw w innym świetle.

Dziękuję Sawyerowi, że podzielił się z Zuzą swoją ulubioną powieścią w oryginalnej wersji językowej, a wydawnictwu Nasza Księgarnia za jej polskie wydanie!

Paul Griffin, Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń, tłum. Anna Nowak, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Wiek: 10+


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Subiektywny przegląd książkowych nowości /marzec 2019/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.

  
Córka Księżyca… szczęśliwe dziecko wioskowego bębniarza i pieśniarki, kochane, hołubione, oczko w głowie całej wioski. Zostaje utalentowaną tancerką i przy okrzykach zachwytu „tańczy życie i przyszłość wioski”. Ale jest też kimś więcej. Nie tylko niesie radość, pocieszenie, współczucie, jej taniec to dar przebłagania dla kapryśnej natury: „Jeśli rzeka występowała z brzegów, / proszono córkę Księżyca, by zatańczyła, / i wody się uspokajały. Jest więc Córka Księżyca wunderkindem tej małej, zintegrowanej społeczności, a potem jej czarodziejką, dobrą wróżką. Daje siebie innym, gdy tańczy „dla mężczyzn, dla kobiet i dzieci. Dla drzew i dla ptaków”. Płyną łzy, śmieją się oczy. Tyle emocji wyzwala jej taniec! Co jednak z uczuciami samej dziewczyny? Czego ona potrzebuje, jakie są jej pragnienia? Okazuje się, że droga do osobistego szczęścia, gdy jest się tą zawsze uwielbianą, najlepszą, najcudowniejszą, jest wyboista. „Tańcz, Córko Księżyca!” to piękna opowieść – zaskakująco smutna, niosąca ze sobą wiele refleksji. To rzecz o dawaniu, braniu, o miłości i jej sile, budującej i destrukcyjnej jednocześnie. Język kameruńskiego autora jest poetycki, emocjonalny, dajemy się mu ponieść jak fali, i jest to też bez wątpienia zasługą tłumaczki, Katarzyny Skalskiej. A wokół krążą, wibrują, wręcz wyskakują ze stronic egzotycznie kolorowe, roztańczone ilustracje Freda Socharda. Wspaniała książka, bardzo uniwersalna w odbiorze. Polecam nie tylko dzieciom!

Kouam Tawa, Tańcz, Córko Księżyca!, il. Fred Sochard, tłum. Katarzyna Skalska, wyd. Zakamarki, Poznań 2019.
Wiek: 3+



Książki interaktywne, w których czytelnik decyduje o przebiegu fabuły cieszą się ostatnio dużą popularnością. Nastolatki chętnie sięgają po komiksy paragrafowe, młodsi czytelnicy mają do dyspozycji książki-gry o różnym stopniu trudności. Wydawnictwo Tako swoją propozycję nazywa bajką-wybierajką, a określenie to nawiązuje oczywiście do wyborów podejmowanych przez dziecko w trakcie lektury. To ono decyduje o kolejności zdarzeń w książce, o tempie akcji, o tym, czy pewne elementy fabuły się pojawią, czy też zostaną pominięte. Decyzja zapada poprzez wybór strony – kolorowe strzałki na dolnym marginesie podsuwają różne możliwości. Czasami sugerują też coś nieoczekiwanego, co wywołuje u dziecka radosny chichot, na przykład: „Jeśli jesteś już zmęczony czytaniem, to zrób krótką przerwę i dwa przysiady”. Dziecku podoba się, że może wybierać bohatera, za którego historią podąży, że niektóre postaci, takie jak wilk, lis czy strażacy będą pojawiać się jednym razem częściej, innym rzadziej, że historia o misiu próbującym dobrać się do miodku będzie raz krótka, a innym razem dłuższa. Naszym faworytem od początku była niezwykle sympatyczna mrówka, nosząca imię Ferdynand – „dosyć rzadkie jak na mrówkę. W mrowisku Ferdynanda było tylko osiem tysięcy mrówek o takim imieniu”.
Dobrze się bawiliśmy z tą książką, i tylko jeden raz zaliczyliśmy impas, mianowicie na stronie 12, gdy mój uparty syn odmówił posłuchania lisiej rady, co doprowadziło do tego, że miś przez dobrych dziesięć minut na przemian skakał o tyczce i na trampolinie w bezskutecznych próbach zdobycia miodu.

Maciej Jasiński, Tomasz Kaczkowski, O bardzo głodnym misiu. Bajka wybierajka, wyd. Tako, Toruń 2019.
Wiek: 5+


Detektywi z Feralnego Biura Śledczego powracają! Tym razem ich zadaniem jest odkrycie, kto i dlaczego ukradł w Kłopotkowie… lodowisko! Inspektor Zamęt kupił sobie właśnie nowiutkie łyżwy, a trzeba powiedzieć, że oszczędzał na nie od wielu miesięcy („odmawiając sobie wody toaletowej i lepszych parówek”), i właśnie kiedy wybrał się wreszcie, by je przetestować, okazało się, że lodowisko zniknęło. Sprawa jest zdecydowanie śliska, a żeby było bardziej tajemniczo i jeszcze dziwniej, pojawia się w niej pingwin przylądkowy z ubytkiem piórek pod skrzydłami oraz diament, który Kot Biurowy Biały toczy niewinnie po podłodze jak szklaną kulkę.
Ekipa Feralnego Biura Śledczego kolejny raz staje na wysokości zadania i drugą sprawę rozwiązuje popisowo. Rzecz jasna z pomocą dzielnych młodych czytelników, którzy, tak jak w poprzednim tomie, muszą zadbać o rzetelny raport końcowy.
Seria skąpana w oparach absurdu, pełna gagów, kąśliwego poczucia humoru i zabawnych porównań („Czajka robi się blady jak kotlet schabowy bez panierki”) trafia w gusta współczesnych dzieci. A mnie oczy się śmieją do ilustracji Zosi Dzierżawskiej.
Trzecia książka w serii – „Telefon Oliwki” właśnie trafia na księgarskie półki.

Sven Jönsson, Feralne Biuro Śledcze. Śliska sprawa, il. Zosia Dzierżawska, wyd. Bajka, Warszawa 2019.
Wiek: 5+


Jest trzecia część Dworu! Słynna seria francuskiej powieściopisarki Evelyne Brisou-Pellen, także w Polsce ma rzesze zagorzałych wielbicieli, którzy od miesięcy przebierali nogami w oczekiwaniu na polskie tłumaczenie kolejnego tomu. Moja córka jest zachwycona serią, czemu w zeszłym roku dała wyraz na swoim blogu. Wkrótce napisze tam o najnowszej części, ja więc ograniczę się tylko do ogólnego przypomnienia Wam, z czym mamy do czynienia i gorącego zachęcenia Was do podsunięcia nastolatkom całego cyklu. Otóż „Dwór” to znakomicie napisana, zaskakująca i trzymająca w nieustannym napięciu opowieść z pogranicza kryminału i fantastyki, z bogatym tłem historycznym. Tytułowy dwór jest tylko z pozoru zaciszną sanatoryjną rezydencją, do której w pierwszym tomie trafia po ciężkiej chorobie piętnastoletni Liam. Im dłużej chłopak tam przebywa, tym mroczniejsze wydaje mu się to miejsce, toteż rozwikłanie zagadki z nim związanej wydaje się koniecznością. W najśmielszych wyobrażeniach Liam nie podejrzewałby jednak, jaka okaże się prawda. Wraz z jej poznaniem historia się jednak nie kończy, nie kończą się także tajemnice –cały cykl składa się z dwóch serii, liczących razem 11 tomów…

Evelyne Brisou-Pellen, Dwór. Liam i mapa wieczności (1); Clea i wrota do świata duchów (2); Alisanda i ognisty krąg (3), tłum. Przemysław Szczur, wyd. Widnokrąg 2017 – 2019.
Wiek: 12+


Książka L. Franka Bauma pt. „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”, w Polsce  wydana po raz pierwszy w latach sześćdziesiątych pod tytułem „Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu”, to opowieść wielbiona i wciąż na nowo czytana przez Amerykanów, będąca ich flagowym literackim produktem, który z dumą zestawiają z brytyjską klasyką literatury angielskiej. W Polsce znana, ale nie aż tak popularna. Gdy dyskutowaliśmy o niej podczas zajęć na studiach podyplomowych Literatura dla Dzieci i Młodzieży, okazało się, że nie zawsze to książka była źródłem naszej wiedzy o przygodach Doroty, jej psa Tota, Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala i Lwa. Ja na przykład najmocniej zapamiętałam krainę czarnoksiężnika Oza dzięki oglądanemu w latach osiemdziesiątych serialowi animowanemu kanadyjsko-japońskiej produkcji Ozu no mahôtsukai. Książkę przeczytałam później, zainspirowana adaptacją. Kiedy wróciłam do niej ostatnio, po trzydziestu latach (!) i przeczytałam od deski do deski, zdziwiłam się przede wszystkim tym, jak zupełnie opowieść ta się nie zestarzała. Mimo że ma już ponad 100 lat, bo Baum opublikował ją w roku 1900. Wciąż znakomicie się czyta, także na głos, a jej przesłanie, życiowe przemyślenia bohaterów, ewolucja ich postaw nadal inspirują. To coś więcej niż tylko „bajeczka” o dziewczynce, która niesiona huraganem trafia z Kansas do zaczarowanej krainy. To fantazja o potężnym dziecku, które musi przybyć, by ocalić świat i jego mieszkańców.
Warto znać i przeczytać z dzieckiem (lub zachęcić je do samodzielnego przeczytania) tę książkę. Tym bardziej, że właśnie w serii Mistrzowie Ilustracji wydawnictwa Dwie Siostry otrzymaliśmy reedycję pierwszego wydania z niezwykłymi, niezapomnianymi ilustracjami Adama Kiliana, w najbardziej znanym, znakomitym tłumaczeniu Stefanii Wortman.

L. Frank Baum, Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu, tłum. Stefania Wortman, il. Adam Kilian, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 7+




środa, 27 marca 2019

Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy

Pokazywałam Wam już tę książkę na Instagramie i Facebooku, tuż po tym, jak trafiła w moje ręce. Pierwsze wrażenie było bardzo dobre, a kolejne – właściwie to całe mnóstwo kolejnych, bo bawiliśmy się tą książką przez cały miesiąc – jeszcze lepsze. To naprawdę znakomita pozycja non-fiction, bardzo ciekawa, bardzo uniwersalna i zachęcająca do wielokrotnych powrotów. Uznałam, że zasługuje na osobny wpis na blogu.



Koncept oczywiście nie jest nowy, wręcz przeciwnie, ale to świadczy po prostu o tym, że w literaturze dziecięcej TRZEBA co jakiś czas odgrzewać stare kotlety, pamiętając tylko o tym, by znaleźć dla nich współczesną panierkę.  Pewne wątki nigdy się nie zużywają i kolejne roczniki dzieci będą do nich z chęcią wracały. Jednym z takich zawsze aktualnych tematów jest noc i wszystkie zjawiska z nią związane.  

Dziecko najczęściej kończy swoje działania na skraju nocy. Nawet zimą, gdy o 16.00 jest już ciemno, nie oznacza to uczestnictwa w nocy w całej jej istocie. Rodzice przecież ciągle się krzątają, w sąsiednich oknach palą się światła, z ulicy dobiega szum samochodów, gdzieś gra radio, telewizor, szczeka pies na wieczornym spacerze. Co następuje potem? Co dzieje się wokół, gdy dziecko wtula twarz w poduszkę i zamyka oczy?
Wszystkie kilkulatki są tego ogromnie ciekawe, noc kryje w sobie sekrety, czary, nęci swoją tajemnicą. Książki takie jak „Po ciemku” uchylają jej rąbka, pozwalają dziecku dowiedzieć się, jak wygląda świat, kiedy ono śpi i co dzieje się z nim samym w tym czasie…


Publikacja nie została podzielona na działy, ale można w niej wyodrębnić pięć obszarów zagadnień.

Pierwszy z nich to ciało człowieka. Co się dzieje w organizmie, gdy przechodzi w stan snu, czym jest śnienie, jakie fazy snu wyróżniamy, na czym polega lunatykowanie, czym jest zegar biologiczny, kto jest skowronkiem, a kto sową. W tym miejscu moje ego zostało mile połechtane, bo jestem od zawsze (i chyba już na zawsze) sową, które niestety często są krytykowane za przesiadywanie po nocach i poranne polegiwanie w łóżku. W „Po ciemku” czytamy, że ludzie-sowy nie przeszkadzają przecież innym domownikom w odpoczynku: „Wręcz przeciwnie. Doceniają ciszę i spokój: to, że nie gada im nad uchem radio czy telewizor, że nie rozpraszają ich rozmowy ani szum samochodów na ulicy. Wielu nocnych Marków twierdzi, że właśnie wtedy przychodzą im do głowy najlepsze pomysły”. Przy okazji wyjaśnione zostaje pojęcie „nocnego marka” – pewnie niejedno dziecko zdziwi się, że nie chodzi o imię Marek, tylko o nocną marę… Takich ciekawostek jest tutaj bardzo dużo.


Drugi obszar zagadnień to ziemskie zjawiska: ruch Ziemi, noc i dzień, w tym także noc polarna i dzień polarny, strefy czasowe, zjawiska na nocnym niebie.

Trzeci krąg tematyczny skupia się wokół flory i fauny. Poznajemy rośliny, które uaktywniają się nocą – rozkwitają, pobierają z powietrza dwutlenek węgla, rozmnażają się. Dowiadujemy się, które zwierzęta ruszają wtedy na łowy, wyposażone w tak doskonale rozwinięty zmysł wzroku, słuchu, węchu, że żaden mrok im niestraszny.


Następny dający się wyodrębnić obszar tematyczny to działania ludzi – czynności i zawody wykonywane w nocy, miejsca, w których aktywnie toczy się życie, choć wszyscy inni śpią… szpitale, piekarnie, stacje kolejowe, kopalnie… Rozkładówka poświęcona górnikom, zatytułowana „Tam, gdzie hajer kopie wongel”, jest podwójnie ciekawa – przybliża czytelnikowi nie tylko górniczą tematykę, lecz także śląską gwarę. Znajdziemy tu nawet nocny słowniczek polsko-śląski, a w nim słowa, takie jak szterna, ymil, szlepdeka czy zegowek.


Wreszcie jest i temat nocnego świętowania – w takie noce, jak sylwester czy noc kupały zamiast spać, bawimy się przez wiele godzin. Z jakiego powodu? Jaka tradycja za tym stoi? Tego też dowiemy się z tej książki.

To, co dla mnie jest wielkim plusem „Po ciemku” to miękkość, plastyczność języka. Publikacje non-fiction często są kanciaste językowo, tak skupione na faktach, że przez to stylistycznie drętwe. Źle się je czyta, zwłaszcza na głos. Zupełnie jakbyśmy próbowali czytać komuś podręcznik. Tutaj jest odwrotnie – tę książkę, mimo nasycenia jej faktami, można czytać jak opowieść – o ludziach i otaczających ich świecie.  Odpowiada za to język tekstu – literacki, miejscami nawet poetycki (!), z wielokrotnymi bezpośrednimi zwrotami do czytelnika np.: Teraz już wiecie, dlaczego byśmy sobie nie poradzili w nocy w lesie. Chodźmy lepiej spać, a zwierzętom pozwólmy spokojnie buszować w ciemnościach. Albo: Ciemne, ciche tunele, wyludnione perony, bezczynnie stojące schody ruchome… Myślicie, że tak właśnie wygląda metro, gdy pasażerowie pójdą spać? Zaskoczę was!.


„Po ciemku” przyciąga także dużym formatem i pełnostronicowymi, pełnymi rozmachu ilustracjami Małgosi Piątkowskiej, bardzo kolorowymi, a jednocześnie subtelnymi, na których drzemią pogrążone w śnie miasta, migoczą latarnie, a świetliki unoszą się w nocnym powietrzu jak świetlisty pył.

Monika Utnik-Strugała, Małgosia Piątkowska, Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Wiek: 5+



O innych książkach poruszających temat nocy pisałam tutaj.


piątek, 8 marca 2019

Książki na Dzień Kobiet


Sztywne goździki i przywiędłe tulipany oraz gromkie zaśpiewy o tym, jak to świętują „woźna, kucharka i szkolna lekarka”, już na szczęście za nami.  Dzisiaj celebrowanie Dnia Kobiet jest raczej okazją do wyrażenia kobiecej solidarności, do szerzenia girl power. A także, wierzę, do obdarowania córki/siostry/przyjaciółki lekturą z silną dziewczyńską bohaterką.



Przygotowałam dla Was krótkie zestawienie takich książek. Tym razem nie są to publikacje non-fiction z kobiecym hasłem w tytule, lecz dwie powieści, zbiór baśni i leksykon marvelowskich bohaterek. Wszystkie książki łączy to, że ukazane w nich fikcyjne postaci dziewczyn i kobiet dają czytelniczce silny motywacyjny przekaz do stanowienia o sobie i swoim życiu i niepoddawania się, nawet w bardzo trudnych okolicznościach.

STO GODZIN NOCY
Wsiąść do samolotu i znaleźć się w Nowym Jorku, zostawiając za sobą wszystko co złe i niewydarzone, sprawy, których lepiej nie wyjaśniać, słowa, których lepiej nie słyszeć. Wyjść z domu i już za progiem stać się kimś innym. Bohaterem swojej własnej opowieści. Bo „Ameryka jest opowieścią. Wkracza się do niej, jak do naturalnej wielkości kina. I jeśli chce się zagrać swoją rolę, trzeba się do niej dopasować”.
Emilia December de Witt ma 14 lat i jej holenderskie życie właśnie się skończyło. Z powodu niedojrzałego, egoistycznego występku własnego ojca dziewczyna staje się pośmiewiskiem i obiektem ataków kolegów ze szkoły i lokalnej społeczności. Jedynym rozwiązaniem jest ucieczka. Nie takie zwykłe wyjście z domu z trzaśnięciem drzwiami i pójściem przed siebie, tylko zaplanowana ucieczka na drugi koniec świata. Być może bez powrotu.
„Jeśli gdzieś na świecie jestem na swoim miejscu, to właśnie tutaj. W tym roziskrzonym mieście” – mówi o Nowym Jorku Emilia. Ale miasto przygotowuje się właśnie na nadejście huraganu i sprawy przybierają dramatyczny nieoczekiwany obrót. Czy to w ogóle możliwe, że wrażliwa nastolatka, niemająca dobrych relacji ani z rodzicami, ani z rówieśnikami, cierpiąca na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, poradzi sobie sama w wielkim obcym mieście, w którym na dodatek na wiele dni nastąpi blackout? 
Anna Woltz, holenderska pisarka i dziennikarka, napisała „Sto godzin nocy” po pobycie  w Nowym Jorku, podczas którego przez miasto przeszedł huragan Sandy. W książce udało jej się oddać różnorodne emocje, z którymi ściera się człowiek w chwilach kryzysu – niezależnie od tego, czy jest to katastrofa naturalna, rodzinna, czy kryzys wewnętrzny.
Mimo niewątpliwie desperackiej ucieczki, Emilia potrafi zdobyć się na zdroworozsądkowe myślenie i trafną ocenę sytuacji, nie obraziła się też na całą ludzkość z powodu tego, co spotkało ją ze strony rówieśników w Holandii. Relacje, które zbuduje w czasie samotnego pobytu w Nowym Jorku dla wielu młodych czytelników będą wspierającym, dodającym otuchy przekazem, że gdzieś tam są ludzie, z którymi kiedyś stworzą ekipę, oraz miejsce, które będą mogli nazwać swoim. I że najważniejsze to nie chować głowy w piasek i zamiast użalać się nad sobą – działać, szukać i rozmawiać o tym, co uwiera i boli.

Anna Woltz, Sto godzin nocy, tłum. Jadwiga Jędryas, wyd. Dwie Siostry 2019.
Wiek: 12+


MĄDRA WASYLISA
Baśnie kanoniczne zna w zasadzie każdy, bo w tej czy innej formie spotykamy się z nimi wielokrotnie. Są częścią naszej codzienności, pomagają interpretować zdarzenia oraz działania innych. Świat się jednak zmienia i chcemy, by baśniowe wątki dostosowywały do jego wymogów. Stąd ogromna popularność reinterpretacji i retellingu oraz sięganie po mniej znane zbiory legend i podań.
Ciekawym tego przykładem, wykorzystującym dodatkowo silny dzisiaj nurt girl power jest  zbiór zatytułowany „Mądra Wasylisa i inne baśnie o odważnych młodych kobietach”. Autorki tej książki wydobyły na światło dzienne ludowe opowieści i baśnie norweskie, szkockie, rosyjskie, francuskie, skupiając się na ich wspólnym mianowniku: są to historie, które pokazują dziewczynkom, że „mogą być równie sprytne i nieustraszone jak chłopcy, że mają dokładnie takie samo prawo decydować o swoim życiu”. I tak Orzeszkowa Kasia znajduje w sobie siłę, by stawić czoła niebezpieczeństwu w imię solidarności kobiet, Flora decyduje się na nieznany los, aby zawalczyć o szczęście przyjaciela, a Urszula nie chce być pustą lalką, tylko dziewczyną, która okazuje emocje, wypowiada głośno swoje zdanie  i żyje pełnią życia. Zawarte w książce utwory nawiązują do wielu znanych baśni – z łatwością je rozpoznacie, ale ich wydźwięk i nowy kierunek poprowadzenia tych historii może Was zaskoczyć!


„Mądra Wasylisa” to książka nie tylko o mocnym przesłaniu, ale i ciekawej konstrukcji. Każdą z siedmiu zawartych w zbiorze opowieści poprzedza króciutkie wprowadzenie dotyczące treści i pochodzenia danego utworu. Po przeczytaniu całej historii możemy z kolei zagłębić się w głosy autorki i ilustratorki, które opowiadają o tym, dlaczego kompletując zbiór, zdecydowały się właśnie na te, a nie inne opowieści i co je w nich najbardziej zaintrygowało. Baśniowej, mrocznej i tajemniczej atmosfery dodają książce oryginalne ilustracje Loreny Carrington, będące w zasadzie fotografiami postaci, pejzaży i przedmiotów nakładanych na siebie i intrygująco zestawianych.


Kate Forsyth, Mądra Wasylisa i inne baśnie o odważnych młodych kobietach, il. Lorena Carrington, tłum. Wojciech Górnaś, wyd. Tadam 2019.
Wiek: 8+


MY DWIE, MY TRZY, MY CZTERY
Sarah Crossan zachwyciła mnie swoją poetycką „Kasieńką”, ucieszyłam się więc na wieść, że Wydawnictwo Dwie Siostry wydało kolejną książkę tej brytyjskiej autorki. Po raz kolejny pokazuje ona, że nie obawia się trudnych tematów, a pisząc o tym, co złe, zawsze potrafi oddzielić czyny człowieka od jego samego, nie przekreślając go nawet wtedy, gdy popełnia bardzo poważne błędy. Wielką zaletą książek Crossan jest dwuadresowość. „My dwie, my trzy, my cztery” czyta się znakomicie, niezależnie od tego, czy jest się nastolatkiem, czy dorosłym. Autorka przygląda się bowiem bardzo wnikliwie nie tylko młodym ludziom, z ich bolączkami, zranieniami i obawami, lecz także dorosłym, rzuconym w wir zmieniających się nieustannie wymagań licznych pełnionych przez siebie ról – rodzica, opiekuna, pracownika, przyjaciela, kochanka.
Dorośli w książkach Crossan są dalecy od ideału i potykają się równie często (może nawet częściej?) jak ich własne dzieci. Nie mają też monopolu na nieomylność i wiedzą o tym. Są po prostu głęboko ludzcy. Tak bardzo, że to czasem aż uwiera, zniesmacza podczas lektury. Tak dzieje się w przypadku matki głównej bohaterki książki. Po jedenastu latach nieobecności w życiu Apple, jej matka wyskakuje nagle jak diabełek z pudełka i zmienia życie córki w piekło. W „My dwie, my trzy…” to właśnie niedojrzała, egoistyczna, pusta i wyzuta z empatii matka przeciwstawiona jest dobrej, rozsądnej, mądrej i pracowitej nastolatce. Nagły powrót matki – zdarzenie, o którym Apple marzyła przez całe dzieciństwo – okazuje się być punktem zwrotnym w jej dojrzewaniu. Paradoksalnie, moment, który w wyobraźni dziewczyny miał być chwilą oddania się w opiekuńcze ramiona matki, staje się początkiem usamodzielnienia, wyjścia ku dorosłości.
Crossan z kapitalnym wyczuciem opisuje rzeczywistość szkolną, rówieśnicze relacje, pełne hipokryzji, źle ukrywanej opresyjności, żerowania na cudzym nieszczęściu. Ważną przeciwwagą w tym szkolnym światku jest nauczyciel języka angielskiego pan Gaydon, który nie daje się spłoszyć największym klasowym cwaniaczkom i robi swoje – zaszczepia w młodych ludziach zainteresowanie literaturą, poezją, sztuką, zachęca do refleksji, uwrażliwia, każe przyjrzeć się sobie, odkryć prawdziwe „ja”. Podobnie jak Lynda Mulay Hunt w „Rybie na drzewie”, Crossan tworzy postać nauczyciela z powołaniem, który wierzy w Apple i dobija się do jej talentu, szlifując z uporem maniaka ten daimaent. Tacy nauczyciele i wychowawcy wciąż wśród nas są i chwała Crossan, że przypomina nam o tym w trudnych czasach upadku autorytetów. Wspaniała, mądra, ponadczasowa książka. I tylko dwa minusy: okładka, która  niestety odrzuca od półki w księgarni, oraz tytuł – za długi, zbyt skomplikowany znaczeniowo, trudny do przechowywania w pamięci i przytaczania w dyskusji.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery, tłum. Małgorzata Glasenapp, wyd. Dwie Siostry 2018.
Wiek: 12+



MARVEL. SUPERBOHATERKI
Nie tylko wśród prawdziwych kobiet i rzeczywistych biografii młode dziewczyny mogą szukać inspiracji i wzorów. W zasadzie można się nawet pokusić o stwierdzenie, że fikcyjne postaci dostarczają współczesnym nastolatkom więcej emocji i okazji do utożsamienia się z nimi niż wzory osobowościowe z życia wzięte. Tak to już jest, że na tym etapie życia to, co modne, popularne,  coś o czym można pogadać z rówieśnikami ma większą siłę rażenia niż nawet najstaranniej dobrane dobre przykłady biograficzne. 



Uniwersum Marvela przyciąga młodych ludzi jak magnes, oferując komiksy, animacje, filmy, seriale i oczywiście niezliczone ilości zabawek i gadżetów, od klocków po skarpetki. A dziewczyny i kobiety z marvelowskiego wszechświata są tak różnorodne jak te, które żyją obok nas, i posiadają rozmaite supermoce – tak jak my! Jak podkreśla w przedmowie autorka książki Loraine Cink, wszystkie stały się bohaterkami nie dlatego, że mają jakiś dar np. potrafią latać, zmieniać rozmiar czy rozmawiać z wiewiórkami. Są heroskami, ponieważ potrafiły ten dar dobrze wykorzystać, nawet jeśli po drodze popełniały błędy.  Jak mówi moja córka o Gwenpool, jednej ze swoich ulubionych superbohaterek: „W Gwen fajne jest to, że pozornie prawdziwa z niej luzaczka, ale w gruncie rzeczy ma dobre serce i jest zawsze gotowa pomagać innym”. 
Książka jest bardzo starannie wydana i świetnie zilustrowana przez Alice X. Zhang. Jej portrety superbohaterek można oglądać godzinami!

Lorraine Cink, Marvel. Superbohaterki. 65 kobiet, które zmieniły losy wszechświata, il. Alice X. Zhang, tłum. Paulina Braiter, Paweł Dembowski, Magdalena Kunz, Gabriela Zielińska, wyd. Egmont 2019.
Wiek: 10+


czwartek, 28 lutego 2019

Subiektywny przegląd książkowych nowości / luty 2019/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.



Matematyka jest wszędzie wokół nas, i im wcześniej oswoimy z nią dziecko, tym lepiej. Kilkulatków zazwyczaj nie trzeba zresztą do tego namawiać – liczą wszystko, co napotkają na swojej drodze. Naprzeciw temu upodobaniu wychodzi wyjątkowa publikacja wydawnictwa Tako. „Liczymy razem” Mitsumasy Anno. Ten japoński artysta i autor od lat zachwyca kolejne pokolenia czytelników książkami, w których przeplatają się różne dziedziny nauki, zachęcając do twórczego rozwoju.

I rzeczywiście, „Liczymy razem” skupia się przede wszystkim na liczeniu z zastosowaniem matematycznej reguły jeden do jednego, dostępnej najmłodszym dzieciom, nieznającym jeszcze pojęcia cyfry czy liczby. Ale powiedzieć tyle, to nic o tej książce nie powiedzieć. Dziecko liczy domy, samochody, ludzi, łódki, świnki, wagony pociągu, sztuki suszącego się prania… tyle że wszystkie te elementy codzienności umieszczono w przepięknych pejzażach. Książka składa się z dwunastu plansz – akwareli, przedstawiających trwanie w czasie pewnej osady. Zmienia się ona nie tylko wraz z przybywaniem kolejnych mieszkańców, ich domostw i zwierząt. Zmieniają ją także pory roku i zmiany naturalnie zachodzące w przyrodzie. Dziecko, przekręcając kartki,  obserwuje ich pojawianie się.

Pierwsza plansza oznaczona jest na prawym marginesie cyfrą 1, na lewym – miarką i znajdującym się na niej jednym klockiem.  Na ilustracji jest biało, zimowo, to pierwszy miesiąc roku, widzimy tylko jeden dom, jednego ptaka, jedną choinkę. Ale już na drugiej planszy pojawią się dwa samochody, dwa drzewa, i dwa budynki – na jednym z nich zegar wskaże godzinę drugą. Osada wkrótce się rozrośnie i rozkwitnie, także w sensie dosłownym.

Jest więc też ta książka nie tylko pomocą w liczeniu i zrozumieniu, czym są liczby i nie tylko zachętą do obcowania z matematyką. Uczy także dostrzegania szczegółów, różnic, związków przyczynowo-skutkowych, obserwowania zmian w przyrodzie. Do tego uwrażliwia estetycznie i zachęca do wymyślania i opowiadania własnych opowieści.

Mitsumasa Anno, Liczymy razem. Seria: Wspaniała Matematyka, tłum. Karolina Radomska-Nishii, wyd. Tako 2019.
Wiek: 2+


Kto miał małe dziecko na początku lat dwutysięcznych, pewnie pamięta, że znalezienie atrakcyjnej lub choćby tylko zwyczajnie ładnej graficznie książki-kartonówki było wówczas na wagę złota. Na forum Książki dziecięce imłodzieżowe (które wciąż istnieje, chodźcie, chodźcie!) wyławiałyśmy każdą perełkę, którą wyrzuciło w tamtych czasach wzburzone zachodnią falą wydawnicze morze.

Dzisiejsze kartonikowe połowy są znacznie bardziej obfite – książki dla najmłodszych zachwycają  graficznie, są interesujące, różnorodne tematycznie, starannie i bezpiecznie wydane.
Należy do nich z pewnością „Dobranoc, gorylku” Peggy Rathmann. W tej przedwieczornej historyjce tytułowy mały goryl zamiast zasnąć, zaczyna psocić. Wykrada klucze dozorcy zoo i otwiera klatki – swoją oraz innych zwierząt. Ku uciesze dziecka (i dorosłego) wszystkie zwierzęta wędrują za niczego nieświadomym dozorcą prosto do jego domu, i lądują w jego własnej sypialni.

Dostajemy tu znakomity humor sytuacyjny – gorylek wymownie kładzie palec na ustach, jakby wołał „sza!”, a my próbujemy nie chichotać zbyt głośno,  gdy obserwujemy dostojny krok dozorcy. Przy okazji dorosły biegnie myślami do wszystkich przypadków nocnych wędrówek dziecka, które tylko udaje że śpi, a tak naprawdę już jest w drodze do łóżka rodziców…
Ale mamy też poważną kwestię społeczną – los zwierząt żyjących w ciasnych klatkach zoo. Ukradkowe otworzenie ich za plecami dozorcy jest nie tylko zabawnym psikusem, lecz także podarunkiem wolności dla przyjaciół, z którymi gorylek dzieli los. To oczywiście może rozpocząć ciekawą dyskusję z nieco starszym dzieckiem.
Współczesna książka kartonowa nie ogranicza się tylko do najmłodszego odbiorcy. Małe dziecko przyciągają kolorowe, wyraziste ilustracje, postaci zwierząt, znajoma sytuacja wieczornego rytuału. Starsze docenią humor, historię i stojące za nią przesłanie, a także szczegóły graficzne opowieści – np. malutką postać myszki przez całą książkę uparcie ciągnącą za sobą banana.

Peggy Rathmann, Dobranoc, gorylku, wyd. Dwie Siostry 2019.
Wiek: 1+


Pamiętacie poradniki z lat 80.  – „O dziewczętach dla dziewcząt” i „O chłopcach dla chłopców”? Wydaje się jakby od tamtego czasu upłynęły lata świetlne. Dzisiaj o ludzkim ciele, przemianach zachodzących w nim podczas dojrzewania, o różnicach płciowych, o seksie pisze się inaczej. Z większą otwartością, bez skrępowania i zawstydzania. Współczesne poradniki są też bardziej szczegółowe – wychodzą naprzeciw dociekliwości młodych ludzi, którzy za pośrednictwem Internetu zdobyli już sporą wiedzę, jednocześnie jednak nie są jej do końca pewni. Co więcej – nie wiedzą, jak ją wykorzystać…  

„Ciało – śmiało. Przewodnik po dojrzewaniu” jest nowoczesnym , przystępnie napisanym, praktycznym poradnikiem dla dziewcząt w wieku 9 – 13 lat. Jego autorka Sonya Renee Taylor jest założycielką i prezeską portalu edukacyjnego TheBodyIsNotAnApology.com, promującego samoakceptację i pozytywne podejście do ciała. Konsultantkami merytorycznymi książki są Aleksandra Dulas i Anna Jurek – edukatorki seksualne Fundacji Nowoczesnej Edukacji SPUNK.

Poradnik składa się z ośmiu rozdziałów: „Wspaniała ty”, „Zmiany w twoim ciele”, „Piersi i staniki”, „Poniżej pępka”, „Miesiączka”, „Zapewnij sobie energię”, „Uczucia i przyjaźnie”, „Rodzina i inne bezpieczne przestrzenie”. Jak widać, poruszone tu zostały najważniejsze, najbardziej frapujące kwestie, poświęcone zarówno fizjologii dojrzewania, jak i emocjom, nastrojom, życiu społecznemu i rodzinnemu. Dużo tu konkretnych porad higienicznych, pielęgnacyjnych, żywieniowych, wiele akapitów poświęcono także ogólnemu dbaniu o swoje zdrowie – jakości snu, aktywności ruchowej, udanym relacjom z innymi. Mowa także o prawie do odmowy, do prywatności, o presji ze strony rówieśników i zagrożeniach ze strony mediów społecznościowych.

Książka jest także bardzo przystępna graficznie – dużo tu rysunkowych  ilustracji, kolorowych apli, ale też grafik mających cel stricte instruktażowy (budowa narządów płciowych, instrukcja zakładania tamponu itp.). Na końcu czytelniczki znajdą słowniczek, dodatkowe źródła informacji oraz obszerną bibliografię w języku angielskim.

Sonya Renee Taylor, Ciało – śmiało! Przewodnik po dojrzewaniu, tłum. Aleksandra Kamińska, il. Cait Brennan, wyd. Znak 2019.
Wiek: 9+


Wydane w 2016 roku „Nikt nas nie upomni” Agnieszki Wolny-Hamkało, wyróżnione w konkursie na książkę roku Polskiej Sekcji IBBY było dla mojej córki (i dla mnie) wielkim WOW. Poemat o dzieciństwie, z jego fascynacjami, tajemnicami, magicznymi zaklęciami, brudem i złem czającym się w kątach rzeczywiście był takim, jakim wymarzyła go sobie autorka – bliski surrealizmowi dzieciństwa. Pożyczyłyśmy go z biblioteki, i po jakimś czasie oddały, ale Zu chyba wciąż o nim myślała. Jakiś rok później powiedziała: „Chcę mieć na własność tę książkę o umierających chomikach, no wiesz”. Wiedziałam, o który fragment jej chodzi: „Tego dnia umarło najwięcej chomików i dzieci chowały je pod drzewami w małych chłodnych jamkach”.

Gdy więc dowiedziałyśmy się, że nadchodzi część druga książki, zamieniłyśmy się w jedno wielkie oczekiwanie. I oto jest. „Lato Adeli”. Ta sama dziewczyńska bohaterka i jej dwóch kolegów. Starsi, u progu nastoletniości. Już nie dzieci, ale jeszcze długo nie dorośli. Niepierzeni, ale już nie gładziutcy. Jest lato na blokowisku, podwórko, galerie handlowe, pola nad rzeką, mieszkanie bez rodziców. Pierwsze zauroczenia, budzący się erotyzm, fascynacje, dziwne myślowe natręctwa i uporczywe, nieustanne przyglądanie się sobie w innych. Są też chomiki, a jakże. Czyżby autorka miała do nich szczególne upodobanie? Adela myśli, że „gdyby ona stworzyła świat, byłby to świat, w którym płaciłoby się chomikami”.

Nie ma za to rymów, jest proza liryczna. Która zresztą dobrze oddaje nastoletnie przeobrażanie się bohaterki. Poetyckość dzieciństwa przemienia się w nieuładzoną, bardziej kanciastą prozę dorastania. Brakuje mi za to ilustracji Ilony Błaut. Kreska Agnieszki Kozuchowskiej jest ciekawa, ale chyba za delikatna. Chociaż „głupia brukiew” jest znakomita. Musicie sami zobaczyć!

Agnieszka Wolny-Hamkało, Lato Adeli, il. Agnieszka Kożuchowska, wyd. Hokus-Pokus 2019.
Wiek: 11+


Zupełne pustki w lodówce, spontaniczne obżarstwo na przyjęciu u cioci, na które chytrze udało się wcisnąć bohaterom, a potem skutki w postaci prukania… totalna masakra, co nie?
Taa, trio z Pokembry bardzo udanie wymyśliło tytuł dla serii, której zeszyt zatytułowany „Bo Gagata była głodna” stanowi pierwszą jej część. Wszystko tu pławi się w oparach absurdu, w tak lubianych przez dzieci fizjologicznych żartach, i w onomatopejach prykania, bekania, czkania. Przede wszystkim jednak na kilkunastu stronach komiksu spotykamy parę bardzo sympatycznych bohaterów: spontaniczną i zwariowaną Gagatę oraz nieustannie wszystkim przejętego, trochę sztywniackiego (może dlatego że w serowej zbroi) i zamartwiającego się Ser Ardiana.

Za ich przygodami stoi trzech panów, dobrze znanych w komiksowym światku: Bartosz Sztybor (Bysztor), Piotr Nowacki (Jaszczur) i Łukasz Mazur (Łazur). Nie ma tu taryfy ulgowej, Gagata rzeczywiście idzie na całość, pochłaniając kolejne dania, a na koniec popijając wszystko gazowaną Bąbeloozą. Efekt jaki jest, każdy się może domyślić, ale czytelnik może zobaczyć, bo otrzymuje możliwość wglądu w trzewia bohaterki. A tam, niczym w „Było sobie życie” przerażone małe cząstki jedzenia doświadczają zderzenia z falą gazowanego tsunami. Gagata prawie mdleje, zielenieje, a potem wydaje z siebie dźwięk, który jest aktem stworzenia i… zapowiedzą nowego zeszytu. Czekamy!

Totalna masakra. #1 Bo Gagata była głodna, pomysł i scenariusz: Bysztor; ołówek i dizajn postaci: Jaszczur; tusz, kolory, skład i magia: Łazur, wyd. Pokembry 2019.
Wiek: 7+