wtorek, 29 listopada 2016

Czerwony Kapturek (swoimi słowami)

Są takie momenty, gdy dziecko prosi: „Poczytaj mi…”, a ty akurat naprawdę, naprawdę nie masz ani chwili czasu. Co wtedy? Ano wtedy możesz na przykład odpowiedzieć: „To ty mi poczytaj!”. Dziecko się oburzy, wydmie usta i odburknie: „Ale ja nie umiem. Nie znam wszystkich liter”. A ty na to z szerokim uśmiechem: „Ale wcale nie musisz znać wszystkich liter. Litery do niczego tu nie będą potrzebne”. Dziecko zrobi wielkie oczy, ty zaś sięgniesz na półkę i zdejmiesz z niej „Czerwonego Kapturka” z serii „Swoimi słowami” i wręczysz dziecku. A potem wrócisz do przedświątecznych zajęć, jednocześnie zamieniając się w słuch.



Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do rąk, poczułam lekką konsternację. Przekartkowałam, przyjrzałam się bardzo „technicznym” ilustracjom i ogarnął mnie niepokój, czy ja aby na pewno będę potrafiła wydobyć z tak przedstawionego „Czerwonego Kapturka” jakąś opowieść. Nie doceniłam jednak własnych dzieci, ich niebywałej wyobraźni i zdolności kreacji.
Książka Soni Chaine i Adriena Pichelina nie zawiera w zasadzie ani jednego słowa. „W zasadzie”, bo streszczenie baśni zamieszczono na dołączonej zakładce, jest to jednak raczej rodzaj ściągi dla dorosłych, którzy chcieliby przypomnieć sobie fabułę.  Jest też instrukcja,  w której krótko wyjaśniono, jak bawić się z książką, oraz legenda, która przedstawia postaci i przedmioty występujące w opowieści. Mamy więc tu Czerwonego Kapturka, mamę, babcię, wilka, myśliwego oraz las, dom, łóżko i kamienie. Wszystkie postaci i przedmioty mają formę łatwo dających się skojarzyć piktogramów: ludzie to trójkąty o różnej wielkości i barwie, wilka reprezentują czarne nożyce, las to zielony kwadrat itd.
Te symboliczne postaci i przedmioty  znajdziemy na kolejnych stronach, usytuowane w otwartej przestrzeni obrazu uproszczonego do minimum. Jest więc na przykład czerwony trójkąt przemieszczający się po białej linii ścieżki wśród jednolicie zielonego tła lasu. Na pomarańczową sylwetę domu nakłada się w pozycji poziomej fioletowy trójkąt – to babcia leży w łóżku. Gdy wilk ją pożera, czarne nożyce przybierają barwę fioletu.…


Dla ułatwienia legendę z piktogramami umieszczono także na zakładce z tasiemką, dzięki czemu można mieć ją zawsze na widoku. Opowiadać może dziecko, dorosły, można też robić to wspólnie, z podziałem na role i dorzucaniem w dowolnym momencie własnych pomysłów. Można podążać zgodnie z rytmem opowieści przedstawionym w streszczeniu lub znanym sobie z którejkolwiek wersji baśni, albo też całkowicie puścić wodze fantazji i stworzyć własną oryginalną wersję „Czerwonego Kapturka”, która będzie tylko luźną adaptacją oryginału.


Moje dzieci wymyśliły wersję historii, w której Czerwony Kapturek biegnie do lasu w pogoni za swoim udomowionym pająkiem (!), który niespodzianie wyrwał się na wolność. Rozzłoszczone, krzyczące dziecko w ogniście czerwonej czapce wzbudza przerażenie wilka wałęsającego się przy leśnej ścieżce. Wilk bierze nogi za pas i pędzi schronić się w domku babci. Zapach smakowitej potrawki, którą babcia właśnie sobie przyrządziła wyzwala w nim jednak prawdziwie wilczy głód, w wyniku którego pożera nie tylko potrawkę, ale i babcię! Lecz co to? Słychać pukanie do drzwi, a w oknie miga ta straszna czerwona czapeczka! Zrozpaczony wilk wciska na łeb czepek babci i wskakuje do jej łóżka…


Dawno się tak nie śmiałam, jak przy wszystkich tych wersjach Czerwonego Kapturka, które powstały dzięki zabawie z tą książką. Niech jej minimalizm Was nie odstraszy! Piktogramy to klucz do opowieści, w których dziecko samo decyduje o scenerii, cechach bohaterów, liczbie wątków, zwrotach akcji i przebiegu zdarzeń. Stając się autorem własnej opowieści i prezentując ją odbiorcom, ćwiczy umiejętność tworzenia logicznych związków przyczynowo-skutkowych, uczy się doboru słów określających stany emocjonalne i sposoby reagowania, oraz łączenia ich w spójną wypowiedź.  
Pozycja dla szerokiego grona odbiorców: od dzieci najmłodszych po te, które już same czytają, a mają ochotę pobawić się konwencją baśni o Czerwonym Kapturku. Znakomita na wszystkie te chwile, kiedy nie masz czasu lub możliwości, by poczytać dziecku, chociaż jesteś obok (prasujesz, gotujesz, prowadzisz samochód…).  To także oryginalna pomoc dla pedagogów, logopedów, psychologów i wszystkich pracujących z dziećmi w przedszkolach, szkołach, bibliotekach.

Sonia Chaine, il. Adrien Pichelin, Czerwony Kapturek. Seria: Swoimi słowami, tłum. Magdalena Wanielista, wyd. Entliczek 2016.
Wiek: 3+

wtorek, 22 listopada 2016

Pax

Jako mała dziewczynka oglądałam z rodzicami polski serial pt. „Karino”. Losy tytułowego bohatera, pięknego ogiera odnoszącego liczne sukcesy, wzruszały mnie tak bardzo, że gdy tylko dochodziło do jakichś niepokojących zwrotów akcji, wybiegałam z pokoju i wracałam dopiero po chwili, nie mogąc znieść napięcia, które wzbudzał we mnie film. Te uczucia wróciły do mnie teraz, po latach, w trakcie lektury książki Sary Pennypacker.



Peter znalazł Paxa, gdy ten był jeszcze oseskiem. Osierocone lisie szczenię bliskie głodowej śmierci. Ojciec niechętnie zgodził się, by syn na jakiś czas zatrzymał zwierzę w domu. Dni mijały, a chłopiec i lis uczyli się siebie. Wkrótce Peter wiedział, co Pax lubi, a czego się boi, co sprawia, że lisek czuje się bezpiecznie, a co wyzwala w nim instynkt obronny. Pax z kolei nauczył się rozpoznawać emocje człowieka, wyczuwać jego nastrój, lęki, obawy. Chłopiec i lis stali się nierozłączni, połączeni wyjątkową, szczególną więzią, jaka istnieje tylko pomiędzy prawdziwymi przyjaciółmi. Każdy z nich najbardziej w świecie pragnął chronić drugiego.


Wkrótce jednak codziennością zawładnęło mroczne widomo wojny. Ojciec Petera postanowił zaciągnąć się do wojska, a Petera odesłać do dziadka. Bez lisa. Ten miał zostać wypuszczony na wolność. Czy rzeczywiście jednak można ją nazwać wolnością, skoro Pax wcale jej nie pamiętał i nie znał praw nią rządzących? Potrafił wylizać masło orzechowe tak zręcznie, by głowa nie utknęła mu w słoiku, ale nie wiedział, jak zapolować na mysz. Doglądany przez ludzi, nic nie wiedział o swoim naturalnym środowisku.

Ponura i wstrząsająca jest scena, w której samochód ojca zatrzymuje się w lesie, i Peter musi okłamać swojego lisiego przyjaciela, że przyjechali tu tylko po to, by się bawić… Pax biegnie jak zawsze za rzuconą mu przez chłopca ulubioną zabawką, nie podejrzewając, że „jego ludzie” w tym czasie pospiesznie wsiadają do auta i odjeżdżają.
Ciężko uwierzyć w taką zdradę. Lis nie wierzy. Czeka. Jest pewien, że jego chłopiec wróci.
A Peter? On też nie może uwierzyć, że podporządkował się ojcu w takim stopniu, że zostawił na pastwę losu ukochanego przyjaciela. Teraz obaj są dramatycznie samotni. Chłopiec – opuszczony przez ojca, zdany na łaskę obojętnego dziadka, z coraz bardziej mglistym wspomnieniem zmarłej matki. Lis – porzucony w obcym sobie środowisku, narażony na śmiertelnie groźne ataki drapieżników.


Kiedy więc chłopiec decyduje, że wraca po swego lisa, a następnie ucieka z domu dziadka, czytelnik nie jest zaskoczony. To po prostu musiało się stać! Pojawia się jednak pytanie: co teraz? Miejsce w lesie, w którym został Pax znajduje się 500 kilometrów od domu dziadka. Czy dwunastolatek będzie w stanie dotrzeć tam względnie szybko, na dodatek nie zwracając niczyjej uwagi? Nadzieja tli się małym płomyczkiem. W każdym razie do momentu, gdy Peter łamie nogę…
„Pax” to powieść drogi pełna wzruszeń, momentów zaskoczenia, silnych emocji, często trudnych do uniesienia dla wrażliwego czytelnika. Nie dotyczą one wyłącznie relacji człowiek – zwierzę. „Pax” to także opowieść o samotności, alienacji społecznej, o rozczarowaniu drugim człowiekiem i sobą samym, o trudach poznawania własnego prawdziwego „ja” i wielkiej psychologicznej pracy nad wewnętrzną przemianą.
Wyjątkową postacią w książce, wyrazistą i charyzmatyczną w mieszance swej siły i słabości, jest Vola: żołnierz, stolarz, rzeźbiarka, nauczycielka… Kobieta, którą czynny udział w walkach zbrojnych okaleczył nie tylko fizycznie, lecz przede wszystkim psychicznie. Przypadkowe spotkanie Voli z Peterem zmieni wszystko w życiu obojga.

Fascynują opisy lisiego świata – wielkiej bystrości, wrażliwości i wierności tych zwierząt, ich rozlicznych umiejętności, skomplikowanych relacji między przedstawicielami gatunku, silnych więzi rodzinnych.  Podążając za wszechwiedzącym narratorem, czytelnik może zajrzeć  do lisiej głowy, zaobserwować jego reakcje i zrozumieć je, czując się niemal tak, jakby sam był lisem.
Sara Pennypacker, autorka kilkunastu lubianych i nagradzanych książek dla dzieci i młodzieży, umiejętnie, płynnie (to także zasługa starannego tłumaczenia  Doroty Dziewońskiej), z dużym wyczuciem przeplata rozmaite wątki. Pozwala czytelnikowi równolegle śledzić losy obu głównych bohaterów, w kolejnych rozdziałach naprzemiennie opisując  poczynania raz Petera, raz Paxa. Jon Klassen uroczo zaakcentował ową zmienność zarysem głowy chłopca lub lisa przy numerach rozdziałów. Ten ceniony kanadyjski ilustrator (autor książek „Gdzie jest moja czapeczka?” i „O! Kapelusz!”) z wyczuciem wzmocnił wydźwięk książki delikatnymi, czarno-białymi  ilustracjami i piękną okładką w typowych dla siebie kolorach późnej jesieni.
Zdarzenia opisane w powieści umiejscowiono w bliżej nieokreślonej rzeczywistości małego amerykańskiego miasteczka zawieszonego w czasie. Ten zabieg pozwala traktować  książkę jako uniwersalną opowieść o kondycji współczesnego człowieka, a także jako poruszający portret walki toczonej między dziką stroną ludzkiej natury a jej cywilizowanym, uspołecznionym  obliczem.



Sara Pennypacker, Pax, il. Jon Klassen, tłum. Dorota Dziewońska, wyd. IUVI 2016
Wiek: 8+

środa, 16 listopada 2016

Subiektywny przegląd książkowych nowości /listopad 2016/

Co miesiąc prezentuję Wam pięć wydawniczych nowości, które postanowiłam „dodać do ulubionych”, czyli książki, które mnie szczególnie zaciekawiły, zachwyciły i którym warto będzie przyjrzeć się bliżej.


Peter Nimble, niewidomy od niemowlęctwa dziesięciolatek, znaleziony w koszyku dryfującym wśród morskich fal,  jest bezdomnym sierotą, szkolonym w złodziejskim fachu. Choć taki młody, prawdziwy z niego mistrz. Dzięki odwadze i magicznie zwinnym delikatnym palcom potrafi kraść z niezwykłą finezją. Ale chłopak marzy o innym życiu: chce uciec od Jakuba, okrutnego naganiacza żebraków, dla którego musi harować, codziennie zmuszany do złodziejskich występków. Pragnie mieć spokojny, ciepły dom i kogoś, kto by się o niego troszczył. Wydaje się to nieosiągalne, aż do pewnego deszczowego popołudnia, kiedy to Peter kradnie szkatułkę tajemniczego właściciela sklepu z pasmanterią. W szkatułce znajduje… trzy pary oczu. Gdy przymierza jedną z nich, zostaje nagle przeniesiony na ukrytą wyspę, gdzie otrzymuje zadanie: ma wyruszyć do pełnego niebezpieczeństw Zaginionego Królestwa i ratować potrzebujących. Peter wyrusza więc prosto w awanturniczą przygodę, naprzeciw swemu przeznaczeniu.
Jonathan Auxier, Peter Nimble i magiczne oczy, wyd. Juka (MAC Edukacja) listopad 2016, s. 400
Wiek: 8+

Pamiętam te wybuchy śmiechu, od których trząsł się dom, gdy czytałam na głos książkę „Kurt i ryba”. I głośne: „Cooo?!” wykrzykiwane co jakiś czas przez moją córkę. A potem znowu ryk śmiechu. Opowieść o Kurcie, kierowcy wózka widłowego, który pewnego dnia w pracy znajduje olbrzymią martwą rybę i zabiera ją do domu nie pozwoliła zapomnieć o sobie długo jeszcze po lekturze, wracając w rozmaitych cytatach i powiedzonkach typu: „To ją sobie weź!”.  Bardzo nam odpowiadało absurdalne poczucie humoru, filozoficzne zacięcie i garść trafnych obserwacji społecznych w sosie z groteski. Ucieszyłam się więc na wieść, że oto ukazuje się u nas kolejna książka o przygodach Kurta. Tym razem sympatyczny kierowca otrzymuje niezwykły prezent: diament wielki jak piłka! Gdy go sprzedaje, zyskuje ogromną sumę pieniędzy. Dzięki nim ma szansę spełnić życiowe marzenie o podróżach. Ale czy podążając za pragnieniami, pozostanie wierny sobie?
Erlend Loe, Kurt i diament, wyd. Eneduerabe, listopad 2016, s. 103
Wiek: 6+


Książka obrazkowa, która swoim intrygującym zakończeniem i wieloznacznym przesłaniem wywołała żywe dyskusje na Tumblerze, w serwisie Goodreads i innych  miejscach w sieci. W warstwie zewnętrznej jest to historyjka o dwóch chłopcach, którzy zaczynają kopać dół w ziemi, z mocnym postanowieniem, że będą kopać dotąd, aż wykopią coś wyjątkowego. Są bardzo wytrwali w swoim działaniu, a towarzyszy im bardzo bystry pies o przenikliwym spojrzeniu. Dół staje się głębszy i głębszy, powoli kończą się zapasy słodyczy, a chłopców dotyka zmęczenie. Czytelnik kibicuje im, cały w nerwach, bo widzi to, czego nie dostrzegają oni sami i chciałby jakoś nawiązać kontakt z bohaterami… Finał dla wszystkich jest sporym zaskoczeniem. Jak dużym dla czytelników, można przekonać się, przeglądając strony internetowe, na których zawarto możliwe koncepcje zakończenia przygody Sama i Dave’a (np. tutaj). Oryginalność tej z pozoru prostej opowieści oraz urok warstwy graficznej wielokrotnie doceniano – pozycja została m.in. książką roku magazynów Horn Book i Kirkus oraz wyróżniona nagrodą Caldecott Honor.
Mac Barnett, Sam i Dave kopią dół, il. Jon Klassen, wyd. Dwie Siostry listopad 2016, s. 40
Wiek: 3+

Rodzice dziewięcioletniej Linn się rozwiedli i matka martwi się, że dziewczynka przeżywa tę sytuację, zamykając się w sobie i stroniąc od rówieśników. Linn nie narzeka jednak na samotność, tym bardziej, że do domu obok wprowadza się właśnie nietuzinkowa sąsiadka. Wiktoria Andersson jest mobliną bibliotekarką, parkuje książkobus na podwórku Linn i zaprasza ją na herbatę, krakersy i rozmowy o Schopenhauerze oraz ulubionych łacińskich cytatach. Linn jest zauroczona Wiktorią, która jest silna i niezależna, mówi co myśli i ma gdzieś konwencje. Przede wszystkim zaś akceptuje Linn dokładnie taką, jaka jest. Przyjaźń z niekonwencjonalną bibliotekarką  wywróci życie dziewczynki do góry nogami, ale także pozwoli jej poukładać relacje z matką, która w końcu zrozumie, że aby być zadowoloną z życia dziewięciolatką niekoniecznie trzeba mieć wokół siebie wianuszek psiapsiółek-rówieśniczek.
Maja Hjertzell, Wiktorio, I love you, il. Marta Wallin, wyd. Zakamarki, listopad 2016, s. 140
Wiek: 7+

Najbardziej znanego całemu światu rozbitka nikomu nie trzeba przedstawiać. Historię Robinsona Crusoe, bohatera książki Daniela Defoe, która powstała w oparciu o autentyczne doświadczenie szkockiego marynarza Aleksandra Selkirka, zna każdy z tego czy innego źródła. Książka doczekała się mnóstwa adaptacji, ale wersja opowieści, którą oferuje Ajubel (właśc. Alberto Morales) – artysta, który w latach 90. wyemigrował z Kuby i zamieszkał w Hiszpanii –   jest jedną z ciekawszych i z pewnością najbardziej kunsztownych. To historia w całości opowiedziana obrazem (aż 77 pełnostronicowych ilustracji!), bardzo ekspresyjna, pełna rozedrganych, soczystych barw. Książka otrzymała w 2009 roku prestiżową Bologna Ragazzi Award, a jury tak uzasadniło swój wybór: „Ajubel podnosi tradycyjne współistnienie tekstu z obrazem do nowego, wyższego poziomu. To, co na pierwszy rzut oka może zdawać się odejściem od tradycji, okazuje się w bliższym kontakcie czymś zgoła odwrotnym. Ajubel stworzył nie tyle ilustracje, co ikoniczne obrazy. Następujące po sobie sceny kumulują w sobie emocje, fantasmagorie niepokoju, lęków i oczekiwań. Jednoczesnie nie zabrakło tu klasycznej narracji, płomiennej i żywej, tętniącej oniryczną intensywnością oryginalnego tekstu Defoe”.
Ajubel, Robinson Crusoe. Opowieść obrazkowa na podstawie dzieła Daniela Defoe, wyd. Tako, listopad 2016, s. 180
Wiek:  5+


czwartek, 10 listopada 2016

Praktyczny pan

Gdybym nie była uczulona na koty, po przeczytaniu tej książki kupiłabym sobie jakiegoś miłego mruczka. W tej opowieści jest bowiem coś takiego, że z każdą kolejną kartką człowiek nabiera pewności, że puchaty koci kłębek zwinięty na kolanach jest właśnie tym, czego bardzo mu trzeba, by poczuć głębokie zadowolenie z codzienności.



Praktyczny Pan też doszedł do takiego wniosku, ale zajęło mu to trochę czasu. Co nie dziwi – w jego skrzętnym drobiazgowym planowaniu po prostu nie było miejsca na spontaniczną refleksję.
Życie toczyło się wygodnie w ustalonych ramach, od porannej serii przysiadów i skłonów po skrupulatnie sporządzaną przed snem listę zadań na dzień następny. Żadnych irytujących niespodzianek, żadnych gwałtownych zmian, bo „praktyczny pan nie lubił być zaskakiwany; nawet przez samego siebie”.


Nic w tym złego. Ostatecznie dorośli często tak mają. Zajęci poważnymi sprawami nie tracą „czasu na głupoty, jakimi są: tarzanie się w trawie, łaskotanie kolegów pod pachami, kręcenie się w kółko, skakanie na jednej nodze, przytulanie się do drzewa…”. Dobrze być człowiekiem zorganizowanym, ogarniętym, systematycznym. 
Chyba nawet przez chwilę poczułam ukłucie zazdrości, patrząc na gustowne, urządzone z surową kubiczną prostotą mieszkanko praktycznego pana. Lśniące czystością i niezagracone, ze starannie ustawionymi winylami, z podręczną biblioteczką lektur  inspirujących praktyczne nastawienie (Bauhaus!) , z designerską żółtą kanapą bez jednej plamki i z elegancką paterą pełną owoców.
Na tym perfekcyjnym wizerunku pojawiła się jednak rysa. I to niemała. Praktyczny pan, choć pijał zielone koktajle i każdego ranka wykonywał serię ćwiczeń, najwyraźniej nie potrafił obyć się bez leków. Regularnie łykał Destresol, Relaxinium i Sivispacemol. No właśnie, si vis pacem – „jeśli chcesz pokoju” – praktyczny pan bardzo chciał, ale zajmując się nieustannie tylko poważnymi sprawami, nie miał pojęcia jak go sobie zapewnić.
Być może łykałby więc dalej swoje tabletki, gdyby nie łut szczęścia.  Słuchał właśnie audycji „Instrukcja obsługi ([człowieka]” – sympatyczne nawiązanie do programu Grażyny Dobroń w radiowej Trójce) i ku swemu zdumieniu dowiedział się, że zamiast obciążać żołądek lekami, może zdecydować się na felinoterapię, czyli leczenie kotem. Tańsze i mniej czasochłonne,  co dla praktycznego pana miało kluczowe znaczenie, rzecz jasna.

Decyzja o kupnie kota zapadła więc dość szybko. Ale praktyczny pan jeszcze nie wiedział, że oto otworzył nowe drzwi i uruchomił proces powolnych przemian w swoim życiu oraz we własnym do niego podejściu.


Tekst Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, autorki m.in. serii o ryjówce Florce, uwielbianej przez dzieci, jest konkretny, przejrzysty, ujmujący. Opisuje wszystko, co trzeba, byśmy bez trudu wyobrazili sobie samotniczą rutynę praktycznego pana – te codzienne porcje gimnastyki oraz sumienne zasiadanie do pracy, „za którą co prawda nie przepadał, ale która była ważna i potrzebna”, a także nawiedzający go lęk przed fizyczną i psychiczną bliskością  z inną żywą istotą.
A jednak nie umiem wyobrazić sobie tej książki bez ilustracji Adama Pękalskiego. To jest wisienka na torcie, kropka nad „i”. Książka zachwyca graficznie. Od przykuwającej wzrok wyklejki w ciepłych, nasyconych barwach, przez artystycznie wysublimowane wnętrza i precyzyjnie oddane detale, po pełen geometrycznych brył wielkomiejski krajobraz widoczny za oknem. Pozbawiony ilustracji praktyczny pan nie byłby po prostu praktycznym panem w swej pełni – dopracowanej do ostatniego rombu na sweterku.

Dopiero z takiego idealnie współbrzmiącego dialogu tekstu z obrazem wyłania się pełnia opowieści o bardzo uniwersalnych, ale często skrywanych potrzebach: bliskości, wyrażania emocji na zewnątrz, o potrzebie dawania i brania, oraz o byciu, nawet jeśli tylko przez chwilę, „całkowicie i okropnie niepoważnym”.


Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Praktyczny pan, il. Adam Pękalski, wyd. Bajka 2016
Wiek: 5+

sobota, 5 listopada 2016

Wirusy

Ach, jesień! Zbieranie kasztanów, bukiety z liści, te wspaniałe kolory i rześkie powietrze poranka, oraz… kolejne przeziębienia. Zasmarkane nosy, czerwone gardła, swędzące wysypki i obolałe mięśnie otrzymane w pakiecie z żółtym październikiem. 



Dzieci zmuszone do siedzenia w domu nudzą się na potęgę i zasypują was pytaniami, ile jeszcze potrwa to całe chorowanie, kiedy wreszcie wyjdą z domu, i czy Kuba albo Julka nie mogliby wpaść się pobawić. Zamiast rutynowej odpowiedzi, którą już macie na końcu języka, podsuńcie im książkę, która zaspokoi ich ciekawość w tym temacie.

„Wirusy” to pozycja dla najmłodszych czytelników, prezentująca te najczęściej dające się nam we znaki twory biologiczne i wywoływane przez nie choroby, powszechne zwłaszcza w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym: różyczkę, ospę wietrzną, świnkę, bostonkę, a także odrę, opryszczkę i grypę żołądkową.

Książka ma bardzo przyjazną, wygodną formę spiralnie bindowanego poradnika w poręcznym rozmiarze 148 x 185 mm. Strony rozkładają się na płasko, tekst jest bardzo przejrzysty, łatwy w odbiorze. Sympatyczne akwarelowe postaci wirusów, zerkające na dziecko z obrzeży stron, zachęcają do zagłębienia się w lekturę. 


Największą atrakcję, ale i pomoc, stanowią przekładane folie z naniesionymi objawami poszczególnych chorób: Na ilustrację zdrowego dziecka nakładamy folię ze zmianami chorobowymi, dzięki czemu możemy zobaczyć, jak wyglądają typowe objawy choroby, o której w danym momencie czytamy. Zaobserwujemy więc różne rodzaje wysypek skórnych, opuchnięte ślinianki, pęcherzyki opryszczki i wypieki oraz jelitowe zawirowania podczas ataku rotawirusa. Owo zobrazowanie, oprócz tego że pożyteczne, robi też wielkie wrażenie na dziecku, które przekręcając foliową stronicę może przekonać się naocznie, jak zdrowo wyglądające dziecko znacząco „przeobraża się” w wyniku choroby.



Opis każdej z chorób zamyka podsumowanie „W pigułce”, w którym wyszczególniono porę roku, w której najczęściej atakuje wirus, najważniejsze objawy, postępowanie konieczne w czasie choroby oraz możliwe przeciwdziałanie – z położeniem nacisku na obowiązkowe szczepienia.

Książka napisana jest prostym, potocznym językiem, uwzględniającym wiek odbiorcy. Do minimum ograniczono terminologię medyczną. Trudniejsze pojęcia zostały w tekście zaznaczone innym kolorem – ich definicje można znaleźć w „Wirusosłowniku”. 

Narratorami są same wirusy, i to one opowiadają o sobie dziecku, nie stroniąc od żartów i dowcipnych, a czasem kąśliwych uwag i anegdot. Prowadzą swoisty dialog z małym czytelnikiem, odwołując się do bliskich mu spraw i doświadczeń, znanego otoczenia: „Jeśli jesteś markotny, nie masz apetytu nawet na ulubione żelki ani na ptysia z różowym kremem, to jest duże prawdopodobieństwo, że masz przyjemność właśnie ze mną”; „Występuję w dużych gromadach dzieci, dlatego fantastycznie czuję się w przedszkolu”. 


Dzięki temu lektura książki nie przypomina czytania nudnego kompendium wiedzy o chorobach, lecz jest po prostu luźną zabawą, choć o charakterze edukacyjnym. Oprócz informacji o chorobach, przypomina dziecku także podstawowe zasady higieny i dbania o siebie: o konieczności dokładnego mycia rąk, niedzielenia się sztućcami, odizolowania chorej osoby od zdrowych, o znaczeniu poddawania się obowiązkowym szczepieniom itd.



„Wirusy” to praktyczna lektura jesienna dla młodszych dzieci, ich rodziców i wychowawców. To swego rodzaju „starter” do rozmów o zdrowiu i chorobie, który niejednemu maluchowi pomoże zrozumieć, co też się stało z jego przedszkolną grupą, z której nagle zniknęła połowa kolegów, których ponoć dopadł jakiś rota.

Ewa i Natalia Karpińskie, il. Joanna Lenart, wyd. Przygotowalnia, Kraków 2016

Wiek: 3+

czwartek, 3 listopada 2016

Potargowo – garść refleksji z Krakowa

Na tegoroczne jubileuszowe 20. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie pojechałam w piątek, licząc na to, że ominą mnie tłumy szykujące się na sobotnie szaleństwo spotkań z autorami, imprez tematycznych i konkursów. I rzeczywiście – było luźniej, choć to pojęcie względne. Do południa wąskimi przejściami między stoiskami ciągnęły hordy młodzieży przypędzonej na targi w ramach lekcji. Późnym popołudniem, po skończonej pracy, nadciągać zaczęli kolejni zwiedzający, ale pomiędzy godziną 14.00 a 16.00 było dość pusto.

Z przemiłym, przesympatycznym Tomaszem Samojlikiem

Zu z autorkami: Moniką Błądek, Joanną Jagiełło i Katarzyną Majgier
Z Marianną Jagodą
Joanna Wachowiak podpisuje "Babę Blagę "
Oczywiście coś za coś. Ludzi mniej, to i atrakcji mniej. Tym razem zebraliśmy mniej autografów i dedykacji, ale też dzięki temu nie straciliśmy czasu na stanie w kolejkach, w których bywa, że tkwi się nawet godzinę. Mogłam więc spokojniej i dłużej buszować po stoiskach, wpadając w radosne otumanienie od wielkiej liczby książkowych cudeniek, które wydawcy przygotowali na ten jesienno-targowy czas. W segmencie książek dla dzieci i młodzieży panuje obecnie taki urodzaj, że wręcz nie wiadomo, co wybierać. W każdym razie mam Wam co pokazywać i polecać!

Harry oczywiście  święcił triumfy




Szwankowała trochę strona organizacyjna targów, i pod tym względem Warszawskie Targi Książki jak dla mnie wygrywają. Ot, choćby takie dwie rzeczy: kłopot z wyjściem do samochodu (w celu wyniesienia stosów książek) i powrotu na halę; fatalna informacja o płatności za parking – wielu zwiedzających nie wiedziało, że opłatę trzeba uiścić jeszcze na hali, przed wyjściem, i później byli zawracani przez ochronę spod szlabanów, co tworzyło potężne zamieszanie i niepotrzebne korki. Ci, którzy przyjechali komunikacją miejską, skarżyli się z kolei na brak dogodnych połączeń. 


Rysunkowe dedykacje Tomasza Samojlika


Masowa impreza na taką skalę (700 wystawców, 758 gości) to jednak wyzwanie i każda kwestia musi być dopięta na ostatni guzik, inaczej od razu wkrada się chaos. Uważam, że należałoby powrócić do koncepcji osobnych targów książki dla dzieci i młodzieży, których dwie (?) edycje odbyły się w minionych latach w okolicach Dnia Dziecka. Tym bardziej, że rynek tej książki zdecydowanie się rozrasta, a w tej części kraju nie mamy takiego wydarzenia, kierowanego do młodego odbiorcy.


Dedykacje Marianny Jagody i Elżbiety Pałasz na ich wspólnej książce "Mały rudzik i wielka przygoda"


Miły akcent – założyciel wydawnictwa Media Rodzina Robert D. Gamble podarował Zu ten słynny poradnik, który był pierwszą książką wydaną przez Media Rodzinę. Czytałam go wiele lat temu na studiach, a teraz czas na ponowną lekturę, już z perspektywy matki , której jedenastoletnia córka właśnie wkr w burzliwy czas dorastania...