sobota, 21 września 2019

Listy do A.


Kilka lat temu w wydawnictwie, w którym wówczas pracowałam, wśród proponowanych tytułów licencyjnych odkryłam książkę „Take Care, Son” Tony’ego Husbanda, w której znany brytyjski rysownik opowiada ilustracjami (i niewielką porcją tekstu) o chorobie demencyjnej swojego ojca. Ta niepozorna rysunkowa opowieść z prostotą mówi o bardzo trudnej sytuacji i dramatycznych emocjach. Książka nie ukazała się ostatecznie w języku polskim, szkoda, ale wtedy było chyba na nią jeszcze za wcześnie – ta tematyka dopiero od niedawna istotnie zaznacza swoją obecność na polskim rynku, także książki dziecięcej.


W zeszłym roku ucieszyło mnie pojawienie się „Niezapominajki” – picturebooka opowiadającego z perspektywy małej dziewczynki o ukochanej babci, która zapada na chorobę demencyjną.  W delikatnych, pogodnych, przesyconych światłem ilustracjach Agnieszka Świętek pokazała najmłodszym czytelnikom, że nie dla wszystkich babcia na zawsze pozostanie tą, która ugotuje, zaceruje, przytuli, pocieszy.

Anna Sakowicz poszła krok dalej, przekonując w swoich właśnie wydanych „Listach do A.”, że może nadejść taki czas, gdy to babcię, jak małe dziecko, trzeba będzie nakarmić, ubrać i przewinąć. To przejmująca relacja, która nie ucieka od trudnych, często krępujących szczegółów i pokazuje chorobę Alzheimera taką, jaką jest – postępującą, dramatyczną, niszczącą, odbierającą wszystko. Książkowa babcia Tosia nie tylko myli swoją córkę z wnuczką, nie potrafi znaleźć drogi do domu i zapomina właściwych słów. Ona zapomina także, czy jadła, czy nie, zaczyna głośno przeklinać, choć nigdy wcześniej nie powiedziała brzydkiego słowa, załatwia się pod siebie i nie jest już ani miła, ani uśmiechnięta.


Wyraźnie widać, że autorka wie, o czym pisze – z posłowia dowiadujemy się, że na chorobę Alzheimera cierpi jej mama. Książka jako świadectwo wypada bardzo prawdziwie, przejmująco, mocno.
Mniej przekonująco wypada natomiast jako literacka adaptacja. Kierując tę historię do młodego czytelnika, Anna Sakowicz zdecydowała się zbudować ją jako opowieść epistolarną. Listy do tytułowego A. pisane są przez Anielkę, wnuczkę babci Tosi. Dziewczynka martwi się dziwnym zachowaniem babci i gdy dowiaduje się, że winę za to ponosi niejaki Alzheimer, który zagościł w życiu babci, postanawia do niego napisać i grzecznie poprosić, aby sobie poszedł.

To ciekawy zabieg narracyjny i z pewnością takie działanie ma również wartość autoterapeutyczną, kłopot jednak w tym, że Anielka nie uosabia choroby w wykreowanej przez siebie postaci pana A., po to by go ukonkretnić i łatwiej się z nim zmierzyć. Ona naprawdę wierzy, że to jest jakiś obcy pan o nazwisku Alzheimer, który mieszka fizycznie w pokoju babci, tyle że jest niewidzialny. Tu trzeba zaznaczyć, że Anielka ma 10 lat (sic!), w każdym razie według  informacji widniejących na blogu autorki.


I to jest właśnie ten zgrzyt, który pojawia się na samym początku lektury i o który czytelnik potyka się co jakiś czas, wraz z kolejnymi infantylnymi wypowiedziami Anielki. Jak to możliwe, że jej rówieśnicy (jak mniemam czwartoklasiści, bo w którymś momencie mowa o „pani od polskiego”, nie jest to więc już etap edukacji wczesnoszkolnej) nie znają się wciąż na zegarku (element nauczania w klasie pierwszej), że ona sama nie potrafi powtórzyć nazwy Alzheimer (mój siedmioletni syn, któremu na głos czytałam książkę, w połowie historii zapamiętał tę nazwę) i że przekręca wyrazy jak kilkuletnie dziecko, mówiąc na przykład, że jej starszej siostrze hormony „bąbelkują”.
Zastanawiam się, czy autorka, pisząc, nie wróciła pamięcią raczej do własnego dzieciństwa z innej epoki – w klasie Anielki chłopcy ciągną dziewczynki za warkocze, a ona sama „siedzi i robi rachunki” (!).


Być może wystarczyłoby uczynić Anielkę wyraźnie młodszą, powiedzmy siedmioletnią, i dostosować jej język i życiowe doświadczenia. Można też było postąpić odwrotnie – usunąć zbyt dziecinne, nieprzystające do wieku bohaterki wypowiedzi i wyraźnie zaznaczyć, że pisane przez dziewczynkę listy mają fikcyjnego, wyobrażonego adresata. To pozbawiłoby opowieść tego bardzo niefortunnego zgrzytu, który w jakimś sensie pozbawia bohaterkę wiarygodności.

Ta kwestia jest istotna także dlatego, że każe zastanowić się, kto właściwie jest potencjalnym odbiorcą „Listów do A.”. Jeśli rzeczywiście książka kierowana jest do odbiorców 10+, to postać Anielki okazuje się zdecydowanie zbyt infantylna. Dzieci w tym wieku czytają Harry’ego Pottera, Ricka Riordana i przygodowe powieści Agnieszki Stelmaszyk, i w „siuśmajtce” z opowieści Sakowicz mogą nie odnaleźć bohaterki, z którą chciałyby się utożsamić. Z kolei młodszym odbiorcom, pierwszo- czy drugoklasistom, trudność może sprawić nie tyle treść, bo ta będzie jak najbardziej zrozumiała, lecz forma książki, skądinąd piękna, wysublimowana, ale jednak, choćby z powodu drobnego fontu, trudna w czytaniu. Podobnie ilustracje Ewy Beniak-Haremskiej, według mnie znakomite, zbliżone prostotą kreski do obrazów Joanny Concejo i Zosi Dzierżawskiej, są jednak dla młodszego dziecka zbyt metaforyczne w przekazie i zbyt surowe warsztatowo.

Wielka byłaby szkoda, aby książka z tak szczerym i ważnym przekazem nie dotarła do szerokiego grona młodych odbiorców, szczególnie by ominęła dzieci siedmio- i ośmioletnie. Zatem z myślą o nich, kilka sugestii:
1.   To jest świetna książka już dla siedmiolatka, pod warunkiem, że mu ją przeczytacie na głos.
2.   W książce nie jest wprost powiedziane, że Anielka ma 10 lat, nie podkreślajcie więc tego.
3.   Młodszemu dziecku pozwólcie się z Anielką utożsamić. Samodzielnie czytającego dziesięciolatka nie wyprowadzajcie z błędu, gdy uzna, że bohaterka jest o kilka lat od niego młodsza. W tym konkretnym przypadku będzie dla niego bardziej wiarygodna.

„Listy do A.” to z pewnością ważna pozycja także dla kogoś, kto ma w swoich najbliższych kręgach osobę chorą na Alzheimera i szuka sposobu, by opowiedzieć najmłodszym członkom rodziny o tym, co dzieje się z nią teraz i co będzie działo się wkrótce.


Opowieść Anny Sakowicz niesie ukojenie i pociechę, także dlatego, że rodzina Anielki, mimo niemożliwego happy endu, trwa, a jej członkowie wspierają się wzajemnie. I choć to trochę wyidealizowany, hurraoptymistyczny obraz – nie zobaczymy konfliktów, wzajemnych pretensji, osamotnienia małżonka/partnera i dzieci, a nastoletnia siostra Anielki jest wyrozumiała i empatyczna, żadnego buntu wobec sytuacji w domu – jest on budującym podsumowaniem, które młody czytelnik ma prawo otrzymać i wziąć dla siebie z tej lektury.  

Anna Sakowicz, Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer, il. Ewa Beniak-Haremska, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 7+

piątek, 13 września 2019

Awaria elektrowni


Dzieci boją się ciemności, a jednocześnie są nią zafascynowane. Gdy światło gaśnie, wszystko co znane okrywa się tajemnicą. W mroku nocy rzeczy mogą stać się groźniejsze lub piękniejsze – z pewnością jednak zawsze inne. Ciemność to niespodzianka.




Niespodzianką jest także książka Tiny Oziewicz – „Awaria elektrowni”. Świetny tytuł, wzbudza ciekawość i leciutki niepokój. Gdzieś z tyłu głowy czają się wizje z filmów katastroficznych, tym bardziej, że na okładce miasto spowite mrokiem, i jeszcze ten lis, zupełnie jak na zdjęciu z opuszczonej Prypeci.

Pierwsza myśl biegnie ku ludziom – spodziewamy się, że tak jak w picturebooku Johna Roco „Blackout” (dlaczego wciąż nie wydano go w Polsce?), zaraz przeczytamy o tym, jak to zwabieni przez ciemność ludzie wylegli na ulice i spontanicznie zaczęli ze sobą rozmawiać, poznając się nagle i zbliżając do siebie. I rzeczywiście tak się dzieje, ale mowa jest o tym dopiero pod koniec książki.


Na pierwszym planie jest przyroda. To właśnie jej reakcję na nagłe zaciemnienie obserwujemy w trakcie awarii elektrowni. Są to spostrzeżenia fascynujące i odkrywcze. Tina Oziewicz pokazuje nam, jak działania człowieka, postęp cywilizacyjny i jego udogodnienia, takie jak właśnie elektryczność, wpłynęły na przyrodę i życie jej zwierzęcych i roślinnych przedstawicieli.

Pod osłoną nocy mieszkający w jeziorze rak odwiedza swoją ojcowiznę, od dawna dla niego niedostępną, bo zawsze rozświetloną blaskiem płynącym od pomostu.
Żaby opuszczają swoje kryjówki w trzcinach i znowu mogą dać koncert dla księżyca.
Dziwaczek jalapa dopiero teraz, w ciemności, jest w stanie otworzyć swój kwietny kielich. Rosnąc pod uliczną latarnią, nigdy wcześniej nie miał ku temu okazji…


W tę czarną noc słonka decyduje się w końcu przenieść swoje pisklęta z zagrożonego gniazda. Także borsuczyca wykorzystuje ten czas, by pokazać swoim młodym, czym jest prawdziwa noc, taka, jaką pamięta z dawnych lat w innych lasach. Stary jeż pierwszy raz od dawna wychyla nos z krzaków i postanawia odwiedzić stare rewiry w mieście, których już nie odwiedzał, bo nie miał odwagi zapuszczać się w jasne nawet nocą miasto.
Wychodzą też ludzie – na balkon, za furtkę, przed blok. Oblegają ławki. Czują teraz, jak intensywnie pachnie maciejka i dostrzegają, jak wspaniale rozgwieżdżone jest niebo nad ich głowami. Jeśli prądu nie będzie dłużej, zjedzą kolacje przy świecach i dzieci z pewnością zapamiętają ten wieczór, któremu „przymusowa ciemność nadała kształt, przedłużając kolację, gdyż nie widząc talerzy, zmuszeni byliśmy jeść wolniej niż zazwyczaj” (jak to ładnie ujął w „Wyjściu z Egiptu” Andre Aciman).


Tekst jest oniryczny, poetycki, wspaniale nadaje się jako lektura na dobranoc: „Ciemność była ciepła i miękka, chciało się w niej pływać jak w wodzie”, „Zgasły latarnie wzdłuż szos, zniknęła łuna nad pobliskim miastem, a na polach rozlała się atramentowa czerń”, „(…) ruszył przed siebie w pachnącą ciemność. Gdzieś tam czekały na niego stare ścieżki”, „Osiedle zatonęło w ciemności (…) Migotały błędne ogniki smartfonów”.

Tajemnicę i baśniowość nocy podkreślają znakomite ilustracje Rity Kaczmarskiej, wypełnione intensywnym głębokim granatem i zielenią, rozświetlone czasem biało-srebrzyście, czasem na złoto. Papier odbija niestety trochę światło, nie pozwalając oczom zanurzyć się w barwach nocy.

Tina Oziewicz po raz pierwszy urzekła mnie swoją wyobraźnią w 2007 roku, gdy kupiłam pierwsze wydanie zbiorku „O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką”(wspaniały, było kolejne wydanie, polecam!). Czytałam te bajki mojej malutkiej wówczas córce i myślałam: „oto jak można po mistrzowsku uporać się z fiksacją funkcjonalną”. Bo w tej książce nic nie było standardowe, sztampowe. „Awaria elektrowni” także zachwyca świeżością spojrzenia.


Co ważne, zwierzęca perspektywa pozwala młodemu czytelnikowi odejść na chwilę od siebie – porzucić rozmyślania na temat tego, co by sam zrobił, gdyby zgasło światło, gdyby się okazało, że nastąpiła awaria w elektrowni, gdyby ten stan się przedłużał… Do głosu dochodzi świat równoległy, istniejący tuż obok i licznie zamieszkany.
Takie myślenie działa terapeutycznie na dziecko obawiające się nocy, i to nie tylko w sytuacji przerw w dostawie prądui, lecz bardziej ogólnie, w sytuacji doświadczania ciemności. Odwracając uwagę od siebie, a kierując ją na przykład ku małym zwierzątkom, dziecko oswoi sobie ciemność, nauczy się w niej dostrzegać te rzeczy i zjawiska, które nie wzbudzają lęku.

Tina Oziewicz, Awaria elektrowni, il. Rita Kaczmarska, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 5+ 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Widziałem pięknego dzięcioła


Wakacje 1939 roku rozpoczęły się 23 czerwca. Czuć było narastające napięcie, jednak ludzie starali się czerpać otuchę z postawy przedstawicieli władz: w lipcu prezydent Mościski gościł na dożynkach w Spale, w gazetach polscy żołnierze przedstawiani byli jako zwarci i gotowi. Niewielu wierzyło, że Hitler faktycznie zdecyduje się zaatakować, do ostatniej chwili tliła się nadzieja, że wszystko uda się załatwić na drodze dyplomatycznej. Francuzi budowali więc schrony, a Polacy, odurzeni słońcem i upałem, wyjeżdżali do sanatoriów, uzdrowisk i kurortów. Tak, „lato było piękne tego roku”.



Na wakacje – pierwsze w życiu – cieszył się też ośmioletni Michał, uczeń warszawskiej podstawówki. Promocję do drugiej klasy otrzymał pod określonym warunkiem: każdego dnia wakacji miał zapisywać w zeszycie po jednym zdaniu i w ten sposób stworzyć oryginalny pamiętnik letnich miesięcy. Nauczycielka nie mogła wiedzieć, że postawiony przez nią warunek stanie się wyjątkową pamiątką  czasu „przed”, tych ostatnich tygodni z życia świata, który właśnie odchodził do historii.


Mieszkający na Mokotowie Michał wyjechał wraz z trzy lata młodszym bratem Rafałem do Anina, potem do Milanówka i to tam wpisywał do zeszytu swoje jednozdaniowe notki. Pierwsza z nich datowana jest  jednak nie na 24 czerwca, lecz… na 15 lipca, bo – jak przyznał autor w wywiadzie dla Polskiego Radia – rodzina zagapiła się nieco i dopiero po trzech tygodniach od zakończenia roku szkolnego sumiennie dopilnowywała, by wypełniał swój szkolny obowiązek. I tak też czynił aż do 17 września, kiedy to wiadomo było, że nie będzie już powrotu do dawnych zajęć, dawnej szkoły, dawnego życia.


Dziennik rozpoczynają niefrasobliwe, lekkie wpisy.

„Byłem z kolegą w lesie”
„Znalazłem dużą liszkę i zaniosłem do swego ogródka”
 „Widziałem pięknego dzięcioła”
„Złapałem osę do szklanki”
„Czytałem ładną bajkę”


We wrześniu ich ton się zmienia.

„Zaczęła się wojna”
 „Rzucili blisko nas bombę”
„Stale latają samoloty”
„Przeleciały nad naszym domem szrapnele”
„Ma być straszny bój”


Ze zdań znika pogodna, senna atmosfera letniego uzdrowiska, zjawiska przyrodnicze i drobne codzienne przyjemności. Nie ma już mowy o spacerach, letnich burzach, wyprawach z dziadkiem, graniu w piłkę, pójściu na lody. Są samoloty, chowanie się, bomby, szrapnele, strzały armatnie.
Zmienia się także punkt widzenia ośmiolatka. Chłopiec coraz częściej rezygnuje z zapisków pierwszoosobowych na rzecz opisu otaczającej go rzeczywistości. Zamiast skoncentrowanych na sobie czasowników „byłem, robiłem, pojechałem” pojawiają się relacjonujące zdarzenia „zrzucili, zajęli, przeleciały”.
Jak stwierdził autor, ponowna lektura własnych zapisków z tego zeszytu, odnalezionego dopiero w latach 70., nasunęła mu refleksję, że „Każdy z nas jest przede wszystkim egoistą, a dopiero potem, na ile mu się uda, to się z tego egoizmu ogołaca”. Czasami życie przyspiesza ten proces…


Świadectwo ks. Michała Skibińskiego ma samo w sobie dużą wymowę, ale prawdziwą siłę rażenia zyskuje dzięki oprawie graficznej. Przepiękne, malarskie ilustracje Ali Bankroft przenoszą czytelnika w tamten czas wraz z każdą rozkładówką. Jest więc najpierw soczysta zieleń traw, błękitnieje potok, liście w koronach drzew tworzą złocisto-szmaragdowy baldachim, po gałęzi pełznie gruba żółta gąsienica, wysoko nad ziemią unosi się pasiasty balon. Czerwienieją dachy domów, stalowa nitka torów lśni w słońcu, podwieczorek u babci pachnie ciastkami i tonie w ciepłym świetle popołudnia.


A potem to wszystko znika. Wiatr toczy bure chmury, kolory brązowieją, ciemnieją, nasycają się czerwienią. Zieleń lasu staje się mroczna, w oddali płoną ognie, przyroda zdaje się milczeć, księżyc spowija świat mdłą srebrzystą poświatą. „Jest wokoło ten rzeczy niepokój”, jak pisał poeta.
I choć „Warszawa się dzielnie broni” – czytamy na pożółkłych kartach zeszytu Michała, wplecionych w formie reprodukcji między obrazy Bankroft – nieuchronnie nadciąga długi czas grozy i mroku.
Zapiski z zeszytu staną się „żyłką słoneczną na ścianie”, uchwycą chwile bez powrotu, jak ta z 28 sierpnia, gdy Michał napisał: „Przyjechał do mnie tatuś”. Był to ostatni raz, gdy widział ojca.

Książka „Widziałem pięknego dzięcioła” jest jak zawołanie o carpe diem, o pochwałę chwili. To zaproszenie do międzypokoleniowej zadumy nad tym, co było, i co jest, tu i teraz.
Usiądźmy z dziećmi w te sierpniowe dni, równie upalne jak tamtego sierpnia 1939 roku, i zanurzmy się w słowno-malarską opowieść o czasie, życiu i historii.

Michał Skibiński, Widziałem pięknego dzięcioła, il. Ala Bankroft, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wiek: 7+

niedziela, 11 sierpnia 2019

Tatulczyk Moniuszko


Kiedy czytacie takie słowa: „Autobiografia Stanisława Moniuszki dla dzieci” to od razu wieje nudą. Oto zaraz zasiądziecie za stołem, ręce umyte, nosy wytarte, i proszę się nie garbić nad książką! Czas zacząć opowieść o wielkim Polaku. Czytamy… Tatulczyk MONIUSZKO! Że co, jaki tatulczyk?



Otóż Tatulczyk właśnie – bo tak lubił siebie nazywać Moniuszko, oddany rodzinie ojciec dziesięciorga dzieci. Poetce i tłumaczce Katarzynie Huzar-Czub udało się dokonać rzeczy niełatwej: stworzyła zabawną, lekką, współczesną, a do tego napisaną zgrabnym wierszem opowieść biograficzną o ojcu polskiej opery.

Wyłania się z tej historii obraz ciepłego, wrażliwego człowieka, który od wczesnych dziecięcych lat ciężko pracował nad swoim talentem, a potem wykorzystywał go najlepiej, jak potrafił. Dbał przy tym zarówno o los ojczyzny, jak i swoich bliskich.  Taki portret Moniuszki sprawia, że ma się ochotę poznać  lepiej twórcę i jego dzieła, i taki był zapewne zamysł autorki i wydawcy – Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Rok 2019 jest bowiem Rokiem Stanisława Moniuszki ze względu na 200 rocznicę jego urodzin.


To, co najbardziej urzekło mnie w książce Huzar-Czub, to język, dostosowany do współczesnego dziecięcego odbiorcy. Oto próbka:

„Potem zakochał się w pewnej Oli
To dla tej Oli przestał się golić
i według zasad najnowszej mody
zapuścił sobie cud-bokobrody.
Olę też wzięło, i to solidnie:
czuła, że nigdy jej Stach nie zbrzydnie.
(…)
Pewnie myślicie, że po obiedzie
przy telewizji lubili siedzieć?
Że Staś marudził: „Duszyczko złota.
bądźże tak dobra, rzućże pilota!”?
Ha! Wolne żarty! Nie było przecież
telewizorów jeszcze na świecie!”


Jeśli dodamy do tego zabawne, lekko komiksowe, rysowane współczesną kreską lustracje Marty Ruszkowskiej, to otrzymamy książkę, która opowiada o wielkich Polakach w taki sposób, który faktycznie dociera do dziecka i nie ma nic wspólnego z nudną notą biograficzną. Nie tylko zresztą fakty z życia Moniuszki zostają tu podane dziecku w bardzo przystępny sposób. Autorka objaśnia też historię Polski. Tak pisze np. o rozbiorach:

„Szczegóły poznasz na pewno w szkole,
a ja Ci w skrócie powiedzieć wolę,
że Polskę kroił ktoś niby ciasto,
by zabrać każdą wioskę i miasto.
Tylu sąsiadów się częstowało,
że dla nas z ciasta nic nie zostało.

Wiem, że w to trudno uwierzyć, ale
Polski na mapie nie było wcale!
No cóż. Pomimo wielkiej rozpaczy,
każdy pamiętał, co „Polska” znaczy.

Podoba Wam się? Mnie ogromnie. I myślę, że jest to książka, do której warto wracać przy różnych okazjach, zdecydowanie nie tylko w Roku Moniuszki.


Katarzyna Huzar-Czub, Tatulczyk Moniuszko, il. Marta Ruszkowska, wyd. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków  2019.
Wiek: 5+

poniedziałek, 15 lipca 2019

Czy to długo, czy krótko?


Uwielbiam książki o czasie, jego upływie, o skazanych na niepowodzenie próbach zatrzymania uciekających chwil i o tym, jak różnie, choć przecież tak samo, czas płynie dla każdego z nas. Ze szczególnym zachwytem wyławiam książki o tej tematyce kierowane do dzieci.



Ogromnie podoba mi się sposób opowiadania obrazem, jaki uprawia Urszula Palusińska. Nie jestem w tym oczywiście odosobniona – ilustratorka zdobywa kolejne nagrody (w tym prestiżową Bolonia Ragazzi Award!), a jej prace są dostrzegane, uwielbiane i szeroko komentowane. Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach „Brzuchem do góry”, to gorąco polecam – letnia pora jest idealna na tę książkę! Tymczasem słów kilka o wydanej niedawno przez Dwie Siostry „Czy to długo, czy krótko”.


Koncept książki autorstwa Izabeli Zięby jest cudownie prosty i dla wszystkich zrozumiały. Chodzi tu bowiem o postrzeganie upływu czasu z różnych perspektyw i zadziwiającą subiektywność tej oceny. W zależności od tego, kto spogląda na zegarek i w jakiej znajduje się sytuacji, ten sam odcinek czasu – minuta, godzina, dzień czy rok, zdaje się mgnieniem albo rozciąga niemal w nieskończoność…


Palusińska w uproszczony, klarowny, ale jednocześnie uczuciowy sposób podsuwa nam ilustracyjne przeciwieństwa – a przy tym operuje tylko kilkoma kolorami, podsuwa nam uproszczone sylwety, postaci jakby odrysowane od szablonu, ciemne kontury jak z teatrzyku cieni albo negatywy postaci. To dość  minimalistyczny, nowoczesny styl ilustrowania, którego dotychczas nie byłam fanką, ale w wydaniu Palusińskiej zachwyca mnie i gra na emocjach.


Sytuacje pojawiające się na kolejnych rozkładówkach, nie są nam obce. W tych mikrohistoryjkach przejrzy się zarówno dziecko, jak i dorosły:

10 minut jazdy do domu (krótko, gdy przez całą drogę opowiadasz dowcipy, ale długo, gdy bardzo chce się siku!)

3 godziny zakupów (krótko dla mamy, która ma zawsze za mało ubrań, a długo dla taty, który zawsze ma za mało cierpliwości)

1 tydzień podróży statkiem (dla babci, która boi się latać, to krótko, ale dla taty, który ma chorobę morską, to bardzo długo).

Jest i wzrusz:
18 lat czekania na dorosłość (bardzo długo dla dziecka, ale dla jego mamy zawsze, ale to naprawdę ZAWSZE za krótko).


Takich życiowych sytuacji każdy z nas może podać bez liku, co oczywiście potęguje frajdę, jaką sprawia obcowanie z tą książką. Wskazana jest pogłębiona lektura, poparta własnymi przykładami.

U nas było to na przykład:
Ja: Dwie godziny spędzone na rozmowach w moim ulubionym Dyskusyjnym Klubie Książki Kryminalnej mijają, zanim zdążę spojrzeć na zegarek, dwie godziny siedzenia na zebraniu to istna tortura.
Tadzio: Pół godziny grania na peesie to STRASZNIE krótko! Pół godziny czekania, aż przyjedzie do mnie dziadek to OKROPNIE długo!

A co u Was?

Izabela Zięba, Urszula Palusińska, Czy to długo, czy krótko?, wyd. Dwie Siostry 2019.
Wiek: 4+




niedziela, 30 czerwca 2019

Tak to już jest


„Nikt tu nie wie, kim naprawdę jesteśmy” – mówi matka. „Nie, odwrotnie. Jest tak, jakby bardzo dobrze wiedzieli” – zaprzecza syn. A może córka. Dziecko.


„Bądźcie zawsze sobą w życiu” – powiedziała dzieciom wychowawczyni mojego syna na uroczystym zakończeniu przedszkola. Wszystkim rodzicom łzy kręciły się w oczach, wszyscy z czułością popatrywali na swoje dopiero-przed-chwilą-maleńkie dzieci, które we wrześniu powędrują do szkół. Chłopcy w odprasowanych koszulach, dziewczynki w zwiewnych sukieneczkach zgodnie pozowali do grupowego zdjęcia. Bycie sobą nie wydaje się trudne, gdy idealnie wpasowujesz się w schemat. Ale jeśli zupełnie od niego odstajesz…

Jeszcze kilka lat temu chłopcy byli rugowani za różowe koszulki i bawienie się lalkami. Dzisiaj już trochę się zmieniło i widzę w przedszkolnej rzeczywistości moich dzieci (między którymi jest 6 lat różnicy) progres ku otwartości. Ale powiedzmy sobie szczerze, w naszym kraju to ciągle mrówcze tempo zmian. Polskie społeczeństwo wciąż obawia się dosłownie wszystkiego, co nie wpisuje się w tzw. normalność, cokolwiek miałoby to znaczyć. Lęk wynika z niewiedzy i jedyną metodą opanowania go jest edukowanie. Dzieci i rodziców. Symultanicznie.

Dlatego piszę tutaj o książce. „Tak to już jest” Laurie Frankel. Choć nie jest to powieść dla dzieci. Ale jest to opowieść o dzieciach. Oraz o wychowaniu w rodzinie. Pełnym miłości, mądrym, choć niepozbawionym błędów wychowaniu dziecka do dobrego, spełnionego życia i do bycia sobą, kimkolwiek miałoby się stać.

Nie zawsze od razu jesteśmy tym, kim chcemy być. Bywa że długie lata walczymy  o status, na którym nam zależy. Po drodze ponosimy porażki, odwracają się od nas ludzie, którym zaufaliśmy. Nie zawsze też inni rozumieją nasze dążenia i wizję tego, kim chcemy się stać.
Claude jako kilkulatek wie, że nie jest mu dobrze w ciele chłopca. Woli być Poppy, nosić spódniczki, spinki we włosach i bawić się z koleżankami w księżniczki. Nie oznacza to jednak automatycznie, że jest dziewczynką. Jest po prostu sobą. Ale takiej kategorii, mimo deklaracji, które wszyscy słyszą na każdym etapie wychowania i nauczania szkoła, do której uczęszcza, nie jest w stanie przyjąć.

Płeć i związane z nią atrybuty wpływają tak bardzo na nasze relacje z innymi ludźmi, że brak wyraźnie zdeklarowanej płci wytrąca nas ze społecznej równowagi. Tymczasem badania naukowe wskazują na to, że dychotomiczne postrzeganie płci nie jest wystarczające, bo nie pozwala dostrzec ludzkiej różnorodności i zrozumieć wszystkich zjawisk związanych z funkcjonowaniem człowieka. Coraz więcej krajów wprowadza normy prawne regulujące istnienie trzeciej płci, określanej jako X. Nie jest to zresztą żadne novum dla świata, bo np. w kulturach Azji Południowej pojęcie trzeciej płci (hijra) jest znane i funkcjonuje od dawna.

Kultura zachodnia ewidentnie potrzebuje jednak czasu, oswojenia. Zmiany tego typu, dotyczące ludzkiej tożsamości i miejsca człowieka w świecie nie przebiegają łagodnie, wiążą się z cierpieniem jednostek i całych społeczności. Czasem mają tragiczne oblicze. Tak jak opisana w powieści Frankel pełna okrucieństwa historia kobiety NN, która trafiwszy na oddział ratunkowy szpitala okazała się mężczyzną NN – zakatowaną, zmasakrowaną, postrzeloną z broni palnej istotą ludzką, która zapłaciła najwyższą cenę za kilka chwil bycia tym, kim chciała być.

W „Tak to już jest” znajdziemy pełen wachlarz ludzkich reakcji na nowe, inne, niezrozumiałe. Wśród członków rodziny, między rówieśnikami, w społeczności sąsiedzkiej, rodzicielskiej, szkolnej, w różnych stanach (USA) i krajach. Niektóre będą wspaniałe, inne – przerażające. Jedna z moich ulubionych scen pokazuje kilkuletnią Poppy, która przychodzi w swej dziewczęcej osobie do szkoły po przerwie przed którą była Claude’m. Teraz otwarcie nosi spódniczkę, rajstopki, spinki we włosach. Jedyny komentarz dotyczący jej odmiennego wyglądu jest następujący: Czy te rajstopy nie gryzą?

Laurie Frankel wie, o czym pisze, bo sama jest matką córki, która była chłopcem. Ale, jak zaznacza w posłowiu, to nie jest jej historia, tylko fikcja, w którą wplotła tylko „drobno posiekane fragmenty  własnego życia”.

Dla mnie „Tak to już jest” to po pierwsze opowieść  o miłości – małżeńskiej, matczynej i ojcowskiej, o tej, która jest między rodzeństwem i między przyjaciółmi. O miłości, która przechodzi mnóstwo dramatycznych prób i ciągle trwa. Po drugie – o rodzicielstwie, wszystkich wyzwaniach i niespodziankach, obawach, lękach i nadziejach tego czasu, o którym Frankel pisze (cudownie!) tak: „Czas rodzicielstwa jest magiczny: rozwlekły i naddźwiękowy jednocześnie. To godzina wiedźm, pora czarnoksiężników. Na chwilę odwracasz wzrok i nagle wszystko jest inaczej”.

Laurie Frankel, Tak to już jest, tłum. Dariusz Żukowski, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019.
Wiek: 16+



poniedziałek, 27 maja 2019

Trzy książki na Dzień Dziecka


Dzień Dziecka już za kilka dni. Czyż może być coś przyjemniejszego, niż obdarowanie kochanego małego człowieka książką w jego święto? W tym minizestawieniu polecam Waszej uwadze trzy wspaniale ilustrowane książki dla przedszkolaków. To krótkie historie – zabawne, wzruszające, bliskie codziennym sprawom kilkulatków.


Siedem łóżek malutkiej popielicy
W sam środek miłego snu wkrada się odgłos człapania bosych stóp. Człap, człap, coś szura i jest coraz bliżej. Próbujesz spać, ale człapanie nie ustaje. Otwierasz jedno oko i w świetle księżyca widzisz ją. Drobną dziecięcą postać, która właśnie gramoli się do twojego łóżka. Dostajesz kuksańca pod żebra, kopniaka w łydkę, i budzisz się na dobre. Twoje dziecko dla odmiany słodko zasypia.


Prawie każdy rodzic doświadczył tych nocnych wizyt dzieci, które nie chcą same spać, boją się ciemności, miewają koszmary. Różnie sobie z tym radzimy i każda rodzina ma własne sposoby na przetrwanie tego okresu. Ważne jest jedno – działać tak, by dać dziecku poczucie, że się je rozumie i wspiera.


Przepięknie wydana opowieść Susanny Isern „Siedem łóżek malutkiej popielicy” z czarodziejskimi ilustracjami Marco Somy to właśnie taka historia – dziecko symbolizuje w niej malutka popielica. A nieco zirytowanymi powtarzającą się sytuacją rodzicami są zwierzęta zamieszkujące Zielony Las. Królik, Rudzik, Jeleń, Niedźwiedź, żółwica, Wiewiórka – to do ich domków popielica zakrada się cichaczem, by uciec od mroków nocy. Mości się w pojemniku na marchew, w etui na okulary albo szufladzie z krawatami, co jest z jednej strony urocze i roztkliwiające, z drugiej zaś – burzy spokój i porządek. Brzmi znajomo?

Nie zdziwi więc Was zapewne, że zwierzęta postanawiają dać do zrozumienia popielicy, że ma przecież swoje łóżko i to w nim powinna spać. Na nic się zdają jej niezdarne próby tłumaczenia. Tę noc popielica spędza więc samotnie we własnym łóżeczku. A następnego ranka okazuje się, że… malutkie zwierzątko zniknęło.


W tej pełnej uroku i czułości opowieści wielu rodziców i dzieci przejrzy się jak w lustrze. Wszystkich bez wyjątku zachwycą spokojne, pastelowe ilustracje, utrzymane w nieco jesiennej tonacji i onirycznym klimacie. Do wielokrotnego oglądania i zachwytów.

Susanna Isern, Marco Somà, Siedem łóżek malutkiej popielicy, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Tako, Toruń 2019.
Wiek: 4+


Niedźwiedź i pianino
Prawie cztery lata trzeba było czekać, aby „Bear and the Piano” ukazała się w Polsce, ale oto jest, i zapewniam Was, że to wspaniały książkowy prezent na Dzień Dziecka – z rodzaju tych, którymi sami się zachwycicie.


Mnie ta książka oczarowała przede wszystkim ilustracyjnie. Obserwowałam proces jej powstawania na blogu autora i szczerze kibicowałam Davidowi Litchfieldowi, by świat docenił jego warsztat oraz wybór życiowej drogi – artysta zrezygnował bowiem z kariery akademickiej i zdecydował, że poświęci się całkowicie pracy ilustratora. A kto choćby krótko był freelancerem, wie, jaki to niepewny los. Do takiej decyzji zachęciły twórcę entuzjastyczne reakcje na jego ilustracje, które na bieżąco tworzył i publikował każdego dnia w sieci w projekcie Drawing a Day. Pisałam już o tym na blogu [klik] – tam też nieco więcej o wydaniu oryginalnym książki.


Tymczasem mamy wydanie polskie, które ujrzało światło dzienne dzięki wydawnictwu Zielona Sowa.  Papier o ciekawej gramaturze znakomicie oddaje tu głębię ilustracji Litchfielda, co nie jest takie oczywiste ani łatwe do uzyskania – czy zwróciliście kiedyś uwagę, że niektóre ilustracje tworzone komputerowo wyglądają znacznie lepiej na monitorze niż później w druku? Źle dobrany papier „połyka” kolory i zabiera głębię, co w przypadku prac artystów takich jak Litchfield rujnuje znacząco efekt finalny. Bo tym, co najbardziej w nich zachwyca jest gra światłem. Wystarczy, że zerkniecie na wyklejki „Niedźwiedzia i pianina”, a zorientujecie się, co mam na myśli. Kto lubi ilustracje Emilii Dziubak, ten doceni Litchfielda, bo jego maniera jest podobna – długie smugi światła, miękko kładące się cienie, odbicia, falowania. Ilustracje te, choć kolorowe i pogodne, są też bardzo nastrojowe i nostalgiczne. Tak jak zresztą i sama historia.

Jej bohaterem jest tytułowy niedźwiedź, który odkrywa na leśnej polanie pianino i tak często z zaciekawianiem manipuluje jego klawiszami, że zaczyna całkiem dobrze grać. I odkrywa w sobie talent muzyczny. Po czym, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, staje przed dylematem: opuścić bezpieczną przystań leśnego życia i rozpocząć artystyczną karierę w mieście, nie mając gwarancji, że doprowadzi to do czegoś dobrego, czy też pozostać w znanym sobie, przyjaznym, akceptującym i bezpiecznym, aczkolwiek nieco nudnym otoczeniu. Wraz z koniecznością wyboru pojawiają się różnorodne emocje – entuzjazm i duma, ale też poczucie osamotnienia i tęsknota.


Podobne życiowe decyzje musi  podejmować każdy z nas, warto więc przygotować do nich dziecko, rozmawiając z o plusach i minusach wyboru, jakiego dokonał niedźwiedź – a jednych i drugich jest pod dostatkiem. Książka podkreśla potrzebę realizowania swoich ambicji, ale też wartość przyjaźni, przynależności i bycia we wspólnocie. Każdy sam dla siebie musi się przekonać, która z tych dróg bardziej go uszczęśliwia.

David Litchfield, Niedźwiedź i pianino, tłum. Natalia Galuchowska, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Wiek: 4+

Mama Mu na zjeżdżalni
Mama Mu pomieszkuje sobie w naszym domu (na półce z książkami oczywiście) od ponad dekady. Moja córka się śmieje, że mimo upływu lat, gdy wpisze swoje dane w Google, pierwsze wyszukanie prowadzi do jej zdjęcia z Mamą Mu w muzeum Junibacken w Sztokholmie (z 2011 roku). Jeśli macie chęć je zobaczyć, kliknijcie w link (wybacz, kochanie). Znajdziecie tam także moją recenzję jednego ze zbiorków opowiadań o Mamie Mu.


Ale może wcale nie znacie jeszcze tej sympatycznej, mądrej krowy? Zatem kilka słów ogólnej prezentacji: Mamę Mu stworzyło szwedzkie małżeństwo, Jijja i Tomas Weslanderowie, początkowo jako bohaterkę słuchowiska radiowego dla dzieci. Entuzjastycznie nastawiona do życia rezolutna krowa oraz będący jej całkowitym przeciwieństwem, wiecznie na wszystko narzekający Pan Wrona, szybko podbili serca małych odbiorców.

W 1991 powstała pierwsza książka z przygodami tej sympatycznej pary, którą  na papierze uwiecznił w niepowtarzalnym stylu Sven Nordqvist. Od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, a wciąż powstają nowe historie, przysparzające serii kolejnych wielbicieli.

Nic zresztą dziwnego. Mama Mu ma w sobie spokój krowy z namysłem przeżuwającej każdą myśl, a jednocześnie nie brakuje jej zwariowanych pomysłów i odwagi do ich realizowania. Jej pogodna natura cudownie kontrastuje z mrukliwym charakterem Pana Wrony, stając się niekończącym się źródłem humorystycznych wypadków. Ale nie tylko o gagi tutaj chodzi. Relacja tych dwojga to także piękny portret nieoczywistej przyjaźni, w których różnice łączą, a nie dzielą.


W najnowszym opowiadaniu „Mama Mu na zjeżdżalni” krowa postanawia ni mniej ni więcej, tylko zjechać ze zjeżdżalni wybudowanej właśnie nad wodą. Co też czyni, choć zdegustowany Pan Wrona próbuje ją odwieść od tego pomysłu. W końcu jednak sam pomaga jej wleźć na szczyt zjeżdżalni. Co dzieje się potem, musicie sprawdzić sami. Nastawcie się w każdym razie na dobrą zabawę!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, tłum. Michał Wronek-Piotrowski, wyd. Zakamarki, Poznań 2019.
Wiek: 3+